W ostatnich kwartałach obserwowaliśmy mocne przyspieszenie wzrostu cen mieszkań, wcześniej przez lata właściwie stały one w miejscu, szczególnie na wzorcowym rynku warszawskim. Mamy teraz odreagowanie, w ciągu ostatnich czterech kwartałów wzrost sięgnął średnio 10 proc., w Warszawie, we Wrocławiu czy w Krakowie po kilkanaście procent. Jednak w II kwartale bieżącego roku widzimy już hamowanie cen, wzrosty w siedmiu głównych ośrodkach nie przekraczają 2 proc., w Poznaniu ceny nie zmieniły się, w Krakowie mieliśmy 1-proc., lekką korektę. Z tego można wnosić, że rynek wchodzi w fazę stabilizacji. Jak długą? Trudno powiedzieć, może kwartał, może nawet cztery kwartały, po czym spodziewałbym się korekty – wiele będzie zależeć od warunków makro.
Chciałbym jednak zaznaczyć, że nie ma się co nastawiać na jakąś głęboką korektę.
Jak należy interpretować spadek sprzedaży mieszkań? Czy to kupujący na własny użytek zmniejszyli aktywność, czy z rynku odpłynęli inwestorzy kupujący lokale na wynajem?
W boomie co piąte mieszkanie było kupowane inwestycyjnie, a co trzecie za gotówkę. Dwie trzecie Polaków uważa, że zakup mieszkania jest najpewniejszą i najbezpieczniejszą inwestycją, zwłaszcza przy rekordowo niskich stopach procentowych.
Prognozowany jest spadek wartości udzielanych kredytów hipotecznych. Powoli jednak wyczerpuje się pula osób, które mają zdolność kredytową. Zwróciłbym uwagę na raport fundacji Habitat for Humanity Poland, która szacuje ze 70 proc. polskich rodzin nie ma zdolności kredytowej. Z kolei dużo młodych, dobrze wykształconych i zarabiających osób ma zdolność, ale nie ma wkładu własnego. I to może być powód spowolnienia na rynku mieszkaniowym.
Deweloperzy związani z rynkiem kapitałowym w I półroczu sprzedali o prawie 7 proc. mniej mieszkań rok do roku, podobny spadek na sześciu głównych rynkach wstępnie szacuje firma JLL. Czego spodziewa się pan na koniec roku?