Reklama

Wystarczy szczera skrucha

Czy nie można osoby żyjącej w niesakramentalnym związku potraktować tak, jak traktuje się osobę uwikłaną w nałogi? – pyta duchowny katolicki.

Aktualizacja: 18.03.2015 22:38 Publikacja: 18.03.2015 18:49

Wystarczy szczera skrucha

Foto: materiały prasowe

Jakiś czas temu „Rzeczpospolita" udostępniła swoje łamy – i chwała jej za to - na debatę poświęconą zbliżającemu się Synodowi biskupów i problemach, które mają być tam rozważane. Opublikowano wywiad z kardynałem Walterem Kasperem, a także kilka głosów naszych rodzimych znawców spraw poruszanych przez niemieckiego hierarchę. Trudno omawiać te wszystkie opinie, chciałbym jednak zatrzymać się nad niektórymi.

Powiało grozą!

26 stycznia 2015 ukazał się tekst Jarosława Makowskiego „Rodzina w świecie chaosu", natomiast 3 lutego - polemika z zawartymi w nim tezami pióra Filipa Memchesa. Warto zacytować kilka zdań z tej polemiki, bo ukazują one z jak „gorącym" problemem mamy do czynienia. Memches pisze: „Z artykułu tego [autorstwa Makowskiego] płynie wniosek, że Kościół – zwłaszcza w Polsce – jest represyjną, zideologizowaną organizacją, która nakazuje swoim członkom wierzyć w jakiegoś nieistniejącego potwora i zaprzecza w ten sposób wartościom ewangelicznym". A nieco dalej: „Problem polega na tym, że Makowski ujmuje całą sprawę w ten sposób, jakby komunia święta i małżeństwo nie były żadnymi sakramentami, ale wyłącznie jakimiś elementami kultury i obyczajów".

Nie bronię Makowskiego, mam nawet pewne zastrzeżenia do jego wypowiedzi, jednakże po dokładnym przeczytaniu jego tekstu nie znajduję podstawy do twierdzenia iż publicysta ten „znalazł się na manowcach", że Kościół uważa za „potwora" i nie uznaje kościelnych sakramentów. Jest jakaś miara polemicznych zapędów. Braterski dialog, o którym marzymy, jest dla nas ciągle trudno osiągalny. Wolimy biczować polemistów, niż rozmawiać z nimi.

Nie można czekać z rozgrzeszeniem do momentu aż penitent sam uporządkuje swoje życie

Z kolei 9 marca 2015 ukazał się tekst Tomasza Terlikowskiego, w którym autor przestrzega przed rozprzestrzeniającą się „zarazą" w Kościele. Terlikowski napisał jakiś czas temu „Syllabus błędów księdza Hryniewicza" i odtąd stało się jego pasją kompletowanie prawdziwych i rzekomych błędów różnych osób; „Syllabus błędów" tego publicysty ma pewnie już kilka opasłych tomów.

Terlikowski nie pisze, ale „wieszczy" jak natchniony prorok, który jedynie zna prawdę i to całą prawdę. W swoim artykule pan Tomasz najpierw uświadamia czytelników, że obecnie mamy do czynienia ze schizmą, którą „zapoczątkowali (...) niemieccy, holenderscy i belgijscy hierarchowie", by następnie przejść do totalnej rozprawy z propozycjami kardynała Kaspera i grupy hierarchów myślących podobnie jak on. Za tymi propozycjami kryje się – twierdzi Terlikowski – „radykalna zmiana doktryny i to nie tylko moralnej, ale także tej dotyczącej rozumienia Eucharystii czy Kościoła". Zgoda na te propozycje oznacza, „że dwa tysiące lat niezmiennego nauczania Kościoła zachodniego o nierozerwalności małżeństwa, mogą zostać w praktyce odrzucone". Co więcej, „Poglądy tych hierarchów oznaczają też, że cudzołóstwo może przestać być uważane za grzech". Wszystko to niesie za sobą „nie tylko totalną destrukcję katolickiej moralności i zastąpienie jej niemoralnością świata, ale także uznanie, że przez dwa tysiące lat Kościół w tak kluczowych sprawach się mylił". Z łamów „Rzeczpospolitej" powiało grozą!

