Wczorajsza wyprzedaż na Wall Street przybrała naprawdę imponujący rozmiar, w końcu spadek indeksu Dow Jones o 4,6 proc. nie zdarza się zbyt często. Ostatnim razem większą jednodniową zniżkę obserwowaliśmy w sierpniu 2011 r., kiedy to agencja S&P pierwszy i jedyny raz w historii obniżyła rating USA. Obecna sytuacja jest nieco inna, ponieważ nie ma bezpośredniej przyczyny załamania, co uważam za pozytywny sygnał.
Podstawą spadków jest nie widmo recesji (wręcz przeciwnie, światowa gospodarka jest w świetnej formie i w tym roku zdaniem MFW wzrośnie o blisko 4 proc.), a skrajne pozycjonowanie, ekstremalne wykupienie i wyśrubowane do granic wyceny. Historycznie bardzo długi okres skompresowanej, niskiej zmienności, tradycyjnie kończy się jej potężnym wybuchem. Głębszego odreagowanie na rynku nie mieliśmy tak naprawdę od początku 2016 r., także ostatnie spadki można traktować jako „zdrową korektę".