Z tego artykułu dowiesz się:

  • Co stoi za kulisami kremlowskich dyskusji o poborze do armii.
  • Czy rosnące straty i spadek liczby ochotników zmuszą Rosję do ogłoszenia kolejnej mobilizacji.
  • Jakie nastroje panują w rosyjskim społeczeństwie w obliczu doświadczeń z 2022 roku.
  • Dlaczego nawet setki tysięcy nowych żołnierzy mogą nie przynieść Kremlowi przełomu na froncie.

– Takie wrażenie, jakby brakowało politycznej woli – mówi niezależnym rosyjskim mediom anonimowy urzędnik z Kremla o dyskusjach wśród władz o nowej mobilizacji. Przyznaje, że słyszał, iż „takie rozwiązanie jest omawiane”, ale na razie nie ma żadnej decyzji.

Inni jednak twierdzą, że „zasadnicza decyzja już została podjęta” i w całej Rosji zaczęto dyskretne przygotowania zarówno do mobilizacji, jak i szkolenia poborowych.

Czy rosyjska armia ma za mało żołnierzy? Eksperci spierają się

– Rozmowy i plotki o kolejnej mobilizacji trwają od jesieni 2022 r. – ostrzega ekspert BBC Paweł Aksionow.

Obecnie wszystko zaczęło się od obliczeń. Według zachodnich ekspertów od grudnia ubiegłego roku rosyjska armia traci więcej ludzi, niż zgłasza się do służby. Straty ustabilizowały się na dość wysokim poziomie, z powodu dużego nasycenia dronami wojsk ukraińskich. A od ostatniego kwartału 2025 r. nastąpiło znaczne zmniejszenie liczby ochotników do służby, nawet o półtora raza w stosunku do 2024 r.

Ukraińska obrona Donbasu

Ukraińska obrona Donbasu

Foto: PAP

– Po wybraniu (Donalda) Trumpa na prezydenta wiosną 2025 r. pojawiło się wielu chętnych do „wskoczenia do ostatniego wagonu”. Uważano, że Amerykanin zaraz każe Ukrainie skończyć wojnę, wielu więc zgłaszało się do wojska, by w ostatniej chwili – jak sądzili – załapać się na duże pieniądze werbunkowe, bo wkrótce będzie pokój – wyjaśnia jeden z ekspertów fenomen naboru do armii w 2025 r. i jego spadku w obecnym. Jednorazowa wypłata dla zgłaszającego się do wojska sięgała w niektórych regionach Rosji równowartości 150 tys. zł.

Niezależni rosyjscy eksperci wskazują przy tym, że obecny nabór do armii nadal jest wyższy niż w 2024 r.. Ale straty miały wzrosnąć. – Oddziały są skompletowane na 30 proc., w najlepszym przypadku na 40 proc. Samodzielne pododdziały (snajperskie, obrony przeciwlotniczej czy sztabowe) rozformowują, a ich żołnierzy gonią na trzydniowe szkolenia piechoty – mówił dziennikarzom jeden z żołnierzy.

– Z frontu nadchodzą różne skargi: na ukraińskie drony, brak własnych, braki w wyposażeniu. Ale nie ma informacji o krytycznym braku „mięsa armatniego”. Na razie tego nie widzimy – mówi ekspert niezależnego portalu Meduza Dmitrij Kuzniec. – Choć niewiele brakuje do ich pojawienia się – zaraz dodaje.

Od prezydenta Ukrainy do rosyjskiego generała – czy będzie nowa mobilizacja

Rosyjscy niezależni eksperci sugerują, że teza brzmiąca „straty rosyjskiej armii są tak duże, że werbunek nie jest w stanie ich zapełnić” jest „bardzo ukraińska”. Rzeczywiście, jako pierwszy sformułował ją pod koniec maja prezydent Wołodymyr Zełenski. „Dostajemy coraz więcej, w tym i wewnętrznej rosyjskiej informacji o szykowaniu dodatkowej mobilizacji. Celem jest rekompensowanie wyjątkowo wysokich strat rosyjskiej armii. Rzecz dotyczy co najmniej dodatkowych dziesiątków tysięcy” – napisał Zełenski w internecie.

Czytaj więcej

Żołnierz groził Putinowi buntem armii. Został pociągnięty do „odpowiedzialności administracyjnej”

Kilka dni później potwierdził to jednak znany z ostrych wypowiedzi prowojennych (oraz nadużywania alkoholu) rosyjski generał w rezerwie i deputowany Andriej Guruliew. „Pat walk pozycyjnych na froncie to zapowiedź naszego wyczerpania, jeśli w porę nie przechwycimy inicjatywy. (…) Teraz w kuluarach i ważnych gabinetach zaczęły się rozmowy o konieczności przeprowadzenia nowej, masowej mobilizacji. Dobrze zorientowani mówią, że zasadnicza decyzja już została podjęta i będzie to jesienią” – napisał na swoim koncie w jednej z sieci społecznościowych. 

Po czym wyparł się wszystkiego, twierdząc, że ktoś włamał się na jego konto.

Według plotek krążących po Moskwie mobilizacja miałaby zostać ogłoszona w październiku, po wyborach do Dumy. Z trybuny nowego parlamentu kilku deputowanych miałoby wezwać Władimira Putina do jej przeprowadzenia, a on miałby się zgodzić.

