Twierdzenie, iż „rząd Tuska ma znakomity pijar”, stało się stereotypem. Protestują przeciwko niemu, i to bardziej prywatnie niż w wypowiedziach publicznych, tylko nieliczni specjaliści od public relations. Z podobnym brakiem nadziei jak ludzie zajmujący się zawodowo lobbingiem próbujący wyjaśnić, iż „lobbing” to we właściwym sensie zupełnie co innego niż łapownictwo, pijarowcy powtarzają, iż dziedzina, którą się zajmują, nie polega na wymyślaniu jednodniowych sensacji, które mają przykryć w serwisach jakieś niewygodne dla władzy wydarzenia.

Zapewne mają rację. Ale z tym błędnym użyciem słowa „pijar” nie ma co walczyć, jest to bowiem eufemizm innego słowa, które byłoby znacznie bardziej na miejscu, ale wobec premiera słusznego, popieranego i lansowanego przez środowiska opiniotwórcze używać go nie wypada. Należałoby bowiem mówić, iż Tusk ma po prostu znakomitych propagandystów.

[wyimek]Bez Wydziału Prasy KC i cenzury, na zasadzie pospolitego ruszenia, lider PO dysponuje rzeszą pracowników mediów, którzy każdą klęskę i zaniechanie przedstawiają jako sukces[/wyimek]

[srodtytul]Propaganda sukcesu[/srodtytul]

Jakkolwiek bowiem rozumieć pojęcie pijaru, polega on na eksponowaniu pożądanych treści i tuszowaniu niepożądanych, a nie na kompletnym odwracaniu kota ogonem i kłamstwach w żywe oczy. Tymczasem od Peerelu nie było w polskich mediach takiego festiwalu propagandy sukcesu, jaki trwa od momentu dojścia do władzy przed dwoma laty Donalda Tuska. Bez Wydziału Prasy KC i cenzury, na zasadzie pospolitego ruszenia, dysponuje lider PO rzeszą pracowników mediów, którzy każdą jego klęskę i zaniechanie przedstawiają jako sukces albo odwracają od niej uwagę publiczności z nie mniejszą skutecznością, niż podwładni towarzysza Szczepańskiego przekonywali obywateli Peerelu, że ich państwo rośnie w siłę, a im samym żyje się dostatniej.

W istocie na półmetku rządów Tuska trudno znaleźć jakiekolwiek sukcesy poza odziedziczonymi po poprzednikach albo wynikłymi z okoliczności zupełnie od działań rządu niezależnych. Do załatwienia – też zresztą częściowego i kunktatorskiego – sprawy emerytur pomostowych zmusiła rząd przyjęta przez Sejm przed laty ustawa.

Utrzymanie przez Polskę wzrostu PKB, minimalnego, ale i tak w czasie kryzysu najwyższego w Europie, to raczej zasługa polskich przedsiębiorców, przywykłych radzić sobie w nieprzyjaznych warunkach i bez bankowego kredytu. Rząd może chwalić się tylko tym, iż nie zrobił niczego, co by ich sytuację dramatycznie pogorszyło. Ale też, choć wiele obiecywał, nie zrobił nic, żeby im ulżyć.

Na rocznicę premierostwa Tusk jako główne swoje sukcesy wskazywał na parlamentarną komisję „Przyjazne państwo”. Trudno jednak wskazać jakieś istotne jej dokonanie. Likwidacja zezwoleń budowlanych była zwykłym (często przyjdzie przy omawianiu osiągnięć PO używać tego określenia) propagandowym picem, gdyż dotychczasowe zezwolenia po prostu przemianowano na „zgody”, jeszcze bardziej komplikując procedurę ich udzielania.

Podobnym oszustwem okazało się rzekome ograniczenie liczby kontroli w firmie; za sprawą jednego słowa w ustawie, być może w komisji przeoczonego, a być może przywróconego przez kogoś specjalnie, ograniczono tylko liczbę kontroli „jednoczesnych”. Nadal jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by kontrolerzy każdej z 49 powołanych do gnębienia polskiej przedsiębiorczości instytucji wchodzili do firmy natychmiast po wyjściu z niej poprzednich, przez co w pełnej zgodzie z prawem można każdego biznesmena zmusić do uległości pod groźbą całkowitego zniszczenia.

Nawet obiecywane od lat i w końcu otrąbione triumfalnie „jedno okienko” (zdaniem większości przedsiębiorców, nie najbardziej, wbrew medialnej kreacji, ważne dla ich działalności) okazało się, jak niedawno opisali to nasi reporterzy, znajdować się w czterech urzędach; wymagany prawem slalom pomiędzy nimi uproszczony został tylko pozornie.

Obietnice ulżenia przedsiębiorcom należą do tych, o których partia Tuska po dojściu do władzy całkowicie zapomniała. Do tej kategorii należy zaliczyć także reformy służby zdrowia oraz finansów. Tę pierwszą zapowiadano w programie wyborczym PO bardzo konkretnie: zlikwidujemy NFZ i wprowadzimy na rynku ubezpieczeń oraz usług medycznych mechanizmy konkurencji. Niczego podobnego Tusk nawet nie próbował zrobić. Skończyło się na czysto propagandowym „białym szczycie”, z którego nic nie wynikło, i na projekcie – chyba w końcu szczęśliwie poniechanym – obligatoryjnej prywatyzacji samorządowych placówek medycznych, co w warunkach monopolu NFZ oznacza tylko transfer „przymusowych pieniędzy” do prywatnych kieszeni.

[srodtytul]Bez armii i szpitali[/srodtytul]

O stanie służby zdrowia na półmetku rządów Tuska wszystko mówi ostatnia odsłona naszego dorocznego rankingu szpitali. Te placówki, które mają najlepsze wyniki i są najlepiej oceniane przez ekspertów i pacjentów, zarazem mają największe długi. NFZ bowiem, o którego likwidacji po wyborach PO nigdy się już nie zająknęła, dzieli pieniądze (które, przypomnijmy założenia reformy, miały „iść za pacjentem”) według zasad urawniłowki – w tej sytuacji dobry ordynator to dla szpitala katastrofa, opłaca się mieć takiego, który sprawi, iż pacjenci będą woleli uciekać na drugi koniec Polski. Spektakularnym przejawem godnego filmów Barei absurdu, jaki panuje w usługach medycznych pod rządami minister Kopacz, była kara finansowa nałożona na jednego z ordynatorów za to, że przyjmował do leczenia „nadlimitowych” pacjentów, zamiast kazać im konać na ulicy.

Trudno jednak powiedzieć, czy zapominanie przez Tuska o danych wyborcom obietnicach nie jest i tak mniejszym złem. Gdy bowiem obietnice te spełnia, skutki są jeszcze gorsze. Chyba największą spowodowaną przez obecny rząd katastrofą, której skutki będziemy odczuwać jeszcze długo i która – odpukać – może mieć fatalne skutki dla naszej suwerenności, jest kompletna destrukcja armii. Polskie siły zbrojne przypominają dziś wojsko konającej Rzeczypospolitej Obojga Narodów za Sasów: kilka tysięcy doborowych żołnierzy na Dzikich Polach, czyli w Afganistanie (zmuszonych dokupywać sobie sprzęt za prywatne pieniądze), i reszta, nadająca się tylko na parady i pogrzeby.

Stutysięczna na papierze polska armia praktycznie nie ćwiczy (wojskowy pilot rosyjski z jednostki liniowej lata kilkanaście godzin tygodniowo, polski kilka godzin rocznie). Po pierwsze ćwiczyć nie ma za co. Po drugie ćwiczyć nie ma kto – na jednego oficera przypada bowiem 1,4 szeregowca. To właśnie skutek spełnienia ważnej dla Tuska obietnicy wyborczej: zlikwidowania poboru. Pobór zlikwidowano, bo uznano, że przyniesie to głosy uradowanej tym faktem młodzieży. Ale armii zawodowej nie utworzono.

W efekcie mamy kuriozum na skalę światową – armię z poboru bez poborowych. Co jest ona warta, spektakularnie pokazało zamieszanie po wizycie wiceprezydenta Bidena, kiedy to ambasador USA powiedział, iż polski rząd obiecał mu zwiększenie naszego kontyngentu w Afganistanie. Zanim wiadomość tę rząd zdementował, rozeszło się, iż znalezienie dodatkowego 1000 żołnierzy jest w tej chwili po prostu niemożliwe. Armia teoretycznie stutysięczna jest więc w stanie wystawić „prawdziwego” wojska nie więcej niż 3 tysiące.

Jako premier Donald Tusk działa według zasady sformułowanej przez Lecha Wałęsę, którego zresztą upatrzył sobie na politycznego patrona – ja rzucam pomysł, a wy, moi podwładni, go łapcie. Przy czym pomysł jest chwytliwy, ma się podobać, a podwładni niech się potem głowią, co zrobić, aby stworzyć pozór spełnienia złożonej przez szefa obietnicy. Ten modus operandi doprowadził nie tylko do degrengolady armii, ale też do praktycznego zniszczenia publicznego radia, a rychło także publicznej telewizji. Premier zapowiedział, że nie będzie abonamentu, to nie będzie – a że nie stworzono innego mechanizmu finansowania mediów publicznych, tym lepiej. W końcu, w przeciwieństwie do mediów komercyjnych, których lojalność można sobie zagwarantować w drodze wzajemnej wymiany przysług, publiczne mogą się dostać (i dostały się) w ręce politycznych wrogów; lepiej więc je zagłodzić.

