Akcja „Przekażmy sobie znak pokoju" jako pomysł na promowanie szacunku, postawy dialogicznej i otwartości na drugiego człowieka? Bajki.

Przesadzam? Zabawiam się w Kasandrę? Nie, po prostu znam historię Kościoła i działań lobby gejowskiego w Kościele i poza nim w innych krajach. Przykłady, które powyżej przytoczyłem, pochodzą z Irlandii. To właśnie tam wobec milczenia Kościoła najpierw zdewastowano życie kleryckie, później zrezygnowano z nauczania niewygodnych prawd moralnych, a wreszcie przegrano referendum, które doprowadziło do zmiany prawa i wprowadzenia do ustawodawstwa tzw. małżeństw homoseksualnych.

Ale zanim to się stało, najpierw zlikwidowano seminaria w Irlandii (z powodu szalejącego w nich lobby gejowskiego) i powołano jedno, które miało być od lobby wolne, ale dosłownie kilka tygodni temu i z niego najbardziej ortodoksyjni biskupi wycofali swoich kleryków, bo... nadal opanowane ono było przez subkulturę homoseksualną. To w tym Kościele owacjami na stojąco przywitano podczas mszy dwie lesbijki, które po zawarciu homomałżeństwa zostały na moment odsunięte od bycia szafarkami Eucharystii, lektorkami i kantorkami. A człowiek, który próbował zachowywać się zgodnie z zasadami katolickimi, został wyproszony z kościoła i ostrzeżony, że jeśli doń wróci, IRA zrobi z nim porządek.

Mylą się ci, którzy sądzą, że w Polsce tak być nie może. Akcja „Przekażmy sobie znak pokoju" jest pierwszym, ale niezmiernie ważnym krokiem na tej drodze, a finansowanie jej przez George'a Sorosa, który nie ukrywa, że stawia sobie za cel zmianę doktryny Kościoła, jest tylko potwierdzeniem tej tezy. Na razie chodzi o przekonanie Polaków, że homoseksualiści są prześladowani w Kościele, że ktoś im ręki nie podaje, i dlatego konieczna jest zmiana postaw.

Kłopot polega na tym, że nic takiego się nie dzieje. Zasady są takie same dla wszystkich. Cudzołóstwo (to znaczy współżycie poza małżeństwem) jest zawsze grzechem ciężkim. Można się z niego wyspowiadać, ale poza skruchą i żalem za grzechy konieczne jest także postanowienie poprawy. Dotyczy to zarówno homo, jak i heteroseksualistów, jedni i drudzy są zaproszeni do świętości, do zmieniania swojego życia. I nie widać powodu, dlaczego homoseksualiści mieliby być z tego wezwania zwolnieni, a ich cudzołóstwo miałoby być lepsze niż cudzołóstwo heteryków – wreszcie, dlaczego przykazanie „nie cudzołóż" miałoby być traktowane inaczej niż „nie kradnij".

Ale obecna akcja to nie koniec drogi. Już teraz podający się za katolików jej uczestnicy mówią o konieczności zmiany doktryny, marzą o błogosławieniu związków gejowskich w kościołach. Na końcu tej drogi pojawią się zakazy głoszenia doktryny (we Włoszech biskup już ukarał księdza za odwołanie się do Pisma Świętego) i ciąganie hierarchów po sądach świeckich (czterech hiszpańskich biskupów jest oskarżonych o homofobię, bo sprzeciwiali się działaniom lobby gejowskiego).

Z epidemią najlepiej walczyć, zanim rozleje się ona po kraju. Polscy biskupi najwyraźniej mają tego świadomość. I choć na ich stanowczą reakcję trzeba było czekać niemal tydzień (wcześniej wypowiedział się tylko kardynał Stanisław Dziwisz), to gdy ona nastąpiła nie było się już o co przyczepić. Prezydium Konferencji Episkopatu Polski wyłożyło nauczanie Kościoła całościowo i podkreśliło, że katolicy nie powinni uczestniczyć w takich akcjach. A kardynał Kazimierz Nycz wydał własne, odrębne oświadczenie i poinformował o konieczności wyjaśnienia wątpliwości wobec środowisk, które wdały się w akcję.

Twarda i jednoznaczna postawa pozwala mieć nadzieję, że Polsce uda się zatrzymać marsz homolobby. Nadzieję tę wyrażają zresztą katolicy w wielu krajach świata.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej":

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95