Dokonany 100 lat temu przewrót bolszewicki uczynił jednym z narzędzi totalnej przebudowy społecznej rewolucję seksualną. Nie została wymyślona przez bolszewików, nie skończyła się też z upadkiem komunizmu. Problem seksualności jako niszczycielskiej namiętności wymagającej uporządkowania moralnego i instytucjonalnego od zarania stoi w centrum ludzkiej myśli. W greckiej mitologii, biblijnej teologii, u Homera, Szekspira, Goethego czy Houllebecka przekonanie o destrukcyjnym potencjale seksualności nieokiełznanej dyscypliną moralną jest aż nadto widoczne. Z kolei marzenie o uwolnieniu seksualności z rygorów moralności i prawa traktowane było jako rewolucyjna siła rozbijająca w domniemaniu represyjne społeczeństwo.
Budowa nowej moralności
Bolszewicka rewolucja seksualna ideologicznie odwoływała się do marksizmu, dla którego była jedną z metod radykalnego przewrotu społecznego i zbudowania nowej moralności. Sowiecki totalitaryzm traktował tradycyjną rodzinę i relacje seksualne jako bastion niekontrolowanego oporu przeciw nowej władzy. Ich rozbicie miało zlikwidować życie prywatne zgodnie z poglądem Marksa i Engelsa, iż interes publiczny nie będzie się różnił od interesu jednostki.
W 1918 r. zatwierdzono kodeks rodziny i małżeński, który wprowadził wolny rozwód bez orzekania o winie. Po raz pierwszy w historii zalegalizowano w 1920 r. aborcję – traktowano ją jako środek antykoncepcyjny i gwarancję „wyzwolenia seksualnej przyjemności". Zrewolucjonizowano relacje rodziców z dziećmi, umożliwiając masową indoktrynację. Według N. Bucharina dziecko należy do społeczeństwa, a nie do rodziców. Feliks Dzierżyński założył w 1924 r. pierwszą komunę młodzieżową dla kryminalistów (Bolszewo), w której prowadzili nieskrępowane życie seksualne. Teoretykiem sowieckiej seksualnej rewolucji była feministka Aleksandra M. Kołłontaj. Według niej miejsce rodziny miał zająć „skrzydlaty Eros", co spowodowało według Lenina, iż młodzież nasza [...] po prostu dostała wścieklizny.
Nowy kodeks rodzicielski i małżeński z 1926 r. za małżeństwo uznawał związki zarejestrowane i niezarejestrowane. Oświadczenie o jego rozwiązaniu mogli złożyć mąż albo żona bez powiadomienia drugiej strony. Dziennikarz Kolcow pisał: „Rozwód kosztuje teraz trzy ruble... nie trzeba żadnych formalności, dokumentów, wezwań, nawet zawiadomienia osoby, z którą bierzesz rozwód. ...Za trzy ruble – czemuż się nie zabawić". Konserwatywną wieś skolektywizowano, a moralnie rozbito komsomolską „wolną miłością". Zachęcano dzieci i rodziców do denuncjacji, a prawo przewidywało odpowiedzialność karną, w tym karę śmierci, nawet dwunastoletnich dzieci za brak donosicielstwa.
Pod koniec lat dwudziestych w ZSRR wstrzymano rewolucję seksualną i zakazano aborcji, bo władza uznała, że dalsza destabilizacja rodziny zdestabilizuje państwo. W 1922 r. było już w ZSSR 7 mln dzieci „bezprizornych" („niczyich"). Niemniej oczekiwany skutek osiągnięto. Zasiało wrogość rodziców do dzieci jako niepożądanych intruzów i dzieci do rodziców jako tych, którzy nie z miłości powołali ich na świat, tworząc pokolenie ludzi samotnych i słabych. Do podboju świata potrzebna była też armia, a aborcja – dozwolona ponownie w 1955 r. – załamała demografię.
Bolszewicka rewolucja seksualna stanowiła najłatwiejszy sposób wymagający jedynie odwołania się do instynktu przeniesieniem utopii z przyszłości w teraźniejszość. Lecz taki projekt „wyzwolicielski" nie skończył się z komunizmem.
Projekt przejęty przez Zachód
Stanowi podstawę ideologii emancypacyjnych Zachodu opartych m.in. na marksizmie kulturowym pokolenia 1968 r. Jego bunt uczynił z rewolucji seksualnej jedno z narzędzi rozbijania ładu burżuazyjnego, którą kapitalizm szybko wkomponował w logikę rynku z życiem definiowanym jako nieustanna konsumpcja. Rewolucję seksualną uznano też za skuteczną metodę stosowaną przez globalistyczne elity liberalne budujące „nowego człowieka" w Afryce czy Azji
Po raz pierwszy w historii odrzucono przekonanie – rewolucja bolszewicka to zaledwie jej pierwszy etap – że relacje seksualne mogą być przedmiotem namysłu moralnego i poddane jego rygorom. Seksualność w liberalnym społeczeństwie poddano jedynie rygorom bezpiecznego seksu, właściwej edukacji, nakazowi „zgody" wzajemnej zabezpieczającej przed oskarżeniem o molestowanie. Miłość zaś zdefiniowano jako zaledwie romantyczne uczucie. Rezultatem okazało się nie spełnienie, lecz zbrutalizowanie wzajemnych relacji kobiet i mężczyzn – stępienie odczuć i zamordowanie wstydu, skutkujące utratą rywatności, bez której nie ma intymności.
Dla dawnych marksistów taki projekt miał być jedynie wstępem do zbudowania nowego społeczeństwa. Dla liberalno-lewicowych „wyzwolicieli" to warunek stworzenia doskonałego konsumenta. Wyzwolenie niszczy bowiem ostatnie wspólnoty oddzielające człowieka od władzy totalitarnej czy totalnej władzy rynku. W jednym i drugim wypadku zdumiewa, jak taki plan „wyzwolenia" seksualności zrodzony w umysłach intelektualistów czy artystów żyjących w wyobrażeniowym świecie swojej domniemanej niezależności, osobistych problemów, obsesji i eksperymentów, stał się skutecznie narzucony całemu społeczeństwu.
Eksperyment przeprowadzony na najsłabszych, niezdolnych finansowo, prawnie i kulturowo, którym trudno sprostać ich skutkom, pozbawiał ich szans na sensowne życie. To rodzaj przemocy oligarchicznej, której żadne brednie o empatii i bełkot psychoterapeutyczny nie zlikwidują. Jedna z bezwzględnych wojen, jaką silni wypowiedzieli dzisiaj najsłabszym, jednocześnie czyniąc się samozwańczymi adwokatami „opresjonowanych mniejszości".
Autor jest profesorem na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego