Fragment tekstu z archiwum "Rzeczpospolitej"

Dziś coraz częściej traktujemy wyprawę do kina jak prostą rozrywkę. Chcemy podjeść trochę popcornu, obejrzeć jakąś bajkę przyozdobioną efektami specjalnymi i zapić to wszystko colą. Ten rytuał powoduje, że – o ile nie jest się bywalcem festiwali filmowych – uroda X muzy pospolicieje.

W tym sensie obecna sytuacja przypomina czasy, w których karierę zaczynał Charlie Chaplin. W pierwszych dekadach XX w. wiele szanowanych rodzin uważało chodzenie do kina za niezdrowe, prostackie i niebezpieczne. Miszmasz tanich filmów przygodowych, prymitywnych kronik i komedyjek prezentowany w tzw. nickelodeonach (od nickel – pięciocentówka, czyli cena wstępu) był skierowany do mas i raził gust bardziej wyrobionej publiczności.

Do tego dochodziła atmosfera sal kinowych – tak zatęchła, że w niektórych miejscach rozpylano perfumy, a na podłogę wylewano środki odkażające. Nazywano je pchlimi dziurami, klatkami na robaki.

I wtedy pojawił się Charlie, tramp, mały włóczęga – „workowate spodnie, platfusowate stopy, zbyt obcisła marynarka, wąsy przyprawiające go o ataki kichania, pomalowane brwi, ciemne loki, sponiewierany melonik i nieodłączna laseczka” – tak opisywał go amerykański historyk filmu David Thomson.

Najpierw zachwycał slapstikowymi gagami w krótkich filmach, później zaczął reżyserować – pierwszym filmem pełnometrażowym był „Brzdąc”. Jednak popularność zapewniały mu nie tylko opracowane do perfekcji komediowe skecze. Stworzył postać, z którą każdy mógł się utożsamić.

Jego bohater miał rys dickensowski – cierpiał katusze z powodu biedy i niesprawiedliwości. Bronił się jednak poczuciem humoru, pokazując, że nawet nieudacznicy mogą przezwyciężyć trudności. Za to pokochali go analfabeci, imigranci i biedacy. Zauroczył także elity – liryzmem, humanistycznym przesłaniem („Dyktator” otrzymał pięć nominacji do Oscara). Przekonał, że kino może być wyrafinowaną rozrywką. Jego błazeńskie, komiczne gesty śmieszyły, ale przede wszystkim służyły odsłanianiu tkwiącego w człowieku dobra.

Dziś sale kinowe nie są klatkami na robaki. Wchodzimy do nowoczesnych, przestronnych pomieszczeń. Mimo to walająca się pod stopami kukurydza, jej intensywny zapach, dzwoniące w trakcie seansu komórki dobitnie świadczą, że nasza mentalność zatoczyła koło i wróciła do początków XX wieku. Przypominamy rozbawioną gawiedź z nickelodeonów.

Dlatego znowu potrzebny jest ktoś taki jak Charlie włóczęga. Bohater, który dzięki swojemu człowieczeństwu i inteligentnym żartom jeszcze raz odnowi oblicze kina. Zmieni naszą wrażliwość.

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

Styczeń 2008