Największy, a w dodatku widoczny gołym okiem i powszechnie odczuwany cud nastąpił w ostatnim czasie na stacjach benzynowych. Benzyna bezołowiowa, której ceny w niedzielę sięgały 7,27 zł, potaniała we wtorek do 6,16 zł za litr. Cud, cud, cud!

Jak wiadomo, jeśli nawet cud, to nie całkiem niespodziewany. A w ekonomii cudem zwykliśmy nazywać tylko zaskakującą, gwałtowną poprawę sytuacji gospodarczej – i to wtedy, kiedy właściwie nikt już w nią nie wierzy. Mieli swój cud Niemcy w latach 1949-60, kiedy zniszczona, okupowana i głodująca Republika Federalna po 12 latach rozwoju w średnim tempie 8 proc. rocznie stała się na powrót najpotężniejszą gospodarką Europy. Mieliśmy po roku 1989 cud w Polsce, kiedy zrujnowany przez ponad cztery dekady centralnego planowania, zbankrutowany, gnębiony przez braki podstawowych towarów i pozbawiony nadziei na poprawę kraj raptem zaczął dynamicznie rosnąć, po to, by (według Międzynarodowego Funduszu Walutowego) w zeszłym roku przegonić pod względem PKB na głowę mieszkańca Japonię, w tym roku Hiszpanię, a za kolejne 4-5 lat dogonić Wielką Brytanię (cud tym większy, że jeszcze 21 lat temu ogromna część Polaków chciała tam wyemigrować).

Oczywiście wszyscy wiemy, że cud na stacjach benzynowych da się dość łatwo zdemaskować. Ponieważ sam koszt paliwa, wraz z marżami sprzedawców, to tylko połowa ceny, którą płacimy, więc wystarczyło ograniczenie podatków do minimalnego poziomu wymaganego przez Unię, aby cena z dnia na dzień spadła o cudowne 1,20 złotego. Pytanie, czy ten cud ma jakieś negatywne skutki uboczne.

Pomińmy już takie drobiazgi, jak większe zakupy paliwa przez kierowców z zagranicy, z czym Słowacy walczą, wprowadzając dość skandaliczne „podwójne ceny” (w zasadzie w Unii niedozwolone, bo w końcu jest to jeden rynek). Oczywiście musimy też pominąć milczeniem to, jak wiele kosztuje hojność rządu. Według ministra finansów jest to 1,6 miliarda złotych miesięcznie, choć kwota jest z pewnością większa wobec wymuszonego przez państwowego właściciela ograniczenia marż przez Orlen (do budżetu wpłynie mniejsza dywidenda). Przy deficycie budżetowym, który może wynieść ponad 270 miliardów złotych, kwota ta nie wzbudza przerażenia… albo odwrotnie, właśnie wzbudza. Zwłaszcza, że jest to nie tyle prezent od rządu, ale raczej prezent, który robimy sobie sami. Bo niższe podatki od benzyny będziemy musieli uzupełnić albo innymi podatkami, albo ograniczeniem wydatków, albo dalszym wzrostem zadłużenia, które trzeba będzie kiedyś spłacać.

Większy problem jest jednak taki, że w ten sposób rząd zużył jedyną broń, którą miał w rezerwie. Jeśli ceny ropy naftowej nadal będą rosnąć, drugi raz powtórzyć tego manewru się już nie da. Należało go dokonać, przede wszystkim po to, by nie wzrosły oczekiwania inflacyjne, w ślad za tym nie przyspieszył wzrost nominalnych płac, a potem cen (bezpośredni wpływ obniżki podatków na inne ceny jest niewielki, bo firmy i tak odliczają VAT). Ale o dokonaniu tego manewru akurat teraz zadecydowała raczej obawa przed atakami ze strony opozycji (zawsze gotowej obiecać jeszcze więcej) niż analiza czy jest to właściwy moment.

No i kalendarz, bo przed Wielkanocą wszyscy oczekujemy cudów. Tak dziś wygląda świat, a racjonalność ekonomiczna musi ustąpić przed szukającą wciąż cudów polityką.

CV

Witold M. Orłowski

główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce, wykładowca Politechniki Warszawskiej