Mało tego. Według innych wyliczeń (tzw. BAEL) faktycznie wynosi ona 4,7 proc. Taki poziom bezrobocia oznacza właściwie jego brak. I nic dziwnego, że obecny rząd nieustannie się tym chwali. Z drugiej strony przedsiębiorcy są w rozpaczy, nie mogąc znaleźć pracowników, a ekonomiści straszą, że to może być największa bariera w dalszym rozwoju kraju.

Spadek bezrobocia jest faktem i wynika głównie z wyjazdu blisko 2 mln Polaków za granicę po otwarciu unijnego rynku pracy, bardzo dobrej sytuacji gospodarczej, a także z takich „drobiazgów", jak obniżenie wieku emerytalnego od października tego roku. Kolejne tysiące ludzi ruszyły po emerytury, zwalniając miejsca pracy innym.

Tyle że coś tu nie gra. Statystycznie jesteśmy w czołówce krajów UE z niskim bezrobociem (przed nami jest tylko kilka państw, np. przodujące Czechy – 2,7 proc.). Z drugiej zaś strony pod względem liczby biernych zawodowo na 100 mieszkańców jesteśmy wśród kilku najgorszych. Na pierwszy rzut oka to sprzeczność. W Polsce pracuje ponad 17 mln ludzi, prawie milion jest bezrobotnych, po odliczeniu emerytów, dzieci i młodzieży poniżej 18 lat poza statystykami pozostaje z grubsza 4 mln osób. Liczba ogromna. Gdzie oni są?

W PRL wszystko było proste. Formalnie każdy miał zatrudnienie, istniał nawet przymus pracy. Tyle że była to fikcja, którą określano jako bezrobocie ukryte. Teraz też mamy z nim do czynienia. I nie chodzi tylko o szarą strefę. Cała masa Polaków wegetuje na wsi, pracując dorywczo. Wiele kobiet opiekuje się dziećmi czy wnukami. Nie chcą iść na bezrobocie, bo trzeba spełnić określone warunki. A praca jest daleko, niskopłatna, dojazd kosztuje i zabiera dużo czasu. W sumie opłaca się przebiedować, ale zostać w domu. Problem ten dotyczy zwłaszcza ludzi po pięćdziesiątce i słabiej wykształconych.

Z drugiej strony pracodawcom – mimo ściany płaczu – na nich nie zależy, wolą sprowadzać Ukraińców. Sytuacji winne jest też państwo ze swymi absurdalnymi przepisami. Okres ochronny dla osób przed emeryturą jest zbyt restrykcyjny, przez co pracodawcy boją się ich zatrudniać. W czasach Rzeczypospolitej takich ludzi wymykających się statystykom, przypisaniu do określonego stanu, bez majątku, pracujących dorywczo szlachta nazywała „ludźmi luźnymi". Teraz też ich mamy. To uśpione rezerwy dla gospodarki. Szkoda, że nikt nie potrafi po nie sięgnąć.