Trzy sobotnie koncerty będą dedykowane Milesowi Davisowi?
Tak dobrałem artystów, żeby to był hołd dla Davisa w 100. rocznicę jego urodzin. Najciekawszym projektem będzie Miles Electric Band złożony w większości z muzyków, którzy grali z Milesem Davisem w jego ostatnim, elektrycznym okresie. Jednak wieczór zacznie jedyny polski zespół na festiwalu. Zastanawiając się nad polskimi trębaczami: Tomaszem Stańką, Andrzejem Przybielskim i Antonim Gralakiem, to żaden nie grał muzyki Davisa ani nie grał w stylu Davisa. Ale mieli jego muzykę w głowach, czego u młodych trębaczy nie słyszę.
Z tych trzech wymienionych tylko Antoniego Gralaka możemy nadal posłuchać i to on rozpocznie trzeci dzień festiwalu. To bardzo dobry muzyk, robi swoje. Zanim na scenę wyjdą gwiazdy z Miles Electric Band, pojawi się na niej odkrycie wytwórni Blue Note Records, znakomity młody trębacz Brandon Woody. Wiele talentów, które obserwowałem, poprzestało na imponujących debiutach. Woody jest już gwiazdą, ale czy będzie supergwiazdą, to zależy od niego. Ważne, że będziemy go słuchać na początku kariery. Sobota będzie bardzo jazzowym dniem festiwalu.
Czytaj więcej
Chciałem napisać sztukę o futbolu, bo jestem jego fanem. Dołożyłem do tego takie tematy jak ksenofobia i antyniemieckość, nasilającą się, mimo że N...
Jesienią zapowiedziałeś rok koncertów w hołdzie jazzowych gigantów z okazji ich setnej rocznicy urodzin: Milesa Davisa i Johna Coltrane’a. Na WSJD miał wystąpić ze specjalnym programem Marcus Miller, jednak zabrakło go w programie. Dlaczego?
Musiałem zrezygnować z Millera, bo okazał się zbyt drogi. Objeżdża teraz Europę z programem „We Want Miles”, a jak wiadomo był bliskim współpracownikiem Milesa Davisa w latach 80. Był wstępnie „zabukowany” na festiwal, jednak musiałem odpuścić, bo jego honorarium stanowiłoby niemal połowę budżetu przeznaczonego dla artystów. Stwierdziłem, że nie mogę zapłacić takich pieniędzy.
Ale znalazł się promotor w Warszawie, który przejął ten koncert i zorganizuje go w bardziej pojemnej przestrzeni Parku Sowińskiego w czasie trwania Warsaw Summer. Marcus był dwa lata wcześniej na WSJD, więc wolałem zaprosić artystów, którzy jeszcze w Polsce nie występowali, a wiem, że grają ciekawą muzykę. Festiwal zobowiązuje mnie do dbania o poziom artystyczny, to nie jest impreza komercyjna, na którą zaprasza się tylko najpopularniejsze nazwiska. Na WSJD przychodzą słuchacze, którzy wkładają w swoje zainteresowania więcej wysiłku, niż ci, którzy pójdą na koncert jednego artysty. Festiwalowa publiczność jest bardziej wyedukowana muzycznie i przez to bardziej wymagająca. Trzeba o takich słuchaczy bardziej zabiegać, co, mam wrażenie, udaje mi się od lat. Program jak zawsze będzie bardzo różnorodny, a w tym roku bardzo kolorowy. Idea festiwalu stylistycznej i repertuarowej różnorodności została zachowana.
Zanim na scenę wyjdą gwiazdy z Miles Electric Band, pojawi się na niej odkrycie wytwórni Blue Note Records, znakomity młody trębacz Brandon Woody. Wiele talentów, które obserwowałem, poprzestało na imponujących debiutach. Woody jest już gwiazdą, ale czy będzie supergwiazdą, to zależy od niego. Ważne, że będziemy go słuchać na początku kariery. Sobota będzie bardzo jazzowym dniem festiwalu.
Wolisz pokazywać nowe nazwiska zamiast sięgać po starszych, bardziej utytułowanych artystów, choć niektórzy wielcy nie mają już tej kreatywności, co kiedyś?
Trzeba też zapraszać sławne nazwiska, bo wg. zasady inżyniera Mamonia z filmu „Rejs” publiczność lubi słuchać tego, co już zna. Poza tym niektórzy z tych muzyków to prawdziwe legendy. Najważniejsze, że każdego roku odkrywam nowych artystów, których chętnie włączam do programu. Często są to nazwiska, o których już dużo mówi się w Ameryce, a jazz amerykański niezmiennie przewyższa poziomem artystycznym to, co dzieje się w jazzie europejskim.
Czytaj więcej
Premiery „Romea i Julii” oraz skromniejszych, ale nie mniej dramatycznych, baletowych „Urojeń” – zwieńczyły pierwszy sezon Opery Narodowej pod nową...
Patrząc na program tegorocznego WSJD każdego dnia jest gwiazda, jak wokalistka Lizz Wright na otwarcie, są i mniej znani artyści, to zamierzone działanie?
Na festiwalu wystąpią same gwiazdy, tylko niektóre z nich są w Polsce mało znane. Ubolewam, że duże nazwiska amerykańskie nie przebijają się na polski rynek, nie ma ich w świadomości słuchaczy, nie ma ich w mediach. Są instytucje w Europie, które to skutecznie blokują i nie jest to działanie mające związek z określoną polityką. Po prostu Europa nie chce tych muzyków pokazywać, ponieważ ma w ofercie swoich artystów, którzy według mnie nie są tak kolorowi, jak amerykańscy. Nie chcę powiedzieć, że są gorsi warsztatowo czy słabsi koncepcyjnie. Nie chodzi mi też o kolor skóry, a koloryt, a więc takie aspekty muzyki, jak pochodzenie, kreacja artystyczna, zachowanie na scenie, także to, jak się ubierają. Chociaż z mojego doświadczenia wiem, że biali muzycy nie są w stanie zagrać takich dźwięków, jak czarni.
Lizz Wright ma najładniejszą barwę głosu ze wszystkich wokalistek. To będzie piękny koncert, a wątpiącym mówię: przyjdź, przekonasz się. Dodam, że w Stodole jest teraz nowe nagłośnienie, które kosztowało duże pieniądze, więc brzmienie każdego koncertu będzie lepsze niż dotąd.
Słuchałem kiedyś koncertu Johna Lee Hookera, kiedy brzdąkał na gitarze jeden dźwięk, wtórował sobie pomrukami, pohukiwaniem i przytupywał nogą. W tym była tak silna energia poruszająca słuchacza, taki ładunek, którego nie przekaże żaden biały człowiek, żaden Mozart, ani nikt inny. Kiedy usłyszałem to pierwszy raz w radiu jadąc samochodem, musiałem się zatrzymać. Zdarzyło mi się to pierwszy i ostatni raz. Taki był w tym ładunek emocji. Drugi przykład. Jeśli ktoś był fanem perkusisty Ronalda Shannona Jacksona, wie, że jego polirytmicznej gry nie da się przełożyć na nuty. Ten czarny bębniarz był i jest nie do podrobienia.
A największą słabością europejskich muzyków jest brak odpowiedniej dramaturgii koncertu. Jest za to skupienie, śmiertelna powaga i ciężka atmosfera pozbawiona nuty zabawy. Oczywiście, nie mówię o wszystkich, staram się uogólnić problem. Wracając do programu festiwalu, to pierwszego dnia wystąpi znany już w świecie Tomoki Sanders, syn legendarnego Pharoaha Sandersa. Wyprzedzam trendy, więc miałem go na celowniku od pewnego czasu, a kiedy się pojawił w ofercie koncertowej, było jasne, że go zaproszę.
Ciekawe, jak publiczność przyjmie drugiego artystę – Adriana Younge’a, twórcę serii albumów „Jazz is Dead”?
On na każdej z tych płyt występuje, działa od wielu lat i jest już wielką światową gwiazdą. W Polsce jest nieznany lub bardzo mało rozpoznawalny, bo słuchacze w Polsce rzadko poszukują nowych artystów z własnej inicjatywy. W muzyce Adriana Younge jest wszechobecny groove, co już przyciąga moją uwagę. Na swojej nowej płycie „Younge” gra oryginalną muzykę, którą określił jako cinematic hip-hop. Sam jestem ciekaw, jak zabrzmi w Stodole, ale z pewnością nie będzie to stricte jazzowy koncert. Od dawna zastanawiałem się, czy go zaprosić na festiwal, czy nie, bo jego płyty w większości są wokalne, więc niekoniecznie pasują do WSJD, ale jest to tak kolorowa, radosna twórczość, że jestem przekonany, że spodoba się bywalcom festiwalu.
W finale pierwszego dnia wystąpi Lizz Wright, co cię przyciąga do tej artystki?
Ona ma najładniejszą barwę głosu ze wszystkich wokalistek. To będzie piękny koncert, a wątpiącym mówię: przyjdź, przekonasz się. Dodam, że w Stodole jest teraz nowe nagłośnienie, które kosztowało duże pieniądze, więc brzmienie każdego koncertu będzie lepsze niż dotąd.
Czy do grona barwnych artystów zaliczysz multiinstrumentalistę Jowee Omicila, który wystąpi drugiego dnia festiwalu?
Z całą pewnością jest w tej dziedzinie mistrzem świata, gra na wielu instrumentach, jest znakomitym showmanem i to się podoba publiczności. Jedynym przedstawicielem Europy będzie brytyjskie trio Mammal Hands, gorąco oklaskiwane nie tylko w Londynie, ale wszędzie, gdzie występują. Ich muzyka nie jest mi najbliższa, ale mają wielu fanów, co również jest dla mnie ważne. Na koniec piątkowych koncertów proponuję duży, niemal orkiestrowy skład Black Lives, który może być zaskoczeniem. W składzie są znane nazwiska m.in. gitarzysta David Gilmore, perkusista EJ Strickland, basista Reggie Washington, ale skład jest międzynarodowy i zarazem wielokulturowy. Kiedy wpadła mi w ręce ich płyta, usłyszałem fantastyczny miks stylów, nie zastanawiałem się ani chwili i włączyłem ich do programu.
Natomiast nie podlega dyskusji, że najbardziej gwiazdorski skład zebrał pianista Gonzalo Rubalcaba zapraszając saksofonistę Chrisa Pottera, kontrabasistę Larry’ego Grenadiera i perkusistę Erica Harlanda.Ad
Czy jednak mainstreamowego rarytasu nie zostawiłeś na koniec?
Tak, ale zanim powiem o tym zespole marzeń, zwrócę uwagę na świetnego pianistę Juliusa Rodrigueza, który otworzy niedzielny wieczór. To wielki talent, ma dobrą prasę, oczekuje się, że wejdzie do jazzowej czołówki. Życzę mu jak najlepiej. Najdłużej zastanawiałem się nad zaproszeniem wibrafonistki Patricii Brennan. Byłem zachwycony jej wcześniejszym albumem „Breaking Stretch” nagranym z septetem świetnych muzyków i właśnie z nim przyjedzie do Warszawy. Moim zdaniem to będzie wydarzenie festiwalu, jeśli weźmiemy pod uwagę stricte jazzowe zespoły.
Natomiast nie podlega dyskusji, że najbardziej gwiazdorski skład zebrał pianista Gonzalo Rubalcaba zapraszając saksofonistę Chrisa Pottera, kontrabasistę Larry’ego Grenadiera i perkusistę Erica Harlanda. Dwa lata temu zagrali koncert, który teraz został wydany i panowie wyruszyli w trasę. Takich czterech zawodników gwarantuje najwyższy poziom artystyczny. Grają jazz przyjazny dla miłośników jazzu i przyciągają największą publiczność.
Ile czasu trwa przygotowanie programu złożonego z dwunastu koncertów?
Około dziewięć miesięcy, choć niektóre pomysły rodzą się wcześniej, ale ze względu na zobowiązania muzyków, czasem nie mogę ich umieścić w programie. Albo koncertują w tym czasie tylko w Ameryce albo nagrywają nową muzykę. Wszyscy organizatorzy festiwali biorą pod uwagę tych, którzy są w trasie. Praktycznie pół roku wcześniej program jest zapięty na ostatni guzik. Najważniejsze nazwiska mogę ogłosić już jesienią podczas festiwalu Jazz Jamboree. Czasami waham się pomiędzy zaproszeniem tego czy innego artysty, wtedy pytam ze sceny publiczności, którego woleliby posłuchać. Kto dostanie gorętsze owacje, tego zapraszam.
„Rzeczpospolita" jest patronem festiwalu Warsaw Jazz Summer Days