Zmęczony upałem, dietą opartą na pulchnych tortillach, smrodem potu spod pach i zamknięciem, sekretarz z miejscowego oddziału Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Veracruz pozbywa się ochraniającego go goryla i wymyka do stolicy stanu prywatnym samochodem. Od tygodni nie widział swojej rodziny, a dokładnie: od kiedy zaczęły się telefoniczne pogróżki.
Na wysokości Rinconady, w strugach uporczywego deszczu, do boków jego auta przyklejają się dwie czarne furgonetki; trzecia wyjeżdża z bocznej wiejskiej drogi i blokuje mu przejazd. Czterech zakapturzonych facetów mierzy do niego z karabinów i każe wysiadać.