Szef rządu wczoraj na konferencji prasowej przyznał, że nadal nie ma wyznaczonego terminu podpisania porozumienia gazowego z Rosją, które przewiduje wzrost dostaw surowca z tego kraju. I dodał, że wyjaśnienia wymaga jeszcze kilka kwestii, w tym dotyczących możliwości wydobycia gazu z łupków w naszym kraju.
Porozumienie gazowe czeka na podpisy od wiosny, dokumenty uzgodniono pod koniec stycznia, ale ustalenia dotyczące zwiększenia importu i wydłużenia o 15 lat – do 2037 r. – dostaw, wywołały wiele kontrowersji. Były krytykowane nie tylko przez opozycję polityczną, ale i ministra spraw zagranicznych.
Zastrzeżenia zgłosiła również Komisja Europejska (dotyczyły one sposobu wykorzystania gazociągu jamalskiego, którym rosyjski surowiec płynie tranzytem przez Polskę do Niemiec). – Nie wykluczam, że ta umowa, po wyjaśnieniu wszystkich kwestii z Komisją Europejską, będzie podpisana w obecnym kształcie – stwierdził premier Donald Tusk.
Zwłoka w podpisaniu umowy grozi tym, że w październiku Rosjanie przestaną słać gaz do Polski. Do tego czasu bowiem wykorzystamy całą ilość surowca, jaki możemy sprowadzić w ramach starej umowy. Premier skrytykował ekspertów, którzy ostrzegają, że bez umowy z Rosją możemy tej zimy mieć problemy z zaopatrzeniem. Sugerował, że ich opinie zależą od tego, jakie firmy reprezentują. – Nie damy się poganiać i nie będziemy przyspieszać – dodał.
Tymczasem o zagrożeniu mówią nie tylko eksperci branży, ale i wicepremier Waldemar Pawlak oraz urzędnicy jego ministerstwa. Pawlak, który w imieniu rządu nadzorował negocjacje z Rosją, zniecierpliwiony brakiem zgody na podpisanie dokumentów zaproponował, by to minister Radosław Sikorski przejął inicjatywę. I tak się stało.