Zwołany przez papieża Franciszka Synod ukaże nam – taką mam nadzieję – wielkość i piękno małżeństwa i rodziny, jednakże najbardziej gorącą sprawą będzie w dalszym ciągu – wszystko na to wskazuje – komunia święta dla osób żyjących w związkach niesakramentalnych. Wszyscy jesteśmy wezwani przez papieża do szukania rozwiązania tego i innych trudnych problemów, dlatego i ja ośmielam się zabrać głos.

Reklama
Reklama

Punktem wyjścia jakiejkolwiek sensownej debaty na temat komunii dla osób żyjących w związkach niesakramentalnych, jest uznanie – razem z papieżem Franciszkiem – że mamy do czynienia z problemem i że należy szukać jego rozwiązania. Dotychczasowe dyskusje prowadzone w Polsce zdają się wskazywać, ze dla wielu ludzi to nie jest problem, że jest to raczej pseudoproblem, zaś poszukiwanie rozwiązania jest mąceniem ludziom w głowach, a nawet jakimś „zamachem" na katolicką ortodoksje. Tak zdaje się uważa Terlikowski i wielu duchownych, a nawet hierarchów.

Otóż ja twierdzę, ze jest to rzeczywisty problem i że trzeba poszukiwać rozwiązania, ale oczywiście zgodnego z Ewangelią i wielowiekowym nauczaniem Kościoła. W moim, nie tak krótkim życiu, kilkakrotnie siedziałem i płakałem, razem z niesakramentalnymi małżonkami i rodzicami, że nie mogą oni ze swoimi dziećmi przystąpić do komunii świętej. Był to dla tych ludzi prawdziwy i bolesny dramat. Rozwiązanie, jakie proponuje się niesakramentalnym małżonkom, ludziom w sile wieku, wychowującym dorastające dzieci – białe małżeństwo, ma – w moim odczuciu – coś niesmacznego i trąci formalizmem. Nie jestem przeciwny takiemu rozwiązaniu, ale do takiej decyzji trzeba dorosnąć, a dorasta się zazwyczaj latami. Propozycje, jakie pojawiły się podczas ostatniego Synodu i po nim, łącznie z propozycjami kardynała Kaspera, tez nie zadowalają – pachną jurydyzmem i jakąś dziwną biurokracją. Trzeba – jak mniemam – gruntownie przeanalizować istotę sakramentu pokuty, łącznie z przeanalizowaniem praktyki tego sakramentu w ciągu wieków. Chyba także trzeba przeanalizować nauczanie Kościoła dotyczące uczestnictwa we mszy świętej i miejsca w niej komunii świętej. Nie prowadziłem niestety badań w tym zakresie, mogę jedynie podzielić się swoim duszpasterskim doświadczeniem i wnioskami, jakie z niego wynikają.

Kiedy byłem młodym księdzem, wiodłem w konfesjonale niekończące się dyskusje. Penitenta, który wyznawał swoje grzechy, a zazwyczaj chodziło o grzechy „de sexto", pytałem, czy uważa to za grzech i czy żałuje. Bardzo często padała odpowiedź: „hm... proszę księdza, właściwie to nie". No i wtedy rozpoczynało się przekonywanie, że to grzech, za który trzeba żałować i że trzeba mieć silne postanowienie poprawy.

Uprzywilejowane miejsce

Dopiero po pewnym czasie zrozumiałem, ze jestem ciasnym formalistą i wtedy powiedziałem sobie – Ludwik, zostaw że coś do zrobienia Panu Bogu i nie bądź taki mądry. Po takim osobistym „nawróceniu", penitentowi oświadczałem: Kościół to uważa za grzech i bardzo cię proszę, abyś to przemyślał. I – mówiłem dalej – a teraz chodzi o to, abyś całym sercem zapragnął żyć w łączności z Panem Bogiem i był gotów do spełnienia tego, czego On od ciebie zażąda. Pamiętaj – kontynuowałem czasem Pan Bóg żąda od człowieka pewnej ofiary.

W ten sposób cały mój wysiłek, jako spowiednika, zmierzał do tego, aby penitent włożył swoje życie w „ręce Pana Boga" i to bezwarunkowo. Destylowanie, czy już jest wystarczający żal za grzechy, albo czy już jest wystarczające postanowienie poprawy – wydawało mi się niebezpieczne, bo zatrzymywało człowieka na sobie i nie pozwalało wybiec ku Panu Bogu. Najważniejszą sprawą jest, aby człowiek – mocny czy słaby (zazwyczaj słaby), mądry czy głupi (zazwyczaj głupi) rzucił się w ramiona Pana Boga. Uprzywilejowanym miejscem, gdzie to się dokonuje, tak sądzę, jest sakrament spowiedzi.

