„AI zmienia świat”. „AI wymaga”. „AI redefiniuje rynek pracy”. Tego typu stwierdzenia można dziś spotkać w mediach, w salach konferencyjnych, przy kuchennym stole. Brzmią rzeczowo, wydają się oczywiste. A jednak są fundamentalnie mylące. Model językowy – bo tym w swej istocie jest najbardziej popularna dziś forma AI – niczego nie wymaga! Wymagania mają konkretni ludzie, firmy, państwa, które wykorzystują AI do tego, by zmieniać warunki gry. Brak tego rozróżnienia w debacie publicznej jest dziś jednym z największych politycznych zaniedbań naszych czasów.
Jak rozmawiamy o AI
Mówimy o AI jak o pogodzie. Coś, co po prostu się dzieje, do czego trzeba się dostroić, co trzeba uważnie obserwować, ale na co nie mamy wpływu. Kilka lat po tym, jak ChatGPT trafił pod strzechy, ta postawa stała się niemal uniwersalna – niezależna od branży, kompetencji czy wieku rozmówcy. Jednostki, firmy, państwa, think-tanki – wszystkie one przyjmują tę samą postawę: AI jako pogoda, my jako ci, którzy biorą parasol albo go zostawiają w domu.
Ta gramatyka, w której AI jest podmiotem zdań, a my biegaczami w wyścigach, których nie wybieraliśmy, nie jest niewinna. Gdy np. zwalniamy pracownika, argumentując to zdolnościami AI, to robimy kilka rzeczy naraz. Rozmywamy odpowiedzialność: zamiast nazwać konkretną decyzję biznesową, konkretnych osób, odsyłamy do bezosobowej siły. Uniewinniamy decydentów: skoro „AI”, to nikt konkretny nie jest odpowiedzialny. I przerzucamy koszt systemowej zmiany na jednostkę: pracownik ma się dostosowywać, choć nie ma wpływu na decyzje, które go dotyczą.
Język to jednak tylko symptom. Pod nim siedzi głębsza rzecz: traktujemy AI jak siłę zewnętrzną, z którą nasze relacje sprowadzają się do adaptacji. Naszym zadaniem jest „nadążyć”, „nie zostać w tyle”, „dostosować się”. W tej ramie AI jest warunkiem, nie zmianą, którą sami współkształtujemy. I to jest dziś sednem politycznego problemu – bo strategia, której punktem wyjścia jest adaptacja, z definicji rezygnuje z negocjacji.
Wyścigi bez celu
Konsekwencja takiego postrzegania jest przewidywalna: bezładnie zaczynamy uczestniczyć w wyścigach, które ktoś inny ustalił. Pierwszy z nich, najbardziej widoczny, to wyścig o kompetencje. Pracownik biurowy, lekarz, prawnik, nauczyciel – wszyscy słyszą, że muszą biec, by nie wypaść z rynku. Programy „kompetencji przyszłości” mnożą się w korporacjach, ministerstwach, na uczelniach. Rynek pracy zdaje się przyspieszać, a wraz z nim presja na każdego, kto na tym rynku jest.
Drugi to wyścig o osąd. Skoro AI potrafi tak wiele – pisać teksty, analizować dane, programować – kluczową kompetencją staje się umiejętność decydowania „co warto robić”: w którą stronę iść indywidualnie, jakie zastosowania wspierać zbiorowo, jakie ograniczać. Osąd przesuwa się z poziomu wykonania na poziom kierunku. To wyścig głębszy od pierwszego, bo nie chodzi już o nadążanie za narzędziami, ale o trzymanie kompasu w świecie, w którym wykonanie staje się tanie, a wybór drogi.
Każdy z tych wyścigów jest realny. Każdy stawia trudne pytania. Ale mają jedną wspólną cechę, która powinna nas zaniepokoić. Biegniemy, a jak wiadomo biegacz nie ustala zasad biegu – może jedynie biec szybciej albo wolniej. Jego rola, w sensie ścisłym, jest przedmiotowa.
Platformy cyfrowe wyrosły na monopole, zanim państwa zorientowały się, że internet to nowy układ sił, a nie tylko nowy kanał komunikacji. Za każdym razem strona, która spóźniła się z rozpoznaniem, że trwa renegocjacja, płaciła rachunek
Renegocjacja sił, której jesteśmy świadkami
Trzeba jasno powiedzieć, że to, czego właśnie doświadczamy, jest dużo poważniejsze niż sportowe wyścigi. AI nie jest dziś tylko nowym narzędziem do produktywniejszej pracy. AI jest dziś używana – przez konkretne firmy, konkretne państwa, konkretne grupy interesów – do renegocjacji kluczowych układów sił we współczesnym świecie. Między pracą a kapitałem. Między obywatelem a władzą. Między państwami a wielkimi korporacjami technologicznymi. Między klientami a firmami. I wreszcie między człowiekiem a samą technologią.
