W powietrzu unosi się delikatny zapach ryżu jaśminowego. W doniczkach na parapecie kwitną storczyki – białe, herbaciane, różowe. W rogu stoi drewniana rzeźba, a przed nią pudełko z kadzidełkami, butelka wina i starannie ułożone na talerzu banany i winogrona. O opiekuńcze bóstwo trzeba dbać. Odwdzięczy się, zapewniając sukces. Przyciąga pieniądze. Przy białych wąskich stolikach siedzą młode dziewczyny. Mają długie, starannie rozczesane włosy, część zebrały z tyłu gumką lub spinką.

Dwaj mężczyźni w białych koszulach przygotowują swoje stanowiska, czyszcząc energicznie blaty pędzlami przypominającymi te, których używa się do golenia. Wszyscy rozmawiają w języku, który jest jak uderzanie w strunowy instrument: tu, ko, ka, om, ej, aj, sou, fei, kua. Trudno się w tym połapać. Żadne słowo nie brzmi znajomo. Z magnetofonu sączą się śpiewane w tym języku piosenki. Wolne. Pewnie o miłości? Wizyta tutaj jest jak podróż do Wietnamu, ale nie trzeba jechać tak daleko. Studio Paznokci Asian Nail zajmuje jeden z pawilonów w al. Jana Pawła II w Warszawie.

Zapach Storczyka i paznokcie

Znalazłam się w Polsce 24 lata temu, byłam wtedy trzynastolatką – wspomina Lan Huong Le Hoang, która jest właścicielką Asian Nail, szefową, jak mówią o niej pracownicy. Jej imię przetłumaczone na polski to Zapach Storczyka. Nic dziwnego, że ma w swoim studiu mnóstwo tych kwiatów. – Wcale nie trzeba ich trzymać w przezroczystych doniczkach, jak się powszechnie uważa, wystarczy raz w tygodniu obficie podlać – tłumaczy, kiedy mówię, że moje nigdy nie chciały zakwitnąć jeszcze raz.

Do Polski przyjechała, bo jej tata miał robić doktorat na Politechnice Warszawskiej. Zabrał z sobą całą rodzinę – żonę, ją i jej starszego brata.

Kiedy Lan trafiła do zwykłej państwowej podstawówki na Ochocie, była tam jedyną Wietnamką. Wychowawczyni posadziła ją w ławce z uczennicą, która chciała pomóc. – Dorota Stasiewicz zaopiekowała się mną, wszystko cierpliwie tłumaczyła – wspomina Lan, która ma za sobą studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Nie pracuje w zawodzie, bo wolała własny biznes. – Chciałam być samowystarczalna i zająć się czymś, na co zawsze znajdą się klienci – tłumaczy.

Pielęgnacji paznokci uczyła się od koleżanki z Wietnamu, teraz jest mistrzem dla własnych pracowników. Przyjeżdżają do niej, bo Polska jest obietnicą lepszego życia, więcej się tu zarabia. Czasem kogoś poleca znajomy z Wietnamu, czasem ktoś trafia z ulicy, bo dowiedział się, że Lan zatrudnia Wietnamczyków. Pracownicy uczą się od niej sztuki pielęgnowania paznokci i sztuki rozmawiania o tym po polsku.

Dla Wietnamczyków polski jest trudny, „rz", „sz", „cz" dla Azjatów są nie do wypowiedzenia, w języku wietnamskim czasowniki nie odmieniają się przez czasy ani osoby, rzeczowniki – przez przypadki. Wietnamczycy często poprzestają na nauczeniu się kilku słów, które pomagają w pracy. Pracownicy Lan wiedzą, jak zapytać o rodzaj manicure, podają ceny. Ale już nie zapisują nazwisk klientów. Umawiając na wizytę, biorą jedynie numer telefonu. Panie, które przychodzą na manicure, chwalą sobie to miejsce. Nie dość, że nawet zwykły lakier położony w Asian Nail trzyma się ponad tydzień, to jeszcze nie trzeba rozmawiać z manikiurzystką.

Czasem do salonu wpada córka Lan. Angela uczy się w piątej klasie, co roku przynosiła świadectwo z czerwonym paskiem. Do Pałacu Kultury chodzi na rysunek i taniec towarzyski. Wysyłanie dzieci na dodatkowe zajęcia – treningi sztuk walki, gimnastykę, balet, lekcje języków obcych – jest w Wietnamie powszechne.

