Żaden z kilkudziesięciu filmów wyreżyserowanych przez 84-letniego Clinta Eastwooda nie odniósł tak spektakularnego sukcesu kinowego. Od amerykańskiej premiery pod koniec grudnia w samych Stanach Zjednoczonych „Snajper" zarobił ponad 330 milionów dolarów, a za granicą, gdzie miał premierę miesiąc później – już blisko połowę tej kwoty. W ten weekend zapewne pobije rekord amerykańskich kin z 2014 roku, czyli wynik „Igrzysk śmierci. Kosogłosa. Części 1" oraz „Strażników galaktyki", do których brakuje mu zaledwie kilku milionów dolarów wpływów z kinowych kas.

Ameryka wybiera heroizm


Zaskoczenie jest duże, bo wydawało się, że czas kina bohaterskiego się skończył. Kino wojenne miało w ostatnim czasie wymowę raczej antybohaterską, jak choćby nagrodzony Oscarami w 2009 r. „The Hurt Locker: W pułapce wojny" Kathryn Bigelow. Z kolei „Green Zone" Paula Greengrassa z 2010 r. opowiadał o kłamstwach politycznych wokół interwencji w Iraku. A Paul Haggis filmem „W dolinie Elah" (2007) również burzył mit ostatniej amerykańskiej wojny. Na małym ekranie też dominowały nuty antyheroiczne. Znakomity serial stacji HBO „Generation Kill. Czas wojny" był daleki od gloryfikowania amerykańskich działań na Bliskim Wschodzie. Raczej opowiadał o absurdzie prowadzenia wojny przy tak dużej dysproporcji cywilizacyjnej stron. Kiedy jednak popatrzymy na frekwencyjne wyniki wspomnianych filmów, to okazuje się, że nawet gdy zsumujemy je z sobą, to od „Snajpera" dzieli je frekwencyjna przepaść. W dodatku każdy z tych antywojennych obrazów więcej zarobił poza Ameryką niż we własnym kraju, co chyba najlepiej wyraża stosunek amerykańskiej widowni do tych produkcji.

Potwierdza to inny przebój wojenny z 2014 roku – „Furia" Davida Ayera. Film bardzo nowoczesny od strony wizualnej, z gwiazdorską obsadą (m. in. Brad Pitt i Shia LeBeouf), a w wymowie niezwykle tradycyjny. Nadwiślańscy krytycy powiedzieliby pewnie, że wręcz martyrologiczny.

Eastwood, ekranizując biografię Chrisa Kyle'a, najsłynniejszego snajpera w historii amerykańskiej armii, miał do wyboru dwie możliwości. Mógł zrobić film przeciwko swojemu bohaterowi albo stanąć po jego stronie, skazując się tym samym na ostrą krytykę amerykańskiej lewicy. Kyle od czasu wydania w 2012 r. swoich wspomnień utożsamiał dla liberałów to, co najgorsze w Ameryce – militaryzm, polityczną ignorancję i ksenofobię.

Znając Eastwooda, nietrudno się domyślić, że wybrał drugą drogę. To chyba jedyny człowiek w Hollywood, który otwarcie popiera republikanów i może kręcić filmy, jak mu się żywnie podoba.

Film został co prawda zignorowany przez Akademię Filmową wręczającą Oscary, bo z sześciu nominacji otrzymał tylko jedną statuetkę za montaż dźwięku. Rekordowa frekwencja pokazuje jednak, że 84-latek wie o swoich rodakach więcej niż jego młodsi koledzy. Przypomniał coś, o czym część amerykańskich elit wolałaby zapomnieć. O tym, że Ameryka żywi się heroicznymi mitami i potrzebuje je wciąż odnawiać. Filmowy „Snajper" znakomicie na tę potrzebę odpowiada.

Gwiazdor walczy o film

Tytułowy bohater, czyli Chris Kyle, na herosa nadawał się idealnie. Tym bardziej że wcielił się w niego Bradley Cooper, jeden z najpopularniejszych aktorów Hollywood. Na dodatek piekielnie zdolny. Co więcej, to on, a nie Eastwood, zabiegał o nakręcenie biografii amerykańskiego snajpera numer jeden. Aktor zaangażował się w film również jako producent i przekonał studio Warner Bros do znalezienia do tego projektu wybitnego reżysera. Najpierw miał nim być sam Steven Spielberg, ale twórca „Szeregowca Ryana" nie był przekonany do scenariusza ani do bohatera. Potem Cooper osobiście zaproponował reżyserię Eastwoodowi, a ten od razu podzielił jego entuzjazm.