Tak zresztą dzieje się zawsze przy okazji dużych przełomów technologicznych. Każda rewolucja techniczna pociąga za sobą rewolucję społeczną – zmianę paradygmatów, norm, instytucji, kultury. I to nie przez sam fakt pojawienia się nowej technologii, tylko właśnie przez ten cały kompleks zmian społecznych, rozkłada się nowy bilans sił, kreowani są wygrani i przegrani. Druk nie był tylko nowym sposobem powielania słów – był reformacją, otwarciem drogi do edukacji dla mas, narodzinami państw narodowych, demontażem monopolu Kościoła na interpretację rzeczywistości. Elektryczność nie była tylko sprzętem – była nową organizacją czasu (dnia oddzielonego od nocy światłem), miasta, fabryki, gospodarstwa domowego. Internet nie był tylko siecią – był przebudową dziennikarstwa, polityki, handlu, intymności.
Na poziomie europejskim – i to jest dziś najpilniejsze – potrzebujemy ram negocjacyjnych wobec wielkich firm technologicznych
W każdej z tych rewolucji jedni zyskiwali, inni tracili. I – co najważniejsze – wygrywali ci, którzy szybko zrozumieli, że trwa renegocjacja, i potrafili wziąć w niej aktywny udział. Ostatni dobitny przykład to platformy cyfrowe, które wyrosły na monopole, zanim państwa zorientowały się, że internet to nowy układ sił, a nie tylko nowy kanał komunikacji. Za każdym razem strona, która spóźniła się z rozpoznaniem, że trwa renegocjacja, płaciła rachunek.
Tymczasem dzisiejsza renegocjacja ma jedną szczególnie niepokojącą cechę: odbywa się głównie po jednej stronie stołu. Pracownicy nie negocjują, bo nie mają reprezentacji – w sektorach, w które AI uderza najmocniej (usługi intelektualne, IT, media, administracja), związki zawodowe są praktycznie nieobecne. Obywatele nie negocjują, bo nie mają instytucji – gdzie jest miejsce, w którym zbiorowo decydujemy, do czego chcemy tej technologii użyć, a czego unikać? Państwa europejskie nie negocjują, bo kluczowe decyzje o tym, jak wyglądają fundamentalne modele AI i kto ma do nich dostęp, podejmuje wąska grupa: kilka amerykańskich i chińskich firm, garstka inwestorów, politycy dwóch państw. A jednostki nie negocjują, bo nie zauważyły, że negocjacja się toczy.
Czytaj więcej
Opublikowano dokumenty Google DeepMind, z których wynika, że inżynierowie w AI widzą nie „potulnych asystentów”, lecz „buntowników i wyrafinowanych...
Trzy zadania do wykonania w związku z AI
Skoro to renegocjacja, to wymaga ona postawy negocjatora, nie biegacza. Trzy zadania określają, co to konkretnie znaczy.
Pierwsze: uświadomić sobie, że jesteśmy świadkami procesu przedefiniowania. To brzmi banalnie, ale nie jest. Bo dopóki traktujemy AI jak pogodę, wszystkie nasze działania mają strukturę adaptacji – uczymy się, dostosowujemy, przegrupowujemy. Adaptacja nie jest negocjacją. Negocjacja zaczyna się tam, gdzie rozpoznajemy, że to, co jest nam przedstawiane jako „nieuchronność”, w rzeczywistości jest sumą konkretnych decyzji konkretnych ludzi – i jako takie podlega kontestacji. To nie model językowy zwalnia, ale właściciele firm i ich reprezentanci, menedżerowie. Pytanie „kto?”, postawione dostatecznie wiele razy, ma siłę, której nie ma żadna technologia. Zmusza ludzi do brania odpowiedzialności za decyzje, które wolą ukryć za bezosobowym językiem postępu.
Drugie: zapewnić reprezentację naszych interesów. Bo w każdej dotychczasowej renegocjacji ci, którzy nie mieli reprezentacji, tracili. To jest kluczowa lekcja z historii. Jeśli pracownicy, obywatele, państwa europejskie nie zbudują dziś silnych form reprezentacji – w sferze pracy, w sferze decydowania o kierunkach rozwoju technologii, w sferze geopolitycznej – to ci, którzy reprezentację już mają i są świadomi, że trwa renegocjacja, ustalą nowy ład naszym kosztem. Głównie dlatego, że będą mogli, bo nikt po naszej stronie nie usiądzie do stołu z własnymi postulatami.