W salonie mamy czeka na nią nią zupa z ryżem jaśminowym, którą podgrzewa się na zapleczu. Czasem Angela zostaje na dłużej i maluje dla zabawy wzory na tipsach. – Córka nie pomaga w pracy, zależy mi na tym, żeby miała czas na naukę – mówi Lan.

Za rok Angela pójdzie do gimnazjum. Lan bardzo zainteresowała się szkołą na ul. Raszyńskiej w Warszawie, do której chodzi wielu Wietnamczyków, dzieci uchodźców z Czeczenii i dzieci z Tybetu.

Na Raszyńskiej i w powiązanym z tą szkołą liceum na Bednarskiej pracują ludzie przyzwyczajeni do uczniów pochodzących z krajów o odmiennej kulturze, więc dobrze się czułem w tych szkołach – mówi Andrzej Tran, Wietnamczyk, który w tym roku zdaje maturę. Później niż jego rówieśnicy, bo ma kłopot z egzaminem z języka polskiego. Podchodzi do niego już trzeci raz.

Jego rodzice przyjechali do Polski z Niemiec, gdy miał dwa lata. – Jak wszyscy, którzy opuścili ojczyznę w celach zarobkowych, musieli być elastyczni zawodowo – mówi. Pracowali jako tania siła robocza na budowie, byli kucharzami w barach, handlowali na Jarmarku Europa (czyli na warszawskim Stadionie Dziesięciolecia), teraz też zajmują się handlem.

– Wietnamczykom zależy na tym, żeby ich dzieci miały lepsze życie, żeby kolejne pokolenie nie przechodziło przez to, przez co przeszli oni, dlatego cały swój dorobek inwestują w dzieci – mówi Andrzej. Zanim trafił do wielokulturowych szkół społecznych, uczył się w państwowej podstawówce obok stadionu Legii. – Obcokrajowcy chcą się pokazać z jak najlepszej strony w obliczu tych „lepszych", w dniu zapisywania do szkoły rodzice ubrali mnie więc na galowo i z koszykiem czekoladek poszliśmy do dyrekcji – wspomina.

Makaron i smakołyki

Potem nie było mu łatwo. Wielu rówieśników miało problem z tym, że chodzą do klasy z kimś, kto wygląda inaczej. Starał się ignorować tych, którzy mu dokuczali, teraz też nie reaguje na zaczepki i docinki na ulicy.

Z rodzicami rozmawia po wietnamsku, w domu jest wietnamskie jedzenie, a jego mama dba o zachowanie wietnamskich tradycji i świąt, ale Andrzej czuje się związany z Polską. Kiedy odwiedza dziadków w Wietnamie, nie może się odnaleźć. – Byłem tam cztery razy, żeby dziadkowie mogli poznać wnuka, ale czuję się w Wietnamie obco, bo wychowałem się w innej kulturze, poza tym inaczej wyglądam, jestem wyższy od moich rodaków – tłumaczy. Wietnamska rodzina postrzega go jako przybysza z lepszego świata, stara się zorganizować mu czas tak, żeby się nie nudził. – Tam dostosowują się do nas, a nie my do nich – tłumaczy Andrzej.

Lepiej dogaduje się z Polakami. Jedną z jego koleżanek jest moja córka, która chodziła z nim do liceum. Wiele razy bywał w naszym domu. Zawsze miły, uśmiechnięty. Na wszystkie urodziny, które wyprawiała Ola, przynosił zrobione przez siebie wietnamskie smakołyki, które były hitem. Gdy powiedziałam mu, że bardzo smakował mi jego makaron, parę tygodni później przesłał mi taki sam przez córkę.

Pamiętam, jak kiedyś zaprosił ją na urodziny do siebie. Była zdziwiona, że nie obejrzał przy niej prezentu. Wyjaśnił, że w Wietnamie podarunki ogląda się po wyjściu gości, żeby w spokoju pomyśleć o tych, którzy je przynieśli, o relacji z nimi. Kiedy Ola zmieniła szkołę, przyszedł do nas, żeby sprawdzić, dlaczego nie ma jej na lekcjach. Tak naprawdę nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak wygląda jego życie.