Książka „Cel snajpera", autobiografia Chrisa Kyle'a, została wydana w Ameryce w 2012 r. (w Polsce jeszcze tego samego roku wydało ją krakowskie wydawnictwo Znak w przekładzie Michała Romanka). Wywołała burzliwą dyskusję nie tylko wokół postaci autora, ale w ogóle na temat wojska i wojny. Kyle w swoich wspomnieniach nie kryje, że „uwielbiał to, co robił". A robił to bardzo skutecznie, bo na jego koncie znalazło się 160 potwierdzonych przez wojsko trafień. Oznacza to tyle, że pozbawił życia 160 przeciwników strzałami snajperskimi, co stanowi rekord w historii amerykańskiej armii. I to tylko oficjalnie, bo nieformalnie mówi się o liczbie prawie dwukrotnie wyższej.

Sam Kyle komentował swoje rekordy ze specyficzną mieszanką skromności i pogardy dla wrogów: „Nie jestem osobą skupiającą się na liczbach (...) Liczba moich ofiar nie ma dla mnie znaczenia. Żałuję, że nie zabiłem więcej wrogów. Nie po to, żeby mieć się czym przechwalać, lecz dlatego, że uważam, że świat jest lepszy bez tych dzikusów, którzy pozbawiali życia moich rodaków".

Chris Kyle urodził się i wychował w Teksasie, gdzie wraz z bratem otrzymał od ojca surowe, południowe wychowanie. Od młodości polował z bronią myśliwską i jeździł konno. Gdy był starszy, imał się różnych prac dorywczych na ranczach i farmach. Wieczorami dla pieniędzy i rozrywki ujeżdżał konie na rodeo.

Do armii wstąpił w 1999 roku, mając 25 lat. Ze służby odszedł dziesięć lat później. W tym czasie czterokrotnie jeździł na misje do Iraku, gdzie brał udział w najcięższych walkach na ulicach Faludży i Bagdadu. Ze względu na swoją snajperską skuteczność stał się niezwykle popularną postacią wśród żołnierzy, którzy nazywali go „Legendą". Z kolei po drugiej stronie barykady zyskał przydomek „Diabeł z Ramadii" i tak zalazł za skórę irackim rebeliantom, że wyznaczyli nawet za jego głowę nagrodę w wysokości kilkudziesięciu tysięcy dolarów.

W przerwach między kolejnymi kontyngentami Kyle założył rodzinę i doczekał się dwójki dzieci. „Bóg, ojczyzna i rodzina" – powtarza w swojej książce priorytety i traktuje tę hierarchię śmiertelnie poważnie. Jeździł do Iraku nawet wtedy, gdy wiedział, że jego żona ma już tego dosyć i wolałaby, żeby został w domu. Po opuszczeniu armii prowadził firmę szkoleniową i ochroniarską, a także szeroko promował swoją autobiograficzną książkę. Przyjechał m.in. na spotkania autorskie do Polski, gdzie mógł liczyć na gorące powitanie polskich przyjaciół z GROM-u, którzy – jakżeby inaczej – w Iraku raczyli go żubrówką. W wolnych chwilach Kyle angażował się w pomoc pozostającym pod wpływem traumy i okaleczonym żołnierzom. Była to terapia zarówno dla nich, jak i dla niego. Zabierał ich na strzelnicę, nadzorował rehabilitację, a oni opowiadali mu swoje historie.

Czyste sumienie

Aby w pełni nakreślić portret Kyle'a, muszę zdradzić również zaskakujące zakończenie filmu. Snajper zginął w tragicznych okolicznościach zastrzelony z własnej broni przez innego weterana z Iraku. 2 lutego 2013 roku pojechał na ranczo z dwoma weteranami, spośród których jeden zastrzelił Kyle'a i drugiego weterana. Zabójca został szybko schwytany przez policję, a nazywał się Eddie Ray Routh. Jego procesem emocjonowały się całe Stany Zjednoczone. Nieprzypadkowo miał on swój finał pod koniec lutego, czyli właśnie w momencie, gdy na ekranach kin triumfował film Eastwooda, w dużym stopniu heroizujący Kyle'a.