Trzecie: działać na wielu poziomach jednocześnie. Sprawa AI nie da się załatwić ani na poziomie jednostki („ucz się szybciej”), ani wyłącznie na poziomie krajowym. Na poziomie miejsc pracy potrzebujemy odbudowy roli związków zawodowych w gospodarce wiedzy i polityk publicznych traktujących transformację pracy jako problem zbiorowy, nie indywidualną powinność. Na poziomie krajowym – instytucji deliberatywnych (paneli obywatelskich, mechanizmów demokracji technologicznej), w których zbiorowo decydujemy, jak chcemy używać AI w szkole, służbie zdrowia, administracji.
A na poziomie europejskim – i to jest dziś najpilniejsze – potrzebujemy ram negocjacyjnych wobec wielkich firm technologicznych. Czerwcowy pakiet Komisji Europejskiej, w tym projekt Cloud and AI Development Act, jest tu pierwszym sygnałem przebudzenia: Bruksela zaczyna mówić językiem, który jeszcze pięć lat temu byłby w europejskiej debacie nie do pomyślenia – językiem suwerenności technologicznej, kontroli nad krytyczną infrastrukturą cyfrową, ograniczenia uzależnienia od pozaeuropejskich dostawców. To dobry początek, ale tylko początek.
Trzeba przy tym być realistą. Europa nie wygra wyścigu obliczeniowego z USA ani z Chinami. Skala kapitału, dostęp do taniej energii – to wszystko jest po tamtych stronach. Ale jest wyścig, który Europa wygrać może – regulacyjno-negocjacyjny. Bo karta, którą trzyma – rynek, dane, dojrzała tradycja prawna – jest globalnie unikatowa. Pytanie nie brzmi, czy zbudujemy większy model. Brzmi: czy potrafimy obwarować dostęp do swoich danych warunkami, które przesuwają rachunek sił. Wzajemność, audyt, prawo do migracji, jurysdykcja UE – to są elementy ramy, której dziś brakuje.
Dolina Krzemowa ma wizję świata, w którym społeczeństwo jest kontrolowane i zarządzane przez wąskie elity. Również Pekin ma wizję świata, w którym AI jest narzędziem zarządzania społeczeństwem. Jeśli Europa – i Polska w niej – nie zdefiniuje własnej wizji, zdana jest na podległość. Nie dlatego, że AI nam to narzuci. Dlatego, że nie postaraliśmy się o odpowiedź na pytanie: jak chcemy żyć
Wizja przed narzędziem
Wszystkie te trzy zadania mają jednak wspólny rdzeń, bez którego pozostaną wykonaniem bez treści. Tym rdzeniem jest zmiana sposobu, w jaki w ogóle o AI rozmawiamy.
Dziś ta rozmowa zaczyna od narzędzia i często na nim kończy. Trzeba zmienić tę logikę. Punktem wyjścia musi być wizja: w jakim świecie chcemy żyć? Ile i jak chcemy pracować? Jak chcemy definiować znaczenie pracy, sens wykształcenia, miejsce wspólnoty? Co dla nas, jako społeczeństwa, jest wartością nienegocjowalną – czego nie zgadzamy się delegować maszynom, niezależnie od tego, jak są sprawne? Jak chcemy rozumieć tożsamość człowieka w epoce, w której granica między tym, co robi człowiek, a tym, co robi maszyna, staje się bardzo cienka? Dopiero w drugim kroku powinno się pojawić pytanie: jak wykorzystać AI do urealnienia tej wizji.
To jest jedyna realistyczna strategia w warunkach, w których inni już mają swoją wizję – i swoją strategię na narzędzie do jej realizacji. Dolina Krzemowa ma wizję świata, w którym społeczeństwo jest kontrolowane i zarządzane przez wąskie elity. Również Pekin ma wizję świata, w którym AI jest narzędziem zarządzania społeczeństwem. To są realne, świadome, dobrze finansowane wizje. Jeśli Europa – i Polska w niej – nie zdefiniuje własnej, zdana jest na podległość. Nie dlatego, że AI nam to narzuci. Dlatego, że nie postaraliśmy się o odpowiedź na pytanie: jak chcemy żyć.
Zachodzącej właśnie renegocjacji władzy nie powstrzymamy. Możemy jednak zdecydować, czy uczestniczymy w niej jako aktywna strona, czy nie robimy nic i stajemy się jej przedmiotem. Warto jednak pamiętać – a my, Polacy, mamy w tym względzie bogate doświadczenie – że raz oddaną podmiotowość bardzo trudno jest odzyskać.