Z Papui-Nowej Gwinei do Dębaka

Choć Wietnamczycy stanowią największą grupę cudzoziemców mieszkających w Polsce, nadal wiemy o nich mało. Polska jest trzecim po Francji (500 tys.) i Niemczech (100 tys.) centrum imigracji wietnamskiej w Europie, ale dotąd nikt u nas nie był w stanie nawet ich policzyć. Legalnie przebywa w Polsce niespełna 20 tys. Teresa Halik, doktor z Zakładu Krajów Pozaeuropejskich PAN, ocenia ich liczbę na 40 tys., a ksiądz Edward Osiecki, który pomaga Wietnamczykom, jest przekonany, że może ich być nawet 60 tys. Polacy mają problem z rozróżnianiem Wietnamczyków, wydają się nam niemal tacy sami. Dzięki temu są „nieśmiertelni" – gdy ktoś umiera, jego ciało znika, a paszport z polską wizą trafia do kogoś innego.

Wielu w ogóle nie posiada dokumentów. – Na początku lat 90. w przerzucanie Wietnamczyków do nas zaangażowała się wietnamska mafia – mówi ksiądz Osiecki. Przemytnicy załatwiali rosyjskie wizy, na lotnisku w Moskwie zabierali paszporty, mówili, że nie wolno trzymać przy sobie dokumentów. Potem przerzucali ich przez Ukrainę lub Białoruś. Do granicy Polski wietnamscy imigranci dojeżdżali wciśnięci w podwójny dach tira, w bagażnikach samochodów osobowych, w przyczepach do przewożenia zwierząt. Potem nocą przemytnicy przepuszczali ich pod siatką na granicy. Czasem były tu grupy kilku osób, czasem kilkunastu lub nawet blisko 30-osobowe. Za taką podróż do Polski każdy płacił około 10 tys. dolarów.

Od 2007 do 2010 r. za nielegalne przekroczenie granicy lub za próbę jej przekroczenia Straż Graniczna zatrzymała 390 Wietnamczyków. Nie brakowało jednak chętnych, by podejmować kolejne próby, bo Ba Lan (wietn. Polska) szybko stała się w Wietnamie synonimem wolności, ziemią obiecaną. Nowi przyjeżdżali zachęcani opowieściami tych, którym udało się zaaklimatyzować.

Na wyjazd jednej osoby często składała się cała rodzina. Imigranci mieli ją później wspierać, wielu z nich większość zarobionych pieniędzy miało wysyłać do ojczyzny. Trzymała ich więc w pracy nie tylko słynna azjatycka pracowitość.

Ci, którym udało się dostać do Polski, trafiali najczęściej na Jarmark Europa. Uczyli się kilku słów potrzebnych do handlowania – pięć złotych, trzy złote, zielony, niebieski – i zaczynali pracę. Wietnamczycy zawsze sobie pomagają. Obcy ludzie brali przybyszów do domu, dawali pracę w swoich stoiskach lub towar na kredyt. – Nowi byli dla Polaków nie do odróżnienia od starych, problem zaczynał się dopiero wtedy, kiedy policjanci prosili o dokumenty – wspomina ksiądz Osiecki.

Nielegalni emigranci po zatrzymaniu trafiali do ośrodka strzeżonego. Władze Wietnamu mały rok, aby potwierdzić ich tożsamość, tak żeby mogli być deportowani do ojczyzny. Z zasady jednak Wietnam się do nich nie przyznawał, więc wychodzili na wolność.

Trafiali w swego rodzaju próżnię. Nie można ich było wydalić z Polski, ale jednocześnie nie mieli tu uregulowanego statusu prawnego. Od 2008 r. uzyskali możliwość ubiegania się o tzw. pobyt tolerowany. Odnawiany co roku dokument pozwala imigrantom zatrudniać się bez zezwolenia na pracę, podejmować działalność gospodarczą, przystąpić do ubezpieczenia zdrowotnego, korzystać z pomocy społecznej, uczyć się w szkołach podstawowych, gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych. Ułatwia też wynajęcie mieszkania czy zrobienie prawa jazdy. A przede wszystkim cudzoziemca, który uzyskał zgodę na pobyt tolerowany, nie można wydalić z Polski. Taki status nie pozwala się jednak starać o polskie obywatelstwo. – A wielu Wietnamczyków spędziło w Polsce już ponad dziesięć lat i powinni uzyskać taką możliwość – mówi ksiądz Osiecki.

