Reklama

Jan Maciejewski: Obłęd

Nie być „tam”, nie otrzeć się choćby o tę ciemność, a pisać o niej, to jak tworzyć miłosne sonety, nie widząc nigdy na oczy kobiety.
Jan Maciejewski: Obłęd

Foto: Fotorzepa/Robert Gardziński

Nie był więzieniem. Przynajmniej budynek. Nie było w nim wszystkiego tego, co budowało bliską sercu, czytelną i jasną metaforę szpitala psychiatrycznego jako systemu opresji. Nie to jest właściwą treścią „Obłędu”. W przeciwieństwie do tego, jak widział to miejsce Ken Kesey, pisząc „Lot nad Kukułczym Gniazdem”. Ani Milos Forman, świeżo upieczony emigrant z komunistycznej Czechosłowacji, ekranizując tamtą powieść, odszyfrowując żelazne mechanizmy opresji pod warstwą fałszywej opiekuńczości. Mniej więcej też wtedy Michel Foucault pisał „Historię Szaleństwa”, mniej więcej – choć używając zupełnie różnego od dwóch poprzednich twórców żargonu – mówiąc to samo. Ale żaden z nich nigdy tam nie był. Mówiąc „tam”, nie mam na myśli szpitala, lecz obłęd. Czarne noce samotności, w których najgorsze są światła, cienkie nitki sensu i zrozumienia toczących się wokół zdarzeń. Bo to one są najbardziej podstępne, one najczęściej kłamią, ściskają głowę mocniej niż skórzane pasy ciało. Nie być „tam”, nie otrzeć się choćby o tę ciemność, a pisać o niej, to jak tworzyć miłosne sonety, nie widząc nigdy na oczy kobiety.

Ostatnia szansa na dostęp do NYT w rocznej subskrypcji RP.PL!

Skorzystaj z ostatnich kodów dostępu do The New York Times w ramach dowolnej rocznej subskrypcji i ciesz się dwoma dostępami do najbardziej zaufanych źródeł informacji z kraju i świata.

Promocja dotyczy rocznej subskrypcji pakietu RP.PL, PRO.RP.PL oraz e-Prenumeraty „Rzeczpospolita" w pakiecie z The New York Times na 12 miesięcy.

Kliknij i poznaj szczegóły.

Reklama
Reklama
Promowane treści
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama