* *

Leona Lewis,


„Glassheart",


Sony

Problem pojawia się na wyjściu. Wygrywa taki młody zdolny wyścig na ulubieńca telewidzów, a potem okazuje się, że w zasadzie potrafi śpiewać, ale dobrych piosenek nie ma. Teoretycznie to bolączka polskiego rynku, na świecie w końcu aż się roi od sprawnych i głodnych tantiem kompozytorów. Wygląda jednak na to, że żaden z nich nie chciał pracować z Leoną Lewis. Nowa płyta brytyjskiej wokalistki to świadectwo absolutnego braku pomysłu. Nie tylko na pop z soulowym odchyleniem, ale na piosenki w ogóle. Wszystko irytuje nijakością – od transparentnych kompozycji, przez sztampowe aranżacje, po wątpliwą charyzmę gwiazdy. I słucha się tego albumu dokładnie tak, jak został nagrany – bez emocji.