Katolicy, czyli kolaboranci

Wietnamczykami zajął się 11 lat temu. Przez przypadek. Na ulicy zaczepił go młody wietnamski chłopak próbujący z nim porozmawiać. Nie mógł trafić lepiej. Ksiądz Osiecki ma doświadczenie w pracy z ludźmi związanymi z odmienną kulturą, zna potrzeby imigrantów i wie, jak im pomagać. Ma za sobą dziesięcioletnią misję w Papui-Nowej Gwinei.

Po powrocie do Polski regularnie odwiedzał ośrodek dla uchodźców w Dębaku. – Wietnamczycy to dziwna społeczność, oni się nie skarżą, nie narzekają i zależy im na unikaniu konfliktów, nie zgłaszają więc, gdy ktoś ich okradnie albo pobije – mówi ks. Osiecki. Mają powiedzenie: „Ptak buduje gniazdo w bezpiecznym miejscu", i skoro Polska stała się ich domem, zależy im na budowaniu poczucia bezpieczeństwa tutaj.

Ksiądz zwraca uwagę, że Wietnamczycy rzadko trafiają do mediów w negatywnym kontekście. Takie przestępstwa, jak kradzieże, morderstwa, rozboje, nie pasują do wpisanego w ich kulturę panowania nad emocjami. Często powtarzają, że bardziej niż dobra materialne liczy się dla nich bogactwo duchowe. – Nie są konkurencją dla Polaków, bo szukają dziur w polskiej gospodarce i zarabiają na tym, czym my byśmy się nie zajęli – mówi ksiądz.

W erze Jarmarku Europa duchowny stworzył dla Wietnamczyków na warszawskiej Pradze Centrum Emigranta, żeby mieli gdzie wpaść na herbatę, skorzystać z internetu, uczyć się polskiego. Pomagał im zdobyć kartę pobytu tolerowanego, załatwić formalności związane z rozpoczęciem działalności gospodarczej.

Wsparcia udzielał wszystkim, którzy poprosili. Nie pytał o wyznanie. – Wietnamczycy najczęściej są buddystami i nigdy nie zetknąłem się z przypadkiem, by ktoś przeszedł na katolicyzm, uznając, że dzięki temu będzie mu łatwiej w Polsce – mówi ks. Osiecki. Religię zmieniają jedynie osoby decydujące się na małżeństwo z Polką lub Polakiem, którym zależy na ślubie kościelnym i wychowywaniu dzieci w wierze katolickiej.

Większość mieszkających w Polsce Wietnamczyków wyznających katolicyzm wyznawało go już w swojej ojczyźnie. Kościół katolicki w Wietnamie ma za sobą historię liczącą 350 lat.

Andrzej Meller, dziennikarz, który przez trzy lata mieszkał w Wietnamie, mówi: – Ten kraj jest pół na pół: świecki, wykorzeniony religijnie oraz wierzący – i tu mam na myśli głównie buddyzm, a także katolicyzm, najbardziej popularny na południu, oraz religijność ludową, wiarę w duchy; działa tu też wiele sekt różnych obrządków. Po 1954 r., kiedy komuniści pokonali Francuzów pod Dien Bien Phu i zajęli północ, katolicy byli przesiedlani na południe, postrzegani jako kolaboranci kolonizatorów.

Życie religijne jest bogate, ale kontrolowane przez partię i służby. Ludzie nie mają problemów z wyznawaniem swojej wiary, dopóki nie wtrącają się w politykę. Policjant, czyli funkcjonariusz państwa, ostentacyjnie chodzący do kościoła mógłby mieć kłopoty, ale nagonki antyreligijne to przeszłość. Mówi się nawet o tym, że sekretarze partii komunistycznej chodzą do szamanów w górach, choć oficjalnie szamanizm jest zakazany.