Routh stał się wrogiem numer jeden Ameryki i został skazany na dożywotnią karę więzienia bez prawa ubiegania się o wcześniejsze zwolnienie. Proces wywoływał skrajne emocję nie tylko ze względu na sławę ofiary, ale również z uwagi na wątpliwości co do stanu psychicznego oprawcy. Adwokaci Routha bronili go, przedstawiając lekarskie ekspertyzy świadczące o jego schizofrenii, której zresztą miał rzekomo nabawić się w trakcie działań wojennych. Mimo że motywacje zabójcy pozostawały zagadką, to ława przysięgłych nie miała wątpliwości, że był on zdrowy na umyśle, kiedy zabijał dwóch weteranów. Po niecałych trzech godzinach konsultacji przysięgli przekazali wyrok sędziemu, w którym stwierdzali, że Routh zabił z zimną krwią i za to spędzi życie w celi.

Proces Routha i film Eastwooda przyśpieszają wyświęcanie Kyle'a na bohatera kulturowego współczesnej Ameryki. A trzeba przyznać, że film Eastwooda robi to bardzo skutecznie. Lektura książki „Cel snajpera" budzi już dużo więcej wątpliwości. Zwłaszcza wtedy, gdy Kyle opisuje zabijanie jako rozrywkę albo sport. W momentach, gdy obserwujemy, jak prosty chłopak nie dostrzega, że przekroczył pewną granicę, jego świadectwo paradoksalnie zbliża się do książki antywojennej.

W „Celu snajpera" deklaruje bez ogródek, że na wojnie nie myśli się o prawach człowieka, tylko o tym, żeby wyjść z tego wszystkiego cało wraz z kolegami: „Nie ryzykowałem życia dla zaprowadzenia w Iraku demokracji. Ryzykowałem życie dla kumpli po to, żeby bronić przyjaciół i rodaków. Poszedłem na wojnę dla własnego kraju, a nie dla Iraku. Mój kraj wysłał mnie tam, żeby cały tamtejszy idiotyzm nie zawitał do nas. Ani razu nie walczyłem dla Irakijczyków. Miałem ich gdzieś".

Jego pierwszym żywym celem snajperskim była Irakijka biegnąca z granatem na amerykański oddział. Kyle pisze: „Miałem obowiązek strzelić i nie żałuję tego. Ta kobieta i tak by zginęła. Ja tylko zadbałem o to, żeby nie zabrała z sobą żadnego z marines. Było jasne, że chce ich zabić, ale to nie wszystko: nie zwracała najmniejszej uwagi na nikogo w pobliżu, kogo mógł rozerwać granat albo kto mógł zginąć w wyniku otwarcia ognia. Nie obchodziły jej ani dzieci na ulicy, ani ludzie w domach, może nawet jej własne dziecko... Była za bardzo zaślepiona przez zło, żeby zwracać na nich uwagę. Chciała po prostu za wszelką cenę zabić Amerykanów. Moje strzały ocaliły kilku rodaków, których życie było w oczywisty sposób warte więcej niż wynaturzona dusza tej kobiety. Mogę stanąć przed Bogiem z czystym sumieniem i odpowiedzieć za to, co zrobiłem. Ale szczerze i głęboko znienawidziłem zło, które opętało tę kobietę. Nienawidzę go po dziś dzień".

Strzelec wyborowy

Niewątpliwie Clint Eastwood nakręcił swój najlepszy film od czasu „Gran Torino" z 2008 roku. Nieporównywalnie lepszy niż schematyczny film o apartheidzie „Invictus: Niepokonany" (2009) czy nieskładna biografia „J. Edgar" (2011) z Leonardem DiCaprio w roli twórcy potęgi FBI J. Edgara Hoovera. Z kolei metafizyczne „Medium" (2010) z Mattem Damonem w roli głównej niebezpiecznie balansowało na granicy kiczu.

„Snajper" jest przede wszystkim bardzo dobrze wyreżyserowanym, niezwykle konsekwentnym, ale też wbrew zarzutom niektórych krytyków bardzo nieoczywistym filmem wojennym. Eastwood zrezygnował w nim z muzyki filmowej, zazwyczaj tak wyrazistej w kinie żołnierskim, i zostawił widza sam na sam ze znakomitym aktorem. Bradley Cooper, znany choćby ze świetnych filmów „Poradnik pozytywnego myślenia" (2012) i „American Hustle" (2013), ale również z trylogii „Kac Vegas", przygotowywał się do tej roli miesiącami. Ćwiczył na siłowni i pochłaniał olbrzymie ilości jedzenia. Szybko przybrał na wadze, zyskując figurę niedźwiedzia. Przyswoił trudny teksański akcent i nie rozstawał się z bronią. Na ekranie bije od niego niesamowity spokój, praktycznie w żadnej scenie nie podnosi głosu. Taki według wspomnień był także Chris Kyle – skromny, prosty chłopak z Teksasu, z bardzo nietypową umiejętnością.

