„Demografia. Gospodarka Pokoleń” to projekt „Rzeczpospolitej”, w którym przyglądamy się, jak demografia zmienia polską gospodarkę. Malejąca liczba osób w wieku produkcyjnym i starzenie się społeczeństwa będą miały wpływ na rynek pracy, kondycję firm, finanse publiczne, system emerytalny i ochronę zdrowia. „Rzeczpospolita” pyta ekspertów, przedsiębiorców i polityków, co zrobić, by Polska mogła nadal się rozwijać i skutecznie konkurować.
Wyludnienie, starzenie się społeczeństwa, wewnętrzna emigracja, obwarzankowość, spadek liczby ludności. Problemy demograficzne Polski mają wiele twarzy. Zmieniająca się struktura społeczna, pustoszenie Polski lokalnej i spadająca liczba urodzeń to domena twardych liczb. Te procesy można opisać precyzyjnie, danych nie brakuje, jednak w dyskusjach publicznych o demografii dominują wyobrażenia i interpretacje. Argumentacja przybiera czasami kuriozalną formę: „jak to nie rodzą się dzieci, przecież moja sąsiadka niedawno urodziła dwójkę”, „niemożliwe, żeby w szkołach było mniej uczniów, przecież u mojego Jasia w klasie jest ponad trzydziestka”. Tak jest łatwiej. Bo jeśli pochylimy się nad danymi, wyjdzie, że nasz problem to nie zahamowanie lub zmiana procesów, bo tego już zrobić się nie da, ale przygotowanie się na nieuniknione.
Trzy miasta, te same problemy
Żeby złapać właściwą perspektywę, posłużmy się przykładem.
Oto trzy miasta średniej wielkości, tak zwane pięćdziesięciotysięczniki, z województwa łódzkiego. Pierwsze to Skierniewice, do 1999 r. stolica województwa. Liczba mieszkańców w 2024 r. (wszystkie dane za GUS, za portalem polskawliczbach.pl) wyniosła 44.976. Dziesięć lat wcześniej, w 2014, było to 47.655. Ubyło 2679 osób. W 2024 urodziło się 278 dzieci, zmarło 512 mieszkańców. Przyrost naturalny był ujemny i wynosi minus 234 osoby. Emerytów (kobiet w wieku 60+ i mężczyzn 65+) jest 12.108. Dzieci i młodzieży w wieku do 25 lat – 10.896
Drugie miasto – Zduńska Wola. W 2024 r. miała 38.848 mieszkańców. Dziesięć lat wcześniej 41.288. Spadek wyniósł 2450 osób. W 2024 r. przyszło na świat 209 dzieci, zgonów było 469, co oznacza ujemny przyrost naturalny na poziomie 260 osób. Emerytów w 2024 r. było 10.608 a dzieci i młodzież do 25 lat – 8880.
Czytaj więcej
Większość gmin w Polsce się wyludniła. Nowych mieszkańców przyciągają wielkie miasta i graniczące z nimi miejscowości. Dla społeczności lokalnych d...
I trzecie miasto – Radomsko. Leży na południowym krańcu województwa łódzkiego, w 2024 r. miało 42.717 mieszkańców. Dziesięć lat wcześniej 45.353 (spadek o 2636 osób). W 2024 r. urodziło się 259 dzieci, zmarło 581 osób. Przyrost naturalny był ujemny – 275. Emerytów było 11.959, a mieszkańców do 25. roku życia – 9414.
Po co nam te dane? Przyjrzyjmy się teraz siatkom szkół podstawowych, które prowadzą te miasta. W Skierniewicach placówek jest siedem, w tym jedna niepubliczna. Liczba urodzeń w ciągu pięciu lat spadła o 46 proc., z 516 do 278. To oznacza, że o ile jeszcze w 2020 r. średnio na szkołę przypadało 73,7 urodzonych dzieci, o tyle w 2024 już tylko 39,7.
To miasto i tak jest w dobrej pod tym względem sytuacji, bo w Zduńskiej Woli szkół podstawowych jest dziewięć (nie licząc dwóch specjalnych), a liczba urodzeń spadła w pięć lat o 42 proc., z 362 do 209. To oznacza, że w 2024 średnio na jedną szkołę podstawową przypadało 23,2 nowo narodzonych. Podobnie jest w Radomsku, tam szkół podstawowych jest dziesięć, liczba urodzeń spadła o 30 proc., z 373 w 2020 do 259 w 2024. To daje średnio na szkołę 25,8 urodzeń.
