Nigdy nie napisałam doktoratu, a w Stanach byłam przez kilka lat profesorem, ale takim amerykańskim, czyli nie do końca prawdziwym, choć na jezuickim uniwersytecie. Nie jestem więc żadnym autorytetem i Polskie Towarzystwo Politologów mnie ignoruje.
W zeszłym tygodniu w tygodniku „Do Rzeczy" ukazał się wywiad z „członkiem Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, dr. hab. n. med. Łukaszem Święcickim, specjalistą psychiatrą, profesorem nadzwyczajnym IPiN, p.o. kierownika II Kliniki Psychiatrycznej Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie" (tytuły profesora wzięłam w cudzysłów, bo jest to cytat z Oświadczenia Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, w którym każde słowo brzmi jak świst bata).
W wywiadzie zatytułowanym „Symptomy obłędu udzielonego" profesor Święcicki zwracał uwagę na reakcje ludzi – najczęściej pojawiające się w środowiskach związanych z KOD – które, jego zdaniem, są przesadzone w stosunku do rzeczywistości. „Jest coś takiego jak obłęd udzielony, z francuskiego – folie a deux. Czyli stan, w którym innym osobom udziela się urojeniowy pogląd na sytuację" – mówił profesor Święcicki. – „Wydaje mi się, że teraz coś takiego obserwuję. Mam wrażenie, że to, co się dzieje z KOD, co jakiś czas przejawia takie symptomy obłędu udzielonego".
Tak się złożyło, że w tym samym tygodniu na łamach „Plusa Minusa" napisałam coś bardzo podobnego, tyle że w języku mniej naukowym, albo – przyznaję – może i pseudonaukowym. Pisałam o „amoku adrenalinowym", jaki ogarnął ludzi, którzy pod wpływem mediów wychodzą na ulice, by bronić się przed przerażającym dźwiękiem dzwonka do drzwi o piątej rano. Dzwonek. Oni otwierają, a tam stoi Antoni Macierewicz, który zarzuca im na głowę czarny kaptur i wywozi do Kaczorowa.
Zanim człowiek miał się czas zastanowić nad wywiadem z profesorem Święcickim, ze wzburzeniem odciął się od niego Zarząd Główny Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. „Niedopuszczalna jest sytuacja, gdy psychiatra, wykorzystując swoją wiedzę, doświadczenie, a także stanowisko, czyli występując w roli autorytetu, w sposób nieuprawniony (tzn. bez uprzedniego osobistego badania) wypowiada się na temat osoby lub grupy osób, która ma inne – niż on sam – poglądy polityczne, a której przypisuje on brak równowagi psychicznej" – pisze Zarząd Główny.