W Wietnamie dziennikarz rzadko spotykał kogoś, kto miał kontakt z Polską. – Ostatnio jechałem pociągiem z Sajgonu do Hanoi i konduktor pokazywał mi numer w komórce zaczynający się od +48, bo jego daleki kuzyn przeniósł się do Polski. W Wietnamie mieszka jednak 92 mln ludzi, więc nie tak łatwo natknąć się przypadkowo na kogoś, kto zna Polskę. Raz w aptece spotkałem faceta, który dziesięć lat mieszkał w Koszalinie, i pogadałem po polsku, ale ponieważ miałem podejrzenia, że jest ubekiem, nie kontynuowałem tej znajomości. Może się myliłem, ale wolałem nie ryzykować. Dziwię się Wietnamczykom, którzy chcą się osiedlić w Polsce, bo na ich miejscu emigrowałbym do Australii czy innego ciepłego, demokratycznego, ale bliżej położonego kraju. Podobnie myślą moi wietnamscy znajomi – twierdzi Meller.

Wielu Wietnamczyków wciąż jednak lepsze życie kojarzy z Europą. Traktują Polskę jako miejsce tranzytowe, planując przeniesienie się do Niemiec, Francji lub Wielkiej Brytanii. Ci, którzy zostają, najczęściej handlują w warszawskim Centrum Hal Targowych przy ul. Marywilskiej, gdzie po zlikwidowaniu Jarmarku Europa przeniosło się wielu Wietnamczyków, w centrum Maximus pod Nadarzynem lub w hurtowniach i sklepach w Wólce Kosowskiej niedaleko Magdalenki. Za 2 zł można tu kupić majtki lub skarpetki, 40 zł kosztują dżinsy, 50 zł zimowa kurtka.

Milioner od zupek Vifon

Te centra to maleńkie państwa w państwie. Wietnamczycy wydają kilka gazet w swoim języku, które tu można kupić. Dużo się mówi o działającej tu wietnamskiej mafii czerpiącej zyski z pracy imigrantów. – Wietnamczycy sprzedają rzeczy, które sami produkują i sprowadzają, nie zabierają nam pracy, nie szturmują polskich fabryk czy sklepów – mówi pan Mateusz, jeden z nielicznych Polaków handlujących w Wólce Kosowskiej. Sprzedaje w stoisku, które wynajmują jego rodzice. – Azjaci są cisi, spokojni, skupieni na pracy, unikają konfliktowych sytuacji, nigdy nie słyszałem, żeby Wietnamczyk coś komuś ukradł; kiedy wchodzą do naszego sklepu, nie muszę patrzeć im na ręce.

W ogromnej hali wypełnionej głównie ubraniami prawie nie widać kupujących. Wólka Kosowska powoli umiera. – Najlepszymi odbiorcami byli Rosjanie, brali wszystko co popadnie, często nawet nie pytając o cenę, ale po konflikcie na Ukrainie właściwie zniknęli – mówi sprzedawca.

W soboty w Wólce jest trochę więcej zamieszania, bo wtedy Wietnamczycy przychodzą z dziećmi, z którymi nie mają co zrobić w weekend.

Czasem jakieś dziecko przewiezie paczkę z jednego stoiska na drugie na hulajnodze, która jest tu najpopularniejszym środkiem transportu. Zwykle jednak dzieci po prostu się z sobą bawią. – Nigdy nie widziałem, żeby Wietnamczycy wykorzystywali dzieci do pracy, zależy im na tym, żeby się kształciły, wszystkie chodzą do przedszkola lub szkoły – mówi pan Mateusz. Dzieci sprowadzają tylko ci Wietnamczycy, którzy są w Polsce legalnie, i tylko wtedy, kiedy mogą im zapewnić nie tylko utrzymanie, ale też edukację.

Choć nadal kojarzą się z gotowaniem w prowizorycznych barach i handlem ubraniami, ten obraz powoli się zmienia. Przykładem najbardziej spektakularnej kariery jest Tao Ngoc Tu, Wietnamczyk, który w 2009 r. trafił na listę najbogatszych Polaków tygodnika „Wprost" z majątkiem szacowanym na 170 mln zł.

Wtedy też toczyła się przeciwko niemu sprawa w sądzie. Było oskarżony o malwersacje finansowe, ale w 2011 r. oczyszczono go z zarzutów. Fortunę zbudował na handlu zupkami błyskawicznymi Vifon z charakterystycznym pofalowanym, sprasowanym makaronem, sprowadzanymi z Wietnamu.

Dziś jego firma Tan Viet sprzedaje też m.in. sosy, makarony, warzywa, grzyby i owoce, ma swój oddział m.in. w Hawanie, a majątek właściciela ocenia się na 250 mln zł. Tao Ngoc Tu unika rozgłosu, nie udziela się w mediach. Woli żyć w cieniu, jak jego biedniejsi rodacy.