Nieco inaczej wygląda sprawa spowiedzi ludzi zniewolonych jakimś nałogiem. Nałóg onanizmu jest stosunkowo lekkim przypadkiem, bywają poważniejsze nałogi. Penitent czuje się zagubiony, bezsilny, niezdolny do uporządkowania swego życia i niezdolny do poprawy, nic nie może ani sobie, ani spowiednikowi przyobiecać, a przychodzi do spowiedzi z nadzieją uzyskania Bożej pomocy. Czasem bywa nawet tak, że poraniony człowiek zdaje się nie odróżniać dobra od zła, zdaje sobie jednak sprawę z tego, że jest chory i prosi Boga o uzdrowienie .

Reklama
Reklama

Czy można odmówić rozgrzeszenia takiemu człowiekowi? W moim przekonaniu nie można. Przecież nie można czekać z rozgrzeszeniem do momentu aż penitent sam uporządkuje swoje życie, i wtedy – upewniwszy się – że ma mocne postanowienie poprawy, pospieszyć z rozgrzeszeniem. Spowiedź jest sakramentem leczącym, obdarzającym Bożą łaską, Bożą mocą ludzi chorych. Czy Kościół dysponujący, z ustanowienia Chrystusa, takim „lekarstwem", może go odmówić chorym? Chyba nie może. A chory człowiek, otrzymawszy rozgrzeszenie, ma z kolei prawo przystąpić do komunii świętej, aby jeszcze mocniej zjednoczyć się z Panem Bogiem.

A jak to się ma do problemu ewentualnego rozgrzeszenia i komunii świętej dla osób żyjących w związkach niesakramentalnych? Oczywiście, spowiednik, który w konfesjonale zasiada w imieniu Kościoła, nie może na własną rękę rozgrzeszać, wbrew nauczaniu Kościoła. Wolno mu jednak szukać rozwiązania trudnych problemów i podpowiadać Kościołowi, a już na pewno wolno mu pytać. Dlatego pytam: czy nie można osobę żyjąca w niesakramentalnym związku potraktować tak, jak traktuje się osobę uwikłaną w nałogi, z których sama nie jest w stanie się podnieść, ale szczerze szuka pomocy u Pana Boga i szczerze pragnie żyć w łączności z Panem Bogiem?

Staje oto przed konfesjonałem człowiek żyjący w związku niesakramentalnym. Nie kwestionuje on świętości i nierozerwalności sakramentalnego małżeństwa. Nie bagatelizuje grzechów, wie, że żyje w grzechu. Był czas, że nie zdawał sobie sprawy z wagi życia w łasce uświęcającej. Dzisiaj jest inaczej – tęskni za Bogiem. Nie usprawiedliwia swego postępowania. Ubolewa, że słabość, głupota, niedojrzałość, namiętność – oderwały go od Pana Boga. Szczerze wyznaje swoje grzechy, ale czuje się bezradny i bezsilny, aby swoje życie definitywnie uporządkować. Nie widzi na razie możliwości podjęcia – wspólnie z cywilnym małżonkiem – decyzji na białe małżeństwo. Rzuca się niejako w ramiona Pana Boga, prosząc o pomoc i ufając, ze Pan Bóg da mu siłę i pomoże mu rozwikłać jego osobisty trudny, dramatyczny problem.

Pytam więc, nie wiem, ale pytam: dlaczego Kościół miałby w tym wypadku nie spieszyć z pomocą, dlaczego miałby odmówić „mocy z góry" i czekać, aż sam człowiek uporządkuje swoje życie i dopiero wtedy zgodzić się – jakby w nagrodę – na wylanie Bożej łaski? Pytam: czy taką osobę można odesłać z konfesjonału bez rozgrzeszenia i powiedzieć „radź sobie sam", skoro wierzymy, że sakrament pokuty przynosi łaske uzdrawiającą? Czy są racjonalne, ludzkie i chrześcijańskie powody, aby proszącemu człowiekowi nie udzielić tego „niebieskiego lekarstwa"? I wreszcie stawiam pytanie „samozwańczym stróżom ortodoksji" – gdzie tu jest profanacja sakramentu pokuty, gdzie tu profanacja sakramentu Eucharystii, gdzie tu jest niszczenie Kościoła i chrześcijańskiej religii, która jest religią miłości i miłosierdzia.

