Wpływy te miały zapewnić dwa nowe podatki: od banków oraz od sklepów wielkopowierzchniowych. Fiasko przy wprowadzeniu tej drugiej daniny może oznaczać, że rząd będzie zmuszony głębiej sięgnąć do kieszeni obywateli, a to oznacza reformy stawek podatku dochodowego. Trudno przypuszczać, by zmiany miały dotyczyć najmniej zarabiających, ale możemy spodziewać się wyższych podatków dla najbogatszych. Jakie one powinny być? Jaka jest symboliczna granica, za którą nie bardziej opłaca się wyemigrować niż płacić.
- Ta granica jest trudna do określenia. Pamiętajmy, że w Polsce już były wcześniej wyższe podatki. Obowiązujące dwie stawki – 18 i 32 proc. – obowiązują od 2009 r. i zawdzięczamy to właśnie PiS, który obniżył wtedy stawki. Wcześniej mieliśmy trzy progi z najwyższym na poziomie 40 proc. – wyjaśniał Andrzej Marczak z KPMG.
Ekspert podkreślał przy tym, że stawki to jedno, a to co tak naprawdę płacimy, to drugie.
- Stosownie do danych Ministerstwa Finansów, tak naprawdę podatek dochodowy w Polsce jest podatkiem liniowym. Ponad 90 proc. podatników płaci 18 proc. stawkę. Po odjęciu różnych składek - np. zdrowotnych - ta efektywność opodatkowania spada poniżej 15 proc. W praktyce większość społeczeństwa płaci liniowy podatek 15 proc. – wyjaśniał.