Jesteśmy społeczeństwem prawnych analfabetów. Przez lata zapewniano nam w szkołach obowiązkowe przysposobienie obronne – ręka do góry, kto nie biegał między ławkami w archaicznej masce! I oczywiście język rosyjski – choć ten się, podobno, coraz bardziej przydaje.

Nie uczono natomiast prawa i nadal uczy się go niewiele. Ludzie naprawdę nie kojarzą często podstawowych zasad rządzących ich codziennym życiem – z zakresu prawa rodzinnego, podatków czy spadków. Zresztą ciągle piszemy w „Rzeczpospolitej" o różnych fatalnych skutkach tej niewiedzy – czasem bolesnych, czasem kosztownych.

Wiele osób, jeśli ma problem prawny, sobie z nim jednak radzi – idą do prawnika czy doradcy podatkowego. Bo są w stanie za to zapłacić. Niestety, olbrzymiej rzeszy ludzi, na taką poradę nigdy stać nie będzie. Państwo od lat nie było w stanie stworzyć dla nich systemu bezpłatnej pomocy prawnej. Niemal każdy minister sprawiedliwości miał na to jakiś pomysł, który ostatecznie nie wypalał. I kiedy wreszcie – od tego roku – znalazły się pieniądze na budowę takiego systemu pomocy, okazuje się, że nie wszystkim powiatom przekazano środki. Więc część punktów darmowej pomocy nadal nie działa!

Może więc rząd z programem socjalnym na sztandarze doprowadziłby tę sprawę do końca?! Czy liczy się tylko 500 złotych na dziecko, bo to się piarowo lepiej sprzedaje? Wbrew pozorom darmowa pomoc prawna nie jest wyłącznie dla podopiecznych pomocy społecznej. Obejmuje też osoby starsze (po 65. roku życia) i młode (do 26. roku życia), kombatantów, weteranów, ofiary klęsk żywiołowych. Ale też rodziny wielodzietne.

W dodatku działanie tego systemu jest ważne nie tylko dla tych, którzy pomocy potrzebują, ale też dla tych, którzy jej udzielają. W mniejszych ośrodkach jest to bowiem często istotna możliwość zarobkowania dla adwokatów i radców prawnych, bo z pracą dla prawników jest tam bardzo krucho.

Na pomoc pomocy prawnej! Nie może się znów skończyć na obiecankach.