Od pierwszej do ostatniej minuty przeciwnicy kontrolowali grę i tylko raz, właśnie w 90. minucie mogli stracić gola. Karol Świderski, po podaniu Roberta Lewandowskiego trafił piłką w słupek. Remis byłby niesprawiedliwy, Belgowie mogliby mieć do siebie pretensję, że nie wykorzystali wielu sytuacji. Nasza drużyna miała furę szczęścia, ale na samym szczęściu daleko się nie zajedzie. Żądza rewanżu za 1:6 w Brukseli była normalnym stanem i dla zawodników, i dla trenera. Belgowie nic nie musieli. Ich trener pozwolił najlepszemu zawodnikowi Kevinowi de Bruyne wyjechać na urlop, wystawił rezerwowych, a przewaga Belgów była jeszcze większa niż w pierwszym meczu, tyle że nie miała wymiaru bramkowego.

U Belgów nic się nie zmieniło, ponieważ oni są znakomicie wyszkoleni, wiedzą jak grać, nie muszą szukać się na boisku, przyśpieszają lub zwalniają, w zależności od potrzeb, rzadko stosują długie podania i dośrodkowania. Grają tak, jak ich w belgijskiej szkole futbolu nauczono.

Czytaj więcej

Porażka z Belgią, Polacy obudzili się zbyt późno

Polacy wyglądali przy Belgach, jakby kończyli szkołę zawodową a nie piłkarski uniwersytet. To nic nowego, skonstruowanie akcji wciąż jest problemem, oczy się męczą, kiedy się na to patrzy. Umiemy przeszkadzać, jednak tym razem nawet to nam się nie udawało.

Graliśmy słabo jako drużyna, trudno kogokolwiek wyróżnić indywidualnie. Robert Lewandowski był bezsilny, druga linia składała się bardziej z bezradnych biegaczy, niż graczy, wiedzących co zrobić z piłką, kiedy już czasami do nich trafiła.

Co w tej sytuacji robi polski zawodnik, nawet reprezentant Polski? Kopie do przodu, z nadzieją, że może coś z tego będzie - obrońca popełni błąd, Lewandowski go wyprzedzi, może piłka odbije się od kogoś i wpadnie do siatki.

Nic takiego się nie wydarzyło, a kiedy atakowali Belgowie, nasi obrońcy dawali się nabierać na zwody, po których szorowali siedzeniami po trawie. Albo gonili piłkę, kiedy przelatywała nad źle ustawioną formacją.

W polskim zespole wyróżniali się dwaj zawodnicy, grający po bokach: Nicola Zalewski i Matty Cash. Obydwaj trafili do naszej kadry z innego świata. Cash nie jest wielkim graczem, ale u nas się wyróżnia. Zalewski przypomina Ebiego Smolarka, który dlatego był dobry, że wyszkolono go w Holandii.

Polska przegrała na Stadionie Narodowym drugi mecz z rzędu. Jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie przestać myśleć o tym miejscu, jak o twierdzy, bo brakuje nam i żołnierzy, i dowódców.