Co ciekawe, jest absolwentem Politechniki Gdańskiej, nadal zaprzyjaźnionym ze swoją Alma Mater. Dwa lata temu uczelnia była gospodarzem obchodów 50-lecia marki Vifon. Przemawiali prezydent Gdańska i prezes gdańskiego Klubu Biznesu. Jednym z honorowych gości był ambasador Wietnamu. Pod koniec spotkania Tao Ngoc Tu otrzymał Medal Pamiątkowy Politechniki Gdańskiej.

Coraz więcej dzieci Wietnamczyków, którzy osiedli w Polsce kilkanaście lat temu, też już ma za sobą polskie studia. Zaczynają się pojawiać w korporacjach, odnoszą sukcesy. Tak jak Karol Hoang, który prowadzi biuro specjalizujące się w sprzedaży działek i nieruchomości. Skończył prawo na UW, ma też za sobą studia w Szkole Głównej Handlowej.

Niektóry młodzi ludzie zasymilowali się już tak skutecznie, że mają kłopot z rozmawianiem po wietnamsku, więc rodzice wysyłają ich na lekcje ojczystego języka.

Wietnamska opozycjonistka Ton Van Anh twierdzi, że jej rodacy są tak zamkniętą grupą i trzymają się razem wyłącznie w Polsce. W USA, Francji czy Niemczech łatwiej wtapiają się w otoczenie i rzadko zajmują się handlem. Dlaczego? – Kraje starej demokracji udzielają im azylu, czego Polska nie robi – tłumaczy Wietnamka. Nawet znani działacze demokratycznymi i ci, którzy uciekali z Wietnamu po latach więzienia i obozu, nie otrzymali w Polsce statusu uchodźcy.

Ton Van Anh działa w Stowarzyszenia Wolnego Słowa, założonym przez Jana Nowaka-Jeziorańskiego i Mirosława Chojeckiego, gdzie pomaga uchodźcom nie tylko z Wietnamu, ale też z Kuby, Czeczenii, Tybetu. – Wietnam prowadzi politykę utrudniającą integrację Wietnamczyków – tłumaczy. Nie ukrywa, że w społeczność wietnamską mieszkającą w Polsce wtapiają się agenci służby bezpieczeństwa. Choć Wietnamczycy są daleko od ojczyzny, rząd nadal ich kontroluje. Często boją się rozmawiać z rodakami o poglądach. Obawiają się donosów, czują oddech totalitarnego reżimu na karku.

Van Anh przyjechała do Polski jako nastolatka. Choć jej rodzicom dobrze się powodziło w Wietnamie, doszli do wniosku, że tu znajdą lepsze warunki do wychowania dzieci. – Znaliśmy Polskę od najlepszej strony, wiedzieliśmy, że stąd pochodzi papież Jan Paweł II, będący w Wietnamie, nie tylko wśród katolików, symbolem wierności sprawom najważniejszym – wspomina. Polska kojarzyła im się też z wolnością, etosem „Solidarności".

Dziś Ton Van Anh służy swoim rodakom radami dotyczącymi polskiego prawa, jest ich tłumaczem, organizuje kursy polskiego. Nie pyta o wyznanie ani o powody emigracji. Do Stowarzyszenia Wolnego Słowa może przyjść każdy, kto potrzebuje pomocy lub chce się uczyć języka. I ten, kto wyjechał z Wietnamu z powodów światopoglądowych, kto spędził wiele lat w obozie pracy, i ten, kto przyjechał do Polski z powodów ekonomicznych.

W Stowarzyszeniu Wolnego Słowa Ton Van Anh pracuje z mężem Robertem Krzysztoniem. Poznali się, kiedy była studentką socjologii UW. Już wtedy angażowała się w działalność na rzecz walki o demokrację w Wietnamie. Gdy założyła niezależną gazetę, władze pozbawiły ją paszportu. W piśmie informującym ją o tym, ambasada określiła Ton Van Anh jako „wroga ludu". Prezydent Bronisław Komorowski przyznał jej w ekspresowym tempie polskie obywatelstwo. Jest bezpieczna, ale ma zamkniętą drogę do Wietnamu.

