Jakże ja zazdroszczę matce mojej osoby, pani psycholog w szpitalu w niedużym Świeciu nad Wisłą. Zadzwoniłem do niej kilka dni po głosowaniu, a ta uśmiechnięta deklaruje: „A ja głosowałam na swoją oddziałową". Oddziałową zna od lat, ufa jej, wie, że to uczciwa kobieta. Poglądy? Matka się chyba nie zastanawiała, bo skoro człowiek porządny, to znaczy, że się nadaje, i już. Pani oddziałowa startowała z jednego z komitetów lokalnych, ale już w roli burmistrza widziała moja mama kogoś z innego komitetu, a w głosowaniu sejmikowym jedną z partii.
I w zasadzie wszystkich ich zna, ocenić może, ot uroki życia w powiatowym miasteczku. A moja osoba? Nie znam nikogo kandydującego do rady dzielnicy. Może nie chcę ich poznać? Pudło! Jakiś czas temu wraz z mieszkańcami mojej ulicy zabiegałem o jej remont, o zieleń przy niej. Napisaliśmy nie tylko do władz, ale i do radnych dzielnicy. Pies z kulawą nogą nam nie odpowiedział, ani z rządzącej Platformy, ani z PiS, nikt.
To może powinienem poszukać wśród nowych? W tym roku do mojej skrzynki pocztowej trafiła tylko jedna ulotka. Pani Anna, osoba młoda, debiutantka, kandydowała do Rady Mokotowa właśnie. Prezes, ten jeden jedyny z prezesów, którego tytuł piszemy wielką literą, zareklamował ją, że gdyby mieszkał na Mokotowie, to sam by na nią głosował. Pani Anna pracuje na Nowogrodzkiej i sądzę, iż ma większe ambicje niż jedna dzielnicyjka. Marzy jej się zapewne parlament, wielka polityka. A Mokotów? Cóż, od czegoś trzeba zacząć, prawda?
Tylko dlaczego moim kosztem? A co, jeśli nie chcę, żeby moja dzielnica była swoistym inkubatorem startupów, przedszkolem politycznych czy biznesowych karier partyjnych nominatów? A co, jeśli ja chcę, żeby choćby w radzie dzielnicy reprezentowali mnie społecznicy? Niechby i z partyjną legitymacją, nie ma problemu, ale ludzie, którzy chcą coś zrobić, a nie tylko dorobić dietą do pensji czy dać się dostrzec partyjnym liderom? Ja rozumiem, że w sejmikach już uprawia się politykę, tam tasuje się miliony i rozdaje setkami posady, ale w mojej dzielnicy?
A ja przecież chciałbym tylko park, nie 300 baniek z eurokasy. To znaczy on już jest, ale się z Morskiego Oka zrobił śmietnik. Wiem nawet, że to Rada Warszawy dzieli budżet, ale może mój dzielnicowy radny zająłby się lobbowaniem w tej sprawie? Chodził, szukał poparcia w ratuszu, także wśród mieszkańców, by naciskali, słowem, robił cokolwiek poza głosowaniem, jak partia kazała. Ba, jakby taki park/zajezdnię autobusową/przedszkole przewalczył, to niechby i awansował. Ale dopiero wtedy, za coś, nie wyłącznie za partyjną wierność.
Z radiowych programów komitetów wyborczych zapamiętałem tylko discopolową piosenkę PSL, narodowców straszących obcymi i Partię Razem, która z okazji wyborów samorządowych mówiła w kółko o tym, że popędzi kota Kościołowi. Niby nie te wybory – pomyślałem – ale z obsesjami pana Zandberga niepodobna polemizować. Przypomniało mi się to, bo kiedy o moim parku wspomniałem w RMF, odezwał się do mnie właśnie komitet Wygra Warszawa złożony z aktywistów miejskich i Partii Razem. Bo dbają o zieleń, kusili. Raczej o czerwień, pomyślałem. Szkoda byłoby mi pięknej parkowej kapliczki, którą Razem przerobiłaby zapewne na świetlicę feministyczną. Nie, moi drodzy, nie przekonaliście mnie.
No i tym sposobem zostałem bez swojego kandydata. Do Rady Warszawy było prościej, bo kandydował tam znajomy. Podobno wszedł, więc spodziewaj się moich monitów w sprawie parku, za darmo tego głosu nie oddałem. A jak mnie znajomy zawiedzie? Hm i na to mam sposób. Mamo, jak się wam ta oddziałowa w radzie sprawdzi, to dajcie ją nam choćby na jedną kadencję, co?
PLUS MINUS
Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:
tel. 800 12 01 95