Kończący gimnazjum autor coś tam słyszał o dalekim kraju, kojarzyły mu się nawet imiona polskich władców (Boleslas, Ladislas), ale generalnie o Polsce wiedział niewiele i nie był nią zainteresowany. A więc akcję sztuki umieścił „w Polsce, czyli nigdzie".

Obserwując naszych polityków, odnoszę nieodparte wrażenie o ich przekonaniu, że z równie zapartym tchem patrzy na nich cały świat. Z dumą toczą swoje strategiczne gry, tajne negocjacje i podpisują zaskakujące pakty, które mają zmienić losy jeśli nie świata, to kontynentu. Przykłady?

Najpierw premier pojechał do Budapesztu, by przedyskutować zawarcie porozumienia z zaprzyjaźnionymi kolegami z Węgier i Lombardii. Polityczne trzęsienie ziemi w Europie? Nie sądzę, by wywołało to aż tak wielkie wrażenie. Jeśli nawet powstanie złożony z kilkudziesięciu europosłów konserwatywno-nacjonalistyczny klub (uznany za eurosceptyczny i prorosyjski, choć pewnie premierowi nie o to chodziło), to nie zmieni on układu sił w zdominowanym przez chadeków, socjaldemokratów i liberałów Parlamencie Europejskim. Nie zwiększy też szans rządu w sporach z instytucjami Unii, co najwyżej da zainteresowanym partiom nieco dłuższy czas na wygłaszanie przemówień (których tak czy owak mało kto słucha).

Teraz rząd wynegocjował z naszą własną lewicową opozycją zawarcie paktu o poparciu Krajowego Planu Odbudowy. Informacja, że polski rząd zdołał sklecić doraźną koalicję potrzebną do uruchomienia unijnego Funduszu Odbudowy, na pewno została przyjęta z zadowoleniem przez tych, którzy śledzili sytuację (bo im za to płacono – mówię tu o urzędnikach w Brukseli i państwach Unii). Ale pewnie i tak nikomu do głowy nie przyszło, że Polska może nie ratyfikować przynoszącego jej dziesiątki miliardów euro porozumienia. Bo najpierw Polacy musieliby stadnie zwariować.

Niestety, to nie musi być koniec historii. Osiągnięte z fanfarami porozumienie rządu z lewicą może zostać utrącone przez złośliwych unijnych urzędników. Dodanie do Krajowego Planu Odbudowy budowy 75 tys. mieszkań? Raczej wątpliwe, czy wpisuje się to w ramy działań, które można finansować z Funduszu. Ma on służyć inwestycjom na rzecz odbudowy i wzmocnienia gospodarki – ale po pandemii, nie po wojnie. Pieniądze mają być wydane na rozwój gospodarki cyfrowej, gospodarki zielonej (przyjaznej środowisku) i nowoczesnej ochrony zdrowia. I to wydane szybko, w dwa–trzy lata.

Czy 75 tys. mieszkań da się zbudować szybko? Dotychczasowe doświadczenia stron podpisujących układ rozczarowują: rząd od sześciu lat realizuje program budowy 100 tys. mieszkań rocznie, a zbudował mniej niż 30 tys. O wielkich mieszkaniowych planach lewicy z czasów, gdy rządziła, zdążyliśmy już zapomnieć, ale ich wyniki też nie były imponujące. Poza tym, czy budowa mieszkań służy rozwojowi gospodarki cyfrowej?

Odpowiedź brzmi: owszem. Wszystko zależy od tego, jak sprawę przedstawić. Wystarczy wyjaśnić w Brukseli, że chodzi o budowę mieszkań wirtualnych. A w tej dziedzinie obie strony porozumienia mają ogromne doświadczenie.