Scenarzysta Jason Hall spośród różnych wątków w biografii Kyle'a skupił się na jego karierze snajperskiej, mocno ją przy tym ubarwiając. Sam Kyle w swojej biografii twierdził, że wcale nie miał ewidentnego daru celności od dzieciństwa. Jego umiejętności wyszły na jaw przypadkiem i długo musiał je szlifować, aby zmienić się w precyzyjnego strzelca.

W filmie jego talent jest przedstawiony niczym dar Boży, który dostrzegli szkoleniowcy z elitarnej jednostki marynarki wojennej Navy SEAL (skrótowiec od słów: morze, powietrze, ziemia). Chłopak szybko zostaje przyuczony do walki miejskiej i wysłany do Iraku z misją ochraniania swoich kolegów z piechoty. Kiedy oni przeczesują kolejne dzielnice i budynki, on osłania ich z dachów domów.

Owce i wilki

Wszystkie kontrowersje nie dotyczą w zasadzie tego, co Eastwood i Cooper w swoim filmie pokazali, tylko raczej związane są z tym, czego właśnie nie pokazali.

Eastwood krok po kroku pokazuje przemianę bohatera z lekkomyślnego kowboja w odpowiedzialnego żołnierza. Wycisza kontrowersyjne wątki z autobiografii Kyle'a, a jego buńczuczne wypowiedzi o „dzikusach" zawsze uzasadnia nadzwyczajnymi okolicznościami, w jakich się znalazł. Cooper gra bohatera ze spiżu, pełnego poświęcenia i oddania, gotowego poświęcić życie za kolegów i rodaków. Nienawidzi rebeliantów za to, że zasłaniają się kobietami i dziećmi. Precyzyjna reżyseria i dobry scenariusz sprawiają, że ufamy kontrowersyjnemu bohaterowi. Wierzymy w czystość jego intencji. Jeżeli on nie będzie zabijał Irakijczyków, to zginie więcej chłopaków, którzy trafili na tę wojnę. Przestaje się liczyć, czy była to wojna słuszna, czy nie.

W taką wizję wojny, zwłaszcza tej w Iraku, można wierzyć lub nie. Eastwood portretuje rzeczywistość oczami swojego bohatera i nie zamierza kierować ostrza krytyki przeciwko niemu. Nie można jednak powiedzieć, że „Snajper" jest wyłącznie promilitarystyczny i pomnikowo heroiczny. Bradley Cooper doskonale ogrywa półcienie, jakie wkradają się w duszę Kyle'a. Uzależnienie od adrenaliny, niemal paranoiczne poczucie misji i odpowiedzialności. Eastwood pokazuje, podobnie jak w oscarowym „Za wszelką cenę" (2004) o bokserce Maggie Fitzgerald, że niezwykły talent może łatwo stać się czyimś przekleństwem i doprowadzić na skraj przepaści. Jednak w scenie, gdy po raz ostatni Kyle bierze udział w akcji na Bliskim Wschodzie, reżyser daje widzowi nadzieję. Bohater nie stanie się niewolnikiem swojego losu. Będzie umiał porzucić ciążącą mu broń i uratować się z piekła burzy piaskowej, dosłownej i metaforycznej.

Bradley Cooper na ideologiczną krytykę filmu bezradnie rozkłada ręce. W wywiadzie dla portalu internetowego Deadline mówił: „Każdy ma prawo do własnej opinii. Temat wojny wywołuje ogromne emocje i być może byłem naiwny, sądząc, że »Snajper« nie wywoła żadnego sporu. Dla mnie to jednak przede wszystkim historia żołnierza, który nie stawia pytań, tylko musi działać. Dlatego nie stawiamy pytań o sens wojny. »Snajper« jest o czymś innym".

Filmy mają jednak to do siebie, że rzadko są absolutnie posłuszne swoim twórcom i grającym w nim aktorom. Często zaczynają żyć własnym życiem. Być może „Snajper" nie pyta wprost o sens wojny, ale zadaje mnóstwo innych, równie niewygodnych pytań.

Na początku filmu ojciec uczy Kyle'a, że na świecie są trzy rodzaje ludzi: owce, wilki i psy pasterskie. Kyle jest oczywiście psem pasterskim dla swoich rodaków i kolegów z oddziału. Jest jednak druga strona medalu: kim stał się dla żyjących pod ostrzałem Irakijczyków?