Przyznał jednak, że mnóstwo pracy ma teraz dział procesowy kancelarii – ich klienci sądzą się ostatnio jak oszalali! W ogóle jacyś wściekli się ostatnio porobili i zawarcie prostej ugody staje się syzyfową pracą. Wszyscy lecą do sądu.

W ramach narzekania, i wieloletniej znajomości, mecenas przyznał, że czeka go rozwód. Co go jakoś specjalnie nie zaskoczyło, bo przecież od dłuższego już czasu więcej się zajmuje swoimi wściekłymi klientami niż tzw. pożyciem z, nie mniej wściekłą, żoną.

Ot i pozmieniało się kryzysowo bardzo. Jeszcze niedawno przedsiębiorcy machali ręką na pewne wierzytelności czy problemy w prowadzeniu biznesu. Teraz – nie ma przebacz! Idą do sądu po każdy grosz. Procesują się zarówno z kontrahentami, jak i z rozmaitymi urzędami – oj nachodzi się ten fiskus ostatnio po sądach...

Potwierdzają to najświeższe dane, o których piszemy w dzisiejszej „Rz".

Do sądów wpłynie w tym roku aż czterokrotnie więcej spraw niż w ostatnich latach! I dotyczy to w zasadzie wszystkich kategorii. A że sędziów więcej nie ma, to ta liczba pozwów staje się pomału nie do przerobienia. Co na życie i pożycie sędziów też wpływa zapewne fatalnie...

Oczywiście życie byłoby zbyt proste, gdyby z jednego problemu wynikał tylko jeden pozew. Niestety, tworzą się sądowe „łańcuszki szczęścia", a właściwie nieszczęścia. Bo jak firma A nie zapłaciła B, to ta nie płaci C, i tak dalej.

A kiedy temu, kto wściekły czeka na płatność, sypie się wspomniane pożycie, to coraz częściej sprawnie układa się ono na nowo gdzieś obok. I w końcu wychodzi na to, że aby cały ten galimatias jakoś poukładać – potrzebny jest nie jeden, a trzy rozwody!

Diabli nadali ten kryzys! Solidarnie z sędziami, zasypanymi naszymi sprawami, skończymy wszyscy... zawałami. W firmach i poza firmami.