Przez wiele lat odmawiałem wszystkim, którzy namawiali mnie, żeby zaangażować się politycznie. Miałem wiele propozycji zostania ministrem w kilku rządach, starty w wyborach z czołowego miejsca i propozycję ważnej funkcji w Sejmie. Konsekwentnie odmawiałem, ponieważ wolę pracować w sektorze prywatnym, gdzie ciężka praca i przedsiębiorczość jest nagradzana, podczas gdy w sektorze publicznym różnie bywa. Wielu moich byłych studentów i pracowników pełni teraz ważne funkcje publiczne i często opowiadają, jak zostali ukarani za innowacyjność i pomysłowość.
Miałem kilka wykładów dla urzędników administracji publicznej i zawsze, po zbudowaniu atmosfery zaufania, gdy pytałem o przykłady patologii w ich urzędach, podnosił się las rąk. Na jednym z wykładów, gdy na sali było ponad 300 urzędników, zacząłem ostro atakować administrację publiczną. Wywołała się burzliwa dyskusja, pełna emocji, bardzo ostre padały tam słowa. Po seminarium okazało się, że dostałem najwyższą ocenę ze wszystkich prelegentów.
W minionych kilku kwartałach otrzymałem oferty współpracy od prawie wszystkich partii. Rządzący chcieli mnie przekupić stanowiskiem prezesa w urzędzie centralnym, inne partie oferowały współpracę i stanowiska w przyszłości. Wszystkim odmówiłem, ponieważ tu nie chodzi o stanowiska, tylko o to, żeby zmienić Polskę na lepsze.
Więc jak ktoś się pyta, czy jestem zainteresowany danym stanowiskiem, to ja się pytam, a co on chce osiągnąć, jakie reformy przeprowadzić. I wtedy rozmowa już się nie klei. Jednak wobec dramatycznych wydarzeń na światowych rynkach finansowych uznałem, że nie można dłużej stać z boku w roli komentatora czy doradcy.
Bo jeżeli do parlamentu trafią przede wszystkim osoby znane z oper mydlanych albo tylko dlatego, że mają nazwiska podobne do nazwisk znanych aktorów, to Polska nie będzie krajem mądrze rządzonym, krajem, który stanowi mądre prawo. A ponieważ formowała się dobra drużyna, oddolnie, obywatelsko, tak jak powinno być, zdecydowałem się dołączyć i wspólnie zmieniać Polskę na lepsze.