Innym, bardzo widowiskowym, przykładem skutków takiego sposobu rządzenia jest skandal z prywatyzacją stoczni. Rozpaczliwe miotanie się urzędników próbujących za wszelką cenę spełnić zapowiedź znalezienia „katarskiego inwestora”, szukających owego inwestora w Google’u i ustawiających pod szemranego handlarza bronią przetarg samo w sobie mówi o rządach Tuska więcej niż opasła politologiczna analiza.

[srodtytul]Z ręką w nocniku pełnym symboli[/srodtytul]

Niczym w sławnej powieści Lema „Kongres futurologiczny”, w której ludzie zamiast pracować nad rzeczywistą poprawą swego bytu pracowali tylko nad stworzeniem odpowiedniej mieszanki halucynogenów dających im wrażenie, że odnoszą sukcesy, cała aktywność premiera i piramidy jego podwładnych ukierunkowana jest tylko na wytworzenie przeświadczenia, że problemy są pomyślnie rozwiązywane i wszystko idzie ku lepszemu.

Tu znowu przykładem służy kwestia publicznych finansów. Rząd Tuska nie podjął najmniejszej próby ich naprawienia, za to minister Rostowski okazał się mistrzem kreatywnej księgowości. Zapowiedziany właśnie „plan konsolidacji i rozwoju finansów publicznych” to po prostu, jak ujął to były wiceminister finansów Stanisław Gomułka, „sztuczki”, podobnie jak uporczywe upychanie długów pod dywan przez przeksięgowywanie ich na ZUS czy samorządy, a zaproponowana nowego rodzaju „kotwica” wydatków publicznych ma po prostu posłużyć ominięciu konstytucyjnych progów ostrożnościowych, którego to zamiaru rząd już właściwie nie skrywa.

W finansach wróciliśmy do praktyk Grzegorza Kołodki, który z jednej strony gołosłownie zapewniał, że nie ma i nie będzie żadnych kłopotów, z drugiej zaś usiłował łatać budżet wpływami z abolicji podatkowej – nie mniej wątpliwej niż pomysły obecnego rządu, by państwo położyło rękę na pieniądzach odprowadzanych do OFE albo na jednoprocentowych odpisach od podatku dochodowego na rzecz organizacji pożytku publicznego.

Te listę można by wydłużać w nieskończoność. Nie będę tego czynił, ale nie sposób nie wspomnieć o jeszcze jednym fatalnym w skutkach przejawie polityki stwarzania pozorów. Rząd Tuska wiele robi, aby zyskać symboliczne wyrazy uznania dla polskiej pozycji w świecie. W imię owych symboli rezygnuje ze spraw realnych. Wielkimi wizerunkowymi sukcesami rządu miały być: uzyskanie dla Jerzego Buzka na pół kadencji stanowiska przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, zgromadzenie na Westerplatte przywódców zachodnich państw czy powierzenie Lechowi Wałęsie pchnięcia pierwszej z kostek symbolicznego domina podczas obchodów rocznicy obalenia muru berlińskiego.

Symbole mają oczywiście w polityce międzynarodowej swe znaczenie, ale musi za nimi iść cokolwiek więcej. Tymczasem stanowisko zajmowane przez Buzka żadnego praktycznego znaczenia nie ma, na Westerplatte dialog pomiędzy Moskwą a Berlinem toczył się wysoko ponad naszymi głowami, a rola przeznaczona Wałęsie miała osłodzić nam fakt, że to obalenie muru, a nie „Solidarność”, uważane jest za przełomowe wydarzenie historyczne. Gdy Wałęsa mówić zaczął – w typowym dla siebie kabotyńskim stylu, ale akurat w zgodzie z najlepiej pojętym polskim interesem – że to polski papież i „Solidarność” zmieniły świat, a nie Gorbaczow, jak zgodnie z bieżącymi potrzebami politycznymi chcą wierzyć Niemcy i reszta zachodniej Europy – po prostu mu przerwano i odebrano mikrofon.

