Powiedz, że zagra Pearl Jam, a usłyszysz krzyk radości kilkudziesięciu tysięcy fanów, zasypią cię e-mailami, esemesami. Stawią karnie w dzień czy w nocy, by zobaczyć i posłuchać na żywo najbardziej charyzmatycznego wokalisty Eddiego Veddera i jego kolegów.
[wyimek][link=http://empik.rp.pl/live-on-ten-legs-pearl-jam,prod59280730,muzyka-p]Zobacz na Empik.rp.pl[/link][/wyimek]
Zeszłoroczny Open’er potwierdził, że zespół z Seattle potrafi „zorganizować” festiwal. Przyciągnął 70-tysięczną widownię. Nie ma znaczenia, czy gra w polu, na stadionie czy w zapuszczonej hali. Zawsze tworzy swój muzyczny mikrokosmos.
Vedder ma tego świadomość, dlatego w tym roku jego zespół planuje własną imprezę plenerową w Ameryce.
Jej przedsmakiem jest najnowszy album koncertowy „Live on Ten Legs”. Tytuł nawiązuje do pierwszego – „Live on Two Legs” z 1998 r. Kompakt powstał w związku z 20. rocznicą wydania debiutanckiej płyty „Ten”. Grupa nie celebruje jednak swojego wieku – tylko nieprzemijającą młodość.
Z pierwszej płyty znalazły się na najnowszej zaledwie trzy kompozycje – w tym rzadko grane, oparte na zwariowanym rytmie „Porch”, a także „Jeremy” i nieśmiertelne, nomen omen, „Alive”, które Vedder za każdym razem stara się śpiewać inaczej. Wielotysięczny tłum nie daje się zmylić i wiernie podąża za głosem wokalisty.
Bogatą reprezentację ma poprzednia płyta „Backspacer” z 2009 r. Grupa zagrała aż cztery kompozycje: niedające chwili oddechu „Just Breathe”, piekielnie dynamiczne „Got Some”, oklaskiwane „Ulthought Known” oraz hit „The Fixer”.
Do najmocniejszych punktów koncertu należy, jak zwykle, „World Wide Suicide”, w którym najlepiej wyraża się styl drugiej dekady działalności zespołu – postpunkowy, a jednocześnie melodyjny. Ci, którzy tęsknią do stylistyki pierwszego dziesięciolecia, zachwycą się „Animal” z płyty „vs.”. Wszystkich wzruszy ballada „Nothing As It Seems”.