Zasłabnięcie jednego z czołowych piłkarzy świata rodzi oczywiście całą masę pytań, z których najważniejsze wydaje się najprostsze: jak to możliwe? Przecież sportowiec na tym poziomie, na którego pracodawcy wydają dziesiątki milionów euro, jest badany regularnie.

Przy każdym nowym kontrakcie jego stan zdrowia sprawdzają znakomici lekarze przy użyciu najnowocześniejszej aparatury i nie ma możliwości, by człowiek z chorym sercem grał przez tyle lat na tym poziomie co Duńczyk. A jednak byliśmy o krok od dramatu.

Gdy Eriksen walczył o życie, pytanie, co dalej z meczem Dania–Finlandia, w ogóle nie padało, bo nikt normalny nie ośmieliłby się go zadać, ale kiedy ze szpitala napłynęły już dobre wieści, futbol natychmiast upomniał się o swoje prawa i mecz dokończono, co spotkało się ze skrajnymi reakcjami.

Jedni psychologowie sportu twierdzili, że to barbarzyństwo, inni wprost przeciwnie – uważali to za najlepsze rozwiązanie, które pomoże piłkarzom obu drużyn szybciej rozładować stres.

Nie ulega natomiast wątpliwości, że w takich sytuacjach, do których nikt nie jest przygotowany, ludzie mediów stają przed egzaminem ze swego profesjonalizmu, a nawet więcej – ze swego człowieczeństwa. A nie jest to egzamin łatwy w czasach, gdy pracodawcy na co dzień rozliczają ich nie z wrażliwości, lecz raczej z bezwzględności w walce o uwagę widzów, a szczególnie znieczulonych już prawie na wszystko internautów. Gdy Eriksen leżał na murawie, jedni ten egzamin zdali, a inni nie bardzo. Nie będę nikogo pokazywał palcem, bo granica jest cienka – wystarczy jedno niemądre zdanie, jeden zbyt bliski kadr i nieszczęście gotowe.

Największa odpowiedzialność spoczywa na telewizji, która musi decydować natychmiast i tu – jak można wnioskować z medialnych doniesień – najgorzej zachowała się czcigodna zwykle BBC. To dowód, że w takich sytuacjach nie decyduje żaden kodeks, tylko podejmujący decyzję człowiek: pokażę ludzką tragedię na żywo czy też zastosuję się do zasad sformułowanych w czasach, gdy jeszcze nie wszystko było na sprzedaż.