I znowu nic nie symbolizuje lepiej, do jakiego stopnia nasza rzekomo wzrastająca pozycja w Europie i świecie opiera się „na farbie”. Profesor Brzeziński ujął to brutalnie: skoro Ameryka (i Europa też) widzi, że Polacy są łasi na komplementy, to prawią im komplementy. Ale to przecież tylko komplementy. Gdy dochodzi do spraw realnych, dostajemy kolejne brutalne lekcje, gdzie widzi świat nasze miejsce. Ostatnia to sposób, w jaki potraktowano w Unii naszą – wydawałoby się zdroworozsądkową – pozycję, aby kandydaci do unijnych urzędów tworzonych w związku z traktatem lizbońskim przedstawili publicznie swe programy.

[srodtytul]A PiS bije Murzynów[/srodtytul]

Chce się spytać: skoro jest tak źle, dlaczego jest tak dobrze? Dlaczego rządowi, który nie może się pochwalić żadnym znaczącym osiągnięciem, a niezliczoną ilość spraw zaniedbał lub kompletnie popsuł, wciąż udaje się czarować miliony Polaków obietnicami bez pokrycia i zwykłymi bajkami?

Częścią odpowiedzi jest wspomniane na wstępie propagandowe zaangażowanie mediów, które przywykło się określać mianem salonowych, choć precyzyjniej byłoby mówić o mediach oddających punkt widzenia establishmentu.

Władza Tuska opiera się na pozyskiwaniu rozmaitych sitw i lobbies, które polityk ten zdołał przekonać, iż ochroni ich interesy i, najogólniej mówiąc, uprzywilejowaną pozycję. Dziennikarzepropagandyści, będący głosem owych sitw i lobbies, są częścią zapłaty za tę ochronę. Niektórzy udają, że wierzą w to, co piszą, inni udają, że są zdolni krytykować obie strony, podobnie, jak i wśród propagandystów Peerelu co wybitniejsi lubili manifestacyjnym dąsem na partię zaznaczać swój dystans do niej.

Że jest to tylko udawanie, dowiodło wyraźnie ich zachowanie po ujawnieniu taśm z podsłuchów CBA. W chwili zagrożenia dla „ich” partii wszyscy jak jeden mąż rzucili się bronić Tuska i Platformy prawem i lewem, pluć na CBA i Mariusza Kamińskiego, orzekać o „zamachu stanu” czy „perfidnej pułapce”, jaką miał niby zastawić „pisowski” szef CBA na premiera. Dopiero gdy sondaże pokazały, że PO nie traci, zaczęło się znów pozorowanie niezależności i nawet pewne drobne przytyki pod adresem PO. Trzeba być bardzo naiwnym, by brać je za dobrą monetę.

Paradoksalnie najwięcej sympatii wzbudził we mnie artykuł Wojciecha Mazowieckiego, który pryncypialnie zgromił owych udających obiektywizm propagandystów salonu za to, że nie dość gorliwie wysługują się władzy. Zupełnie słusznie; skoro dawno już powiedziało się a i b, to trzeba być konsekwentnym i nie cofać się przed żadnym kłamstwem, które jest w danej chwili „po linii”, zamiast się wikłać w zgniłe kompromisy.

Nie chcę mnożyć retorycznych pytań, co i jak salonowi propagandyści by pisali, gdyby to rząd PiS tolerował podsłuchiwanie przez specsłużby dziennikarzy, majstrował przy emeryturach, rozmontowywał konstytucyjny mechanizm zabezpieczający przed nadmiernym zadłużaniem państwa, odmawiał zakupu szczepionek przeciw grypie etc. Wystarczy stwierdzić jedno: kłamliwe media stały się częścią systemu władzy. Bez ich gorliwości w fałszowaniu faktów, w usprawiedliwianiu nieudolności rządu argumentami w stylu „a PiS bije Murzynów” oraz „prezydent i tak by wszystko zawetował”, w przysłanianiu prawdziwych skandali wyssanymi z palca (tego rodzaju, że Kaczyński zapowiedział kupno komórki u ojca Rydzyka albo że nagrywa poranne wywiady dla radia, zamiast udzielać ich na żywo) – propagandowa maszynka rządu Tuska kręcić by się nie mogła.

Tymczasem kręci się żywo, w interesie polityka, o którym prof. Śpiewak (były poseł PO, równie odległy od PiS, jak pozostali tu cytowani) napisał ostatnio, że „nie ma punktu, reguły, zasady, sprawy czy osoby, której by bronił za wszelką cenę, każdego i wszystko może potraktować instrumentalnie”. Z każdym dniem coraz bardziej oczywiste się staje, że im dłużej polityk ten będzie cynicznie poświęcał wszystko, z najbardziej żywotnymi interesami Polski włącznie, dla zachowania popularności i władzy, tym gorzej dla nas wszystkich. Także dla tych pracowników mediów, którzy z taką gorliwością świadczą mu propagandowe usługi.