To dwa lata temu. Rok później urodziło się tam 202 nowych mieszkańców. Przypomnijmy – szkół podstawowych jest dziesięć. Nawet człowiek bez wielkiej wyobraźni zrozumie, co to oznacza.
Czytaj więcej
Państwo wydaje miliardy, by w przyszłości nie zabrakło pracowników. Ale co, jeśli gospodarka nie będzie ich już potrzebowała? Sztuczna inteligencja...
Jeszcze jedno krótkie ćwiczenie. Każda gmina co roku, do 30 czerwca, musi przedstawić i przedyskutować na radzie miasta dokument zwany „Raport o stanie miasta”. Zawiera on najważniejsze informacje o społeczności, pracach samorządu, trendach, wyzwania, zagrożeniach i sukcesach.
Wpisujemy słowo „wyludnienie” do wyszukiwarki w raporcie Skierniewic na 2025 r.. Nie występuje. Podobnie „spadek liczby ludności”, „ubytek ludności”, „ubytek liczby mieszkańców”. „Demografia” występuje trzy razy: w spisie treści, tytule podrozdziału i zdaniu: „W najnowszej strategii przyjęto wizję Skierniewic jako miasta gwarantującego zrównoważony rozwój przy zachowaniu wysokiej jakości życia mieszkańców i dostępności nowoczesnych usług publicznych, przy znacznym zahamowaniu niekorzystnych zjawisk demograficznych, osiągniętych dzięki zwiększającej się atrakcyjności osiedleńczej i inwestycyjnej”.
Czytaj więcej
Polska się wyludnia, społeczeństwo starzeje, a dotychczasowa polityka demograficzna nie odwróciła trendu. Kryzys uderzy w gospodarkę, emerytury, sa...
W raporcie Zduńskiej Woli „wyludnienie” występuje raz, „demografia” trzy. To miasto problemy demograficzne definiuje tak:
„Spadek liczby ludności wynika zarówno ze zmian demograficznych, jak i z braku przestrzegania obowiązku meldunkowego”. „Głównym czynnikiem wpływającym na zmniejszenie liczby mieszkańców miasta, oprócz demografii i migracji, jest również nierespektowanie przez obywateli obowiązku meldunkowego, wynikającego z ustawy o ewidencji ludności”.
W Raporcie Radomska, w rozdziale „Demografia”, nie występuje słowo „wyludnienie”. „Spadek” dwa razy, w kontekście liczby ludności i zameldowań.
Podsumowując: mamy miasta, gdzie problem nieskalowanej siatki szkół jest oczywisty, i nie mamy tego na tapecie w debacie publicznej.
Dlaczego?
Problem demografii to nie tyle emigracja, co spadek liczby urodzeń
Nie temu służą te przykłady, by się nad tymi konkretnymi samorządami znęcać, wszak unikanie trudnych tematów to nie tylko ich domena, ale w samorządzie lokalnym norma. Niedostosowane do realiów siatki szkół to nie już nie problem malutkich gmin i miasteczek, ale właśnie pięćdziesięciotysięczników. Co więcej, najszybciej uderzy właśnie w nich. I to nie o małe szkoły na obrzeżach miejscowości chodzi, te wbrew pozorom jeszcze jakoś sobie radzą, ale o szkoły-molochy, budowane w PRL, które jeszcze dwadzieścia lat temu miały w rocznikach po kilka czterdziestoosobowych klas. Dziś mają jedną, dwie, za chwilę nie starczy dzieci nawet na jedną klasę w każdej szkole. To „za chwilę” naprawdę jest na horyzoncie, bo nic nie wskazuje na to, by trend mógł się odwrócić. Nie ma nawet już tylu kobiet w wieku rozrodczym, które by mogły te dzieci „brakujące” urodzić.
Dyskusja o zmianach demograficznych wielokrotnie sprowadzana była do problemu emigracji, czy to wewnętrznej, z mniejszych miejscowości do większych, czy zagranicznej. To błąd. Ludzie zawsze emigrowali za pracą, rozwój mniejszych i średnich miast w PRL napędzany był migracją ze wsi. Dziś w zmianach chodzi o coś innego – spada liczba urodzeń. Tu nie ma prostych recept, bo więcej w tym kwestii kulturowych i indywidualnych wyborów niż ekonomii.
