Promocja produktów, wciskana w teledyskach, filmach i serialach, nie ma prawnych obostrzeń i jest najbardziej wiarygodna. Teraz staje się warta więcej niż miejskie bilbordy.
Product placement to nie tylko lokowanie produktu w przekazach telewizyjnych i radiowych. Dziś najczęściej przybiera formę promowania produktu przez artystów i celebrytów. Wystarczy, że znana twarz w jakikolwiek sposób utożsamia się z marką. Nachalne reklamy, przesycona przestrzeń publiczna i migające telewizyjne bloki reklamowe zmusiły firmy do poszukiwania nowych dróg dotarcia do konsumentów. Rosnące potrzeby usługodawców rozwinęły alternatywną formę promocji.
Aktor w kurtce znanej firmy, muzyk w butach modnej marki czy celebrytka, która po prostu przyszła na otwarcie klubu – product placement przybiera różne formy. Zakamuflowane reklamy, wplecione w scenariusz filmu, serialu czy teledysku potajemnie przemycane przez artystów i celebrytów celnie trafiają w świadomość odbiorcy. Zrobione zgodnie ze sztuką, niebezpośrednio, są skuteczniejsze niż tradycyjna promocja. Jednak za efektywność trzeba zapłacić.
Wynagrodzenia dla artystów są płynne. Można zapłacić w złotówkach, samochodach, opłaconej trasie koncertowej czy wyjeździe zagranicznym. - Nie ma jednego, stałego cennika. Product placement jest w mojej opinii warty tyle, ile reklamodawca jest w stanie zapłacić. – tłumaczy Mateusz Jasiński, Digital Marketing Manager, New Balance. A ile zapłaci reklamodawca zależy przede wszystkim od popularności artysty, a więc zasięgu, jaki jest w stanie wygenerować – do ilu osób dotrzeć. Inną stawkę dostanie blogerka, której internetowy fanpage liczy kilkaset tysięcy osób, a inny serialowy aktor, o którym milczą social media.
- Widełki są od zera do nieskończoności, bo fantazja niektórych jest dość wybujała. Na początku swojej drogi płaciliśmy dwie koszulki, ale bywało że płaciliśmy kilkanaście tysięcy złotych - jest naprawdę różnie. Potrafią być takie układy, że artysta dostaje wypłatę za noszenie ubrań, ale z moich obserwacji wynika, że to bardzo rozleniwia artystę i później nie ma z niego żadnego pożytku. To po prostu ludzka cecha, jak dostajemy coś za nic. Stawka jest uwarunkowana głównie sławą danego artysty, a że liczby nie kłamią wszystko widać czarno na białym na YouTube – zapewnia Tomasz Grande, właściciel marki odzieżowej Diamante Wear.