Od kilku lat wszystkie warszawskie parkometry wydają potwierdzenie opłaty jedynie po wpisaniu numeru rejestracyjnego zaparkowanego pojazdu. Dzięki temu system może sprawdzić, na jak długo kierowca opłacił postój. Zapłacić można również za pomocą aplikacji, dzięki czemu od razu w bazie danych są informacje, który pojazd parkuje legalnie, a który nie. Dzięki kamerom skanującym rejestracje zaparkowanych aut system przetwarza olbrzymie ilości danych. Rozpoznaje przy tym samochody mieszkańców posiadających specjalne uprawnienia do parkowania w pobliżu swych domów, podobnie jak pojazdy niepełnosprawnych.




Urzędnicy są zachwyceni. Dzięki dwóm pojazdom wystawiono tylko trochę mniej mandatów niż 50 kontrolerów, pieszo monitorujących strefy płatnego parkowania. Ratusz przekonuje, że to wszystko dla dobra kierowców, bo skuteczne egzekwowanie opłat (ich ściągalność w styczniu wzrosła o 12 proc.) zwiększy rotację samochodów, a więc i szansę na znalezienie wolnego miejsca. W przyszłości zaś ma powstać system, który będzie informował kierowców o wolnych miejscach w okolicy.

Prawie wszystko wygląda tu wspaniale. Mamy połączenie internetu, wydajnych algorytmów analizujących bazy danych, narzędzi, które mają ułatwiać życie obywatelom, a przy okazji sprzyjać przestrzeganiu prawa. Nowe technologie nadają się do tego znakomicie.

Pozostaje jedno „ale". Co z naszą prywatnością? Pierwszy odruch sprzeciwu poczułem parę lat temu, gdy zorientowałem się, że nie można już zapłacić za parking, nie podając numeru rejestracyjnego. Oznacza to wyrzeczenie się przez kierowcę prywatności. W systemie pozostaje ślad, że tego i tego dnia byłem w centrum stolicy i parkowałem swoje auto. Jeden z mieszkańców stolicy zaskarżył nawet nowe przepisy, twierdząc, że dają urzędnikom możliwość inwigilacji obywateli. W lipcu Naczelny Sąd Administracyjny uznał, że obowiązek wpisywania przez kierowców numerów rejestracyjnych przy parkowaniu jest legalny. Nie chodzi mi jednak o legalność, lecz o fakt, że z każdym kolejnym tego typu rozwiązaniem jesteśmy odzierani z prywatności. Warto przypomnieć, że gdy Google wprowadził usługę Street View, protestowały przeciw temu dojrzałe społeczeństwa, dbające o swą prywatność. Mieszkańcy miast w Niemczech, Szwajcarii czy Wielkiej Brytanii argumentowali, że nikt nie ma prawa zaglądać za ich płot i umieszczać zdjęcia w sieci ani zaglądać przez okno do domu. W efekcie firma obniżyła pułap, z którego robiono zdjęcia, zaczęła zamazywać twarze przechodniów, podobnie jak numery rejestracyjne zaparkowanych aut. Na prośbę mieszkańców kasowano zdjęcia niektórych obiektów.

Ktoś powie, że i tak jesteśmy non stop inwigilowani. Teoretycznie jednak mogę wyłączyć lokalizację w smartfonie i transfer danych albo zostawić komórkę w domu. Jednak jeśli przyjadę samochodem do centrum, setki ulicznych kamer zrobią mi zdjęcie, będę musiał podać numer swego auta w parkometrze, a elektroniczny system kontroli zrobi w dodatku kilka zdjęć ulicy i tablic rejestracyjnych. I tego nie mogę wyłączyć, ani na to się nie zgodzić. Ktoś odziera mnie z prywatności, a ja nie mogę z tym nic zrobić.