Uniknąć nadużyć

Pan Terlikowski ogłasza, ze dopuszczenie do Komunii niesakramentalnych, to „totalna destrukcja katolickiej moralności i zastąpienie jej niemoralnością świata". Przez całe wieki nadgorliwi teologowie budowali „płoty" w obronie „katolickiej, ortodoksyjnej moralności', która często była moralnością bez miłości. Proszę bardzo, i dzisiaj możemy sobie pobudować nowe „płoty" oddzielające grzeszników od Kościoła, ale – ostatni już raz pytam – czy to będzie jeszcze chrześcijaństwo, religia miłości i miłosierdzia, czy już sekta ?

W 1991 roku duszpasterzowałem w Sankt Petersburgu i zdecydowałem się na przywiezienie na Światowy Dzień Młodzieży w Częstochowie, młodych Rosjan. Zgłosiło się 3 tysiące, ostatecznie przywiozłem ich około 2 tysięcy. Przez kilka miesięcy trwały przygotowania do pielgrzymki i jedynym miejscem, gdzie ta młodzież mogła się spotkać, był kościół Matki Boskiej z Lourdes przy Kowieńskim Piereułku.

Reklama
Reklama

Nie spodobało się to naszym starszym parafiankom i przyszły do mnie z wyrzutem, jak mogłem do świętego miejsca – kościoła, zaprosić nieochrzczonych pogan. Później, kiedy te nasze panie nabrały do mnie zaufania, a może nawet pokochały – to mnie za tę swoją reakcję przepraszały.

Kiedy czytam i słucham wypowiedzi naszych gorliwych katolików, którzy kategorycznie odmawiają prawa do sakramentów osobom rozwiedzionym, to przypomina mi się ta historia z Petersburga. A może trzeba podzielić się darem, jaki otrzymaliśmy od Chrystusa, z ludźmi którzy pobłądzili?

Trzeba na koniec jeszcze coś dopowiedzieć. Przy takim postawieniu sprawy, mogą oczywiście zdarzyć się nadużycia, może ktoś przyjść do konfesjonału nie z pragnienia Bożej łaski, ale np. z pragnienia przypodobania się teściowej. I dlatego, gdyby Kościół zdecydował się na dopuszczenie osób, o których tu mowa, do sakramentów, trzeba by, aby przynajmniej na jakiś czas – dla uniknięcia nadużyć - wyznaczono w diecezjach specjalnych spowiedników, umiejących rozpoznać intencje takich niecodziennych penitentów.

Jednakże nie widzę potrzeby powoływania specjalnych trybunałów i przeprowadzania specjalnych akcji – wyjaśniających, pokutnych itp. Im prościej, tym lepiej. Powtarzam, rozgrzeszenie nie jest zwolnieniem człowieka z jego zobowiązań, przeciwnie, jest pospieszeniem mu z pomocą, aby swoje zobowiązania wobec Boga był zdolny należycie wypełnić.

I wreszcie chciałbym prosić, aby zaprzestano posługiwać się argumentem, że dopuszczenie małżeństw niesakramentalnych do sakramentów, będzie „furtką" i niejako zachętą dla części osób, aby nie zawierać sakramentalnego małżeństwa. Dla infantylnych ludzi wszystko może być „furtką" i nie ma na to rady. Ale my tutaj zastanawiamy się nad problemami dorosłych i dojrzałych ludzi.

Reklama
Reklama

Autor jest dominikaninem, duszpasterzem akademickim ,rekolekcjonistą. W okresie PRL związany był z opozycją antykomunistyczną

Opinie polityczno - społeczne
Piotr Pałka: Polska 2050 już wybrała przewodniczącą. Tylko o tym nie wie
Opinie polityczno - społeczne
Dr hab. Krzysztof Wasilewski: Jak Donald Trump kreuje rzeczywistość za pomocą memów
Opinie polityczno - społeczne
Jan Zielonka: Donald Trump w Davos jak w kabarecie Olgi Lipińskiej
Opinie polityczno - społeczne
Janusz Lewandowski: Zbigniew Ziobro z Viktorem Orbánem niszczą tysiącletnie braterstwo Polski i Węgier
Opinie polityczno - społeczne
Jerzy Surdykowski: Rada Pokoju Donalda Trumpa, czyli Karol Nawrocki w krainie czarów
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama