Okazało się, że w głębokich państwowych skrzyniach leżą schowane miliardy. Leżą sobie całkiem bezczynnie, tylko dlatego, że za dziesięć lat zacznie brakować pieniędzy na emerytury... Tak jakby dla polityków nie było ważniejszych priorytetów niż wypłacane za dekadę emerytury!
Chodzi o Fundusz Rezerwy Demograficznej – 20 miliardów, które jak znalazł przydadzą się na sfinansowanie luki w przyszłorocznym budżecie. Wiadomość o tym rząd niby zdementował, powołując się na przeszkody prawne. Ale przecież fakt, że są to pieniądze przeznaczone na inny cel, da się łatwo obejść. Wystarczy uregulować nimi wydatki związane z emeryturami, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze wydać gdzie indziej. Szkoda tylko, że są to pieniądze, które można wydać tylko raz, a w kolejnym roku już ich nie będzie.
Fundusz Rezerwy Demograficznej to jednak przede wszystkim nie symbol wypełnionego pieniędzmi skarbca – ale symbol nędzy polskiej polityki. Stworzono go w czasie reformy emerytalnej jako uzupełnienie nowego systemu. Wiadomo, że społeczeństwo polskie szybko się starzeje, więc płacących składki będzie ubywać, a pobierających świadczenia przybywać. Należy więc już teraz, nie czekając na wzrost dziury w systemie emerytalnym, odkładać na bok wszelkie dochody o charakterze jednorazowym. Stworzony w ten sposób fundusz zainwestuje te pieniądze po to, by generowane w przyszłości zyski stanowiły stałe, dodatkowe źródło finansowania emerytur.
Tak robią kraje rządzone w sposób mądry i odpowiedzialny – np. Norwegia odkładająca na bok dochody z eksportu ropy. U nas takich dochodów nie było, ale były za to całkiem spore dochody z prywatyzacji. I to one miały tworzyć fundusz. Po to, by miał on realne znaczenie, powinien zgromadzić środki o wartości co najmniej 10 procent PKB. Byłoby to możliwe, gdyby konsekwentnie przeznaczać na ten cel całość dochodów z prywatyzacji. Bardzo mądry pomysł.
Na tym kończy się to co mądre, a zaczyna się nędza naszej polityki.