Lekcje polskiego dla Wietnamczyków organizowane przez Stowarzyszenie Wolnego Słowa odbywają się popołudniami w działającej przy jego warszawskiej siedzibie Café Niespodzianka. Przychodzą Wietnamczycy w różnym wieku. Około 30 osób, czasem trochę więcej. – Większość z nich to nastolatki już trochę mówiące po polsku, ale zdarzają się też osoby 30-letnie – wyjaśnia ich lektorka Agnieszka Kaczorowska, która po skończeniu polonistyki na UW studiowała glottodydaktykę polonistyczną – nauczanie języka polskiego jako obcego.

Sama opracowała program kursu. Korzysta z podręcznika do polskiego dla obcokrajowców, przynosi obrazki. Nie zna wietnamskiego, nie może się więc nim wspomagać. Tematami lekcji są zakupy, zawody, części garderoby, wszystko, co najbardziej potrzebne w codziennym życiu. Dla Agnieszki uczenie Wietnamczyków polskiego to pierwsze tak bliskie spotkanie z nimi, inne niż zamawianie obiadu w wietnamskiej restauracji.

Ton Van Anh chce wietnamską kulturą i historią zainteresować Polaków. W Polsce bowiem Wietnam kojarzy się głównie z amerykańskimi filmami „Pluton" czy „Czas apokalipsy". Stąd pomysł na cykl spotkań w Niespodziance, podczas których Polacy mogą porozmawiać z Wietnamczykami. Dyskusjom towarzyszą pokazy filmów o Wietnamie. To też okazja do spróbowania tamtejszego jedzenia – herbaty, kawy, ciastek ryżowych, sajgonek.

Mateusz Matyszkowicz, redaktor naczelny pisma „Fronda Lux", które jest gospodarzem Niespodzianki, zwraca uwagę na to, że wielu Wietnamczyków przyjechało do Polski, by żyć w demokratycznym kraju, który kojarzą z „Solidarnością". – Wielu z nas nie zdaje sobie sprawy, że wśród Wietnamczyków są uchodźcy polityczni, którzy uciekli przed komunistycznym reżimem – mówi. Gdyby wrócili do Wietnamu, groziłoby im więzienie.

Pocałunek zarezerwowany

Co na początek warto wiedzieć o ich kulturze? Wietnamczycy ogromnym szacunkiem otaczają starszych i ludzi wyżej postawionych w hierarchii społecznej, dlatego z reguły nie patrzą w oczy swojemu rozmówcy; u nich opuszczanie wzroku jest wyrazem szacunku. Odnoszą się do siebie z dystansem, zwyczaj przechodzenia na ty nie jest tak powszechny jak w Polsce.

Często się śmieją i uśmiechają, ale to wcale nie musi znaczyć, że okazują radość. Uśmiech jest ich sposobem na wyrażenie zadowolenia, ale także zakłopotania, niezrozumienia sytuacji, braku akceptacji.

Mają też inny stosunek do intymności. U nich pocałunek zarezerwowany jest dla najbliższych, dziwi ich więc polski zwyczaj całowania znajomych w policzek na powitanie i pożegnanie.

Przyjaźniąc się z Wietnamczykami, warto mieć na uwadze, że czują się urażeni, gdy ktoś nie chce przyjąć od nich poczęstunku, prezentu czy pomocy. Taka odmowa godzi w ich honor, traktują ją poważnie, a my przecież czasem odmawiamy, żeby nie robić kłopotu.

– Tak naprawdę ludzie na całym świecie kochają tak samo i marzą o tym samym, choć mają odmienne tradycje, religie, zwyczaje, sposób wychowania dzieci. Problemem jest to, że nie zawsze chcemy poznać tych, którzy wydają się nam inni, szukamy różnic zamiast podobieństw – mówi Andrzej Tran. – Nie wszyscy Polacy są perfekcyjni, nie wszyscy są podobni do siebie, zresztą tak samo jak Wietnamczycy.

Andrzej chciałby zdać maturę, pójść na studia, podróżować po świecie, żeby zbierać nowe doświadczenia. Przyszłość wiąże z Polską. – Chciałbym swoje wykształcenie i doświadczenia wykorzystać tutaj, bo Polska jest krajem, który się rozwija, przyszłość tutaj będzie lepsza – mówi.