Grupa osób skrzykuje się i wspólnie buduje dom. Swój dom. Nie jest to proste. O wiele łatwiej jest zaciągnąć kredyt w banku i na własną rękę znaleźć mieszkanie u dewelopera.

W wypadku kooperatyw tak się nie da. Wspólnie się planuje, podejmuje decyzje, buduje. Ma to swoje zalety, ale i wady. Jest taniej, nie trzeba płacić marży deweloperowi. I co jest równie ważne, działa się razem. Taka budowa to przecież niezła próba charakterów. Gorzej jednak, gdy się jej nie przejdzie. Nie trzeba jednak zaraz myśleć o najgorszym.

Czy w Polsce kooperatywy mieszkaniowe mają szansę na rozwój? Dużo zależy od tego, czy będą miały zielone światło ze strony rządu i gmin. Bez niego, tak jak dziś, pozostaną jedynie ciekawostką. Porywaniem się z motyką na słońce. Samo przejście formalności budowlanych wymaga bowiem dziś żelaznych nerwów. A to przecież dopiero początek.

Natomiast w tych państwach europejskich, w których kooperatywy dobrze działają, tego rodzaju wsparcie istnieje.

Czego potrzeba? Przepisów, które uproszczą biurokrację budowlaną, zdefiniują pojęcie kooperatywy mieszkaniowej, pozwolą zaciągnąć nisko oprocentowane kredyty oraz wprowadzą ulgi w podatkach. Natomiast gminy, którym zależy na kooperatywach, powinny tanio przekazywać im grunt pod budowę. Wtedy jest szansa, że się uda. Pojawią się grupy zapaleńców, którym będzie się opłacało wybudować w ten sposób własny dom lub pod wynajem. W ślad za nimi pójdą zaś kolejni.

Takim dobrym polskim przykładem są spółdzielnie socjalne. Dzięki różnym zachętom w przepisach stały się one dla wielu grup osób popularną formą wychodzenia z bezrobocia.

W wypadku kooperatyw może być podobnie. Niemalże jak w słynnym dialogu w „Ziemi Obiecanej" Władysława Reymonta: „ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic. To razem właśnie mamy tyle, żeby założyć wielką fabrykę". ©?