Pobór w Rosji w 2022 roku napotkał sprzeciw społeczeństwa i pozwolił ustabilizować front

– Mobilizacja to traumatyczne przeżycia dla rosyjskiego społeczeństwa – sądzi jeden z ekspertów. Poprzednią, wymuszoną serią porażek na froncie, Kreml przeprowadził we wrześniu-październiku 2022 r. Powołano wtedy do wojska ok. 300 tys. ludzi, ale ponad 400 tys. uciekło za granicę w obawie przed służbą. Mobilizacji towarzyszyły dziesiątki prób podpaleń komisji werbunkowych, spontaniczne protesty i demonstracje w kilkudziesięciu miastach Rosji (w tym w Moskwie) – prawda, niewielkie i szybko stłumione. – Społeczeństwo przeżyło szok, zdumienie zamieniające się w protest. Ale szybko opanował je fatalizm i pogodzenie się z sytuacją – mówi jeden z rosyjskich analityków. Jednak popularność władz i samego Putina gwałtownie spadła, choć również na krótko.

Wszyscy podkreślają, że ówczesna mobilizacja spełniła swe zadanie: pozwoliła Kremlowi ustabilizować sytuację na rozchwianym froncie i odeprzeć ukraiński kontratak wiosną 2023 r. Nie wiadomo natomiast, do czego miałaby służyć ewentualna następna.

Czytaj więcej

Szef Agencji Wywiadu dla „Rz”: W państwach bałtyckich mogą pojawić się „zielone ludziki”

– Do (ostatnich donbaskich aglomeracji utrzymywanych przez Ukrainę – red.) Słowiańska i Kramatorska zostało 15-20 km. Atakujący dotrą do nich pod koniec roku – sądzi jeden z rosyjskich analityków. Rosyjska armia jest co prawda przytłoczona ukraińską przewagą w dronach, ale cały czas posuwa się naprzód w regionie, który jest kluczowy dla polityki Putina – obwodzie donieckim. Bez dodatkowej mobilizacji.

Dodatkowi żołnierze nie rozstrzygną wojny na korzyść Putina. Potrzebują nowoczesnej broni

– Mobilizacja nie da bezpośredniego impulsu do przyspieszenia ruchu atakujących na froncie. By tak się stało po rosyjskiej stronie musiałyby pojawić się drony w równie dużej liczbie, jak po ukraińskiej. A to oznaczałoby konieczność wyszkolenia równie dużej liczby ich operatorów, bowiem mimo wszystkich nowinek ze sztuczną inteligencją nadal jeden operator obsługuje jeden dron atakujący jeden cel – wyjaśnia kolejny rosyjski analityk.

– A przede wszystkim na pola bitew musiałaby wrócić broń pancerna – dodaje.

Obecnie rosyjskie ataki prowadzi piechota na rowerach, hulajnogach elektrycznych, skuterach czy motocyklach. Czołgi i wozy bojowe są dobrze schowane. Nie uczestniczą w walkach, bo zaraz zostałyby zniszczone. Ewentualnych zmobilizowanych rosyjska armia musiałaby przeszkolić, co oznacza, że na front dotarliby już w trakcie bezpośrednich walk o Słowiańsk i Kramatorsk.

Czytaj więcej

Ukraińcom umykają szanse na zwycięstwo. Czy uda się odbić Krym?

Poborowi mogliby wówczas zostać użyci do ostatecznego przełamania ukraińskiego frontu po ich zdobyciu, ale do tego musiałaby właśnie pojawić się broń pancerna wyposażona w takie systemy antydronowe, które chroniłyby przed ukraińskimi uderzeniami. A Rosja ich nie ma. – Na bliskim zapleczu musiałaby zostać sformowana jakaś siła uderzeniowa, która wykorzystałaby sukces na froncie i rozpoczęła uderzenie w głąb Ukrainy. Ale taka koncentracja jest chyba niemożliwa, przy tej liczbie ukraińskich dronów średniego zasięgu – sądzi jeden z ekspertów.

Rosyjscy generałowie chcą „mięsa armatniego”. Ale nie potrafią go użyć

Podobno jednak rosyjscy generałowie przekonują Putina, że jeśli dostaną więcej żołnierzy, to podbiją w całości wszystkie cztery obwody Ukrainy, które on wpisał sobie do konstytucji jako części Rosji (ługański, doniecki, zaporoski i chersoński). – Na tej wojnie rosyjski Sztab Generalny nie demonstrował umiejętności zaplanowania i przeprowadzenia znaczących operacji ofensywnych – zauważa jeden z ekspertów.

Czytaj więcej

Panika na Krymie po atakach Ukrainy. Gen. Roman Polko: Rosjanie w końcu czują, że jest wojna

Pojawiły się więc domysły, że ewentualna mobilizacja miałaby mniejszy zasięg (kilkudziesięciu tysięcy osób) i posłużyła jedynie do rotacji żołnierzy na froncie: zwolnienia do domu najdłużej służących. – Po doświadczeniach 2022 r. Kreml uważa jakąkolwiek nową mobilizację za bardzo ryzykowne działanie. Ja natomiast myślę, że tym razem społeczeństwo by nie protestowało, gdyż byłaby to już druga taka akcja i zdążyło przywyknąć – uważa jeden z niezależnych rosyjskich publicystów.