Donald Trump postanowił pójść o krok dalej niż dotychczas w swojej retoryce wymierzonej w przyjaciół z NATO i po tym, jak nazwał ich „tchórzami” teraz otwarcie zagroził, że zabierze zabawki i wróci do swojej amerykańskiej piaskownicy. A przy okazji postraszył wszystkich Rosją.

Trudno nie odnieść wrażenia, że kompas kierujący polityką zagraniczną USA działa w sposób mocno chaotyczny, ponieważ uparcie zdaje się wskazywać Trumpowi przyjaciół jako wrogów – i vice versa. Zasada ta nie dotyczy wprawdzie Izraela – tu przyjaźń wydaje się mieć tak solidne fundamenty, że w jej imię można wstrząsnąć posadami świata, wywołać szok naftowy i uwikłać się w wojnę, z której trudno wyjść z twarzą – ale w przypadku sojuszników z szeroko rozumianego Zachodu sprawy układają się tak, że znany z Facebooka status „to skomplikowane” okazuje się daleko posuniętym eufemizmem.

Donald Trump obraził się na Zachód i NATO. Problem w tym, że Polska jest Zachodem i jest w NATO

Donald Trump się na Zachód obraził za to, że ten – niczym wasal na wezwanie feudała, nie wysłał swoich chorągwi na Bliski Wschód. Cóż z tego, że nie było żadnej podstawy, by to zrobić – bo artykuł 6 NATO wyraźnie wskazuje ramy terytorialne działania Sojuszu. Cóż z tego, że NATO to sojusz obronny. „Myślałem, że to powinno być automatyczne” – mówi Trump o obecności państw NATO przy boku bombardujących Iran amerykańskich wojsk. A u Trumpa „myślałem, że to powinno być” oznacza „tak powinno być”. Kto by się tam przejmował jakimiś traktatami. 

Czytaj więcej

Jędrzej Bielecki: Donald Trump jest bezsilny. Iran to wykorzysta

Wprawdzie nadwiślańscy miłośnicy Donalda Trumpa wzruszą pewnie ramionami i powiedzą, że nas to nie dotyczy, bo Polskę Trump lubi, ceni i chwali na wszystkich odpustach, ale jednak warto odnotować, że gdy mówi o sojusznikach z NATO „tchórze”, to nie towarzyszy temu gwiazdka i przypis „nie dotyczy Polski”, a gdy chce opuszczać Sojusz, to wypisuje się również z sojuszniczych gwarancji, jakie dziś Polska ma od USA w ramach artykułu 5.

Można się łudzić, że Trump pozwoli Europie wpadać w łapy Władimira Putina (który, jak mówi amerykański prezydent, wie, że bez niego i jego marines NATO to „papierowy tygrys”), ale powie mu, żeby podbijał Europę omijając Polskę, ale geografia Europy nie sprzyja takim nadziejom. Wiara, że można bronić Polski nie broniąc Niemiec (z których, jak słychać, Trump coraz bardziej chciałby żołnierzy wycofać) czy Francji zakłada albo daleko posuniętą naiwność, albo istnienie jakiegoś tajnego planu przeniesienia Polski na drugą półkulę, albo – w wariancie minimalistycznym – na Atlantyk, aby dać jej atut, jaki posiada Wielka Brytania mogąca sobie pozwolić na patrzenie na kontynent z wyspiarskiego dystansu. O takim planie byłoby jednak z pewnością głośno, a skoro nic o nim nie wiemy, to wracamy do naiwności. 

Dziś jeszcze bez USA jesteśmy w dużej mierze bezbronni. Jeśli zrobimy – jako Europa – zbyt mało, żeby jutro było inaczej, to konsekwencje tego możemy odczuwać przez pokolenia

USA za chwilę mogą potrzebować Europy głównie po to, by dała im spokój

Rzeczywistość jest taka, że gwarancje, jakie Polska ma dziś od USA, to przede wszystkim gwarancja bólu głowy. Bo prawdą jest, co wszyscy powtarzają jak mantrę, że Stany Zjednoczone są filarem polskiego bezpieczeństwa i dziś bez ich pomocy nie obronimy się przed Rosją. Ale prawdą jest też, że Donald Trump wysyła nam coraz mniej subtelne sygnały, iż niekoniecznie czuje się zobligowany do tego, by nas bronić. Oczywiście kurs polityki USA – jak to w demokracji – może się zmienić. Ale może się też nie zmienić, albo może pójść jeszcze mocniej w stronę doktryny Donroe (czy też doktryny Monroe 2.0), w której USA potrzebują Europy głównie po to, by dała im spokój po zachodniej stronie południka 0. I wtedy ze słowami Trumpa o tym, jak nas lubi i szanuje możemy zostać jak Himilsbach z angielskim. 

Dawno już minął czas, gdy gdzieś w tle brzęczał cichy alarm, iż może Stany Zjednoczone nie będą zawsze szeryfem dbającym o porządek na naszym podwórku. To już nawet nie są czasy, gdy co jakiś czas ktoś przez megafon wygłosił ostrzeżenie. Teraz syrena alarmowa wyje tak głośno, że nawet mocno zatykając uszy nie sposób jej nie usłyszeć. Dziś jeszcze bez USA jesteśmy w dużej mierze bezbronni. Jeśli zrobimy – jako Europa – zbyt mało, żeby jutro było inaczej, to konsekwencje tego możemy odczuwać przez pokolenia.