Coraz częściej politycy obozu władzy sugerują, że Nowy Ład będzie nie tyle programem rządów Zjednoczonej Prawicy do końca kadencji, ile programem wyborczym na przyspieszone wybory parlamentarne. A przecież początkowo miał to być projekt premiera Morawieckiego, będący nowym otwarciem po kryzysie. Można to rozumieć dwojako: program ma żyrować też Jarosław Kaczyński, co sprawi, że zostanie zaakceptowany przez cały PiS, a wciąż silni przeciwnicy Morawieckiego nie będą go zwalczać. Albo też chodzi o to, by nie był to program koalicji, lecz samego PiS – bo losy Solidarnej Polski i Porozumienia wciąż pozostają nieznane. Oczywiście jedno nie wyklucza drugiego. Wiele wskazuje na to, że PiS rozważa wcześniejsze wybory, wiedząc, że ziobryści nie poprą europejskiego Funduszu Obudowy, gowinowcy zaś odmówią zagłosowania za ważnym dla PiS nowym podatkiem medialnym.

Gdyby jednak przyspieszone wybory odbyły się jesienią, dla partii rządzącej potężnym obciążeniem mógłby się stać prezes PKN Orlen Daniel Obajtek. Jego historia mogłaby stać się dla opozycji tematem kampanii wyborczej. Ujawniane przez media informacje o jego majątku, losy dotyczących go śledztw, podobnie jak kariery jego bliskich czy współpracowników, mogłyby stać się metaforą rządów PiS. A to mogłoby się okazać zabójcze dla tej partii.

Politycy PiS bronią Daniela Obajtka, podkreślając m.in., że to świetny menedżer, który zarządzając kluczową dla bezpieczeństwa państwa spółką, narusza różne ważne interesy i dlatego jest atakowany. Problem w tym, że takie tłumaczenie tylko kompromituje obóz władzy. Szef takiego koncernu musi być jak żona Cezara, by nikt nie mógł go szantażować ujawnieniem tajemnic z życiorysu. Ani ciemne siły ze świata biznesu, ani obce służby. Dlatego sugestie polityków PiS, że scenariusz ataku na Obajtka może być pisany cyrlicą, są dla nich samych obciążające. Oznaczałoby to, że rosyjskie służby mogą próbować wymuszać szantażem na ważnych menedżerach różne niekorzystne dla państwa decyzje.

Tu powstaje pytanie o rolę polskich służb. Czy najważniejsze osoby w państwie miały o Obajtku informacje, które dziś poznaje opinia publiczna

– o licznych nieruchomościach, o wielkiej zniżce na apartament, który kupił wraz ze swoją partnerką zasiadającą w radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa? A może nikt nie wpadł na pomysł, by prześwietlić przeszłość, majątek i kariery bliskich szefa największego koncernu energetycznego w tej części Europy? Te pytania pokazują, że wbrew tromtadracji PiS nie naprawił polskiego państwa, które wciąż wygląda jak z dykty.

Ale ta sprawa może też mieć dużą siłę rażenia dla szerokiego elektoratu PiS. Podobną do afery z nagrodami dla ministrów, które przyznała Beata Szydło, wywołując wstrząs wśród wyborców PiS – ujawniła bowiem zwykłą chciwość polityków. PiS wciąż przekonuje o swej moralnej wyższości, podkreślając, że to poprzednie ekipy szły do polityki czy do spółek państwowych, by powiększać własne majątki, a nie po to, by żyć skromnie i służyć państwu. Publikacje o kolejnych nieruchomościach prezesa Obajtka i jego rodziny są ciosem w ten wizerunek. PiS zapowiadał budowę nowych elit, które będą łączyły skromność z patriotyzmem. Sprawa Obajtka może być dla wielu wyborców sygnałem, że wbrew politycznym narracjom pisowskie elity nie różnią się niczym od tych sprzed 2015 roku.

W dodatku jeszcze kilka tygodni temu w pompowanie prezesa Obajtka włączył się prezes Jarosław Kaczyński, który rozpływał się nad tym, że prezes Orlenu ma szczególny dar od Boga. Dlatego wszystkie publikacje na temat Obajtka uderzają teraz też w samego Kaczyńskiego. Po raz kolejny okazuje się, że nie ma on najlepszej ręki do doboru swych ulubieńców – dość wspomnieć Mariana Banasia, którego politycy PiS również bronili po tym, jak media ujawniły jego sprawy majątkowe. I długo się za partią ciągnęły słowa, że to „człowiek kryształowy".

Dlatego zarówno ta sprawa, jak i reakcje PiS na nią stają się politycznie mieszanką zapalną.