Nie zakładajmy, że samorządy nie mają o tej czarnej przyszłości pojęcia. W prywatnych i półprywatnych rozmowach radni, prezydenci, burmistrzowie przyznają, że takiej liczby szkół nie da się utrzymać. Ale publicznie nie chcą o tym mówić. Likwidacja szkół to problem polityczny, prawie zawsze powoduje protesty mieszkańców. Więc po co to brać sobie na głowę? Może uda się dociągnąć do końca kadencji.
Posługuję się przykładem szkół, bo on jest najprostszy, ale konsekwencje zmiany demograficznej są dużo szersze. Przykład pierwszy z brzegu – usługi opiekuńcze dla osób starszych. Już dziś w małych miastach jest ich więcej niż młodych. Przez lata opieka nad seniorami prawem tradycji/siłą rozpędu (zwał jak zwał) scedowana była na rodzinę. Państwo z pełną premedytacją wspierało taki system, ale on się właśnie przestaje działać . W miastach i miasteczkach zostają seniorzy bez rodziny, która rozjechała się po Polsce i świecie. A to oznacza, że musi się nimi zająć państwo. Czytaj: samorząd. Ta grupa, potrzebująca pomocy w codziennych czynnościach, będzie się powiększać. Teoretycznie wszyscy to wiedzą, w praktyce, kto się do tego przygotowuje? Państwo na pewno nie. Samorząd? Też nie.
Czytaj więcej
Kilka silnych aglomeracji i wyludniona reszta kraju – tak w skrajnym scenariuszu ma wyglądać w przyszłości Polska. Średnie miasta nie powiedziały j...
Podobnie jest z komunikacją. Polski samorząd przez lata widział siebie jako Wielkiego Budowniczego. Zapaść infrastrukturalna po PRL była olbrzymia, ale popłynęły miliardy z Unii Europejskiej i co miało zostać wybudowane – wybudowano. Wciąż jeszcze siłą rozpędu narzekamy na drogi, a przecież są już na naprawdę europejskim poziomie. Można budować kolejne, ale w mniejszych miejscowościach problemem staje się komunikacja. Jest, to prawda, ale skrojona nie pod potrzeby starszych mieszkańców. Ci potrzebują częstych połączeń i gęstej siatki przystanków. A to jest drogie.
Dziedzin, w których nastąpią radykalne zmiany, jest więcej. Służba zdrowia, oferta czasu wolnego (sport, rozrywka, kultura), pomoc społeczna (rosnąca liczba emerytów z bardzo niskimi świadczeniami, ofiar patologii rynku pracy lat 90. i początku dwutysięcznych). Zmiana struktury społecznej wymusza zmianę potrzeb i celów. Władze lokalne mają trochę narzędzi, by te zmiany wprowadzić, jednak w sprawie największych problemów są i będą bezsilne.
To dlatego milczą o siatkach szkół. Bez pomocy państwa żaden samorząd sobie z tym nie poradzi. A państwo też chowa głowę w piasek. To za duży problem polityczny, by brać go sobie na głowę, więc mniej lub bardziej umiejętnie spycha go na samorządy. Mogłoby zaingerować ustawowo – wprowadzić choćby minimalną liczbę uczniów w klasach, co byłoby twardą wytyczną do podejmowania decyzji – ale tego ani nie robi, ani pewnie nie zrobi.
Część obywateli uznaje problem za wydumany bądź upolityczniony
Mamy więc kuriozalną sytuację, w której różne szczeble państwa wiedzą o nadciągających problemach, ale nikt się z nimi nie chce zmierzyć. Dlatego władze lokalne chowają głowę w piasek, ilekroć ktoś je o demografię zapyta, dlatego przekonują, że nie jest tak źle a „inni mają gorzej”. Dlatego część obywateli uznaje problem za nieistniejący, wydumany bądź upolityczniony. To trochę jak ze zmianami klimatycznymi – cóż z tego, że wśród naukowców jest konsensus, skoro w przestrzeni publicznej nie ma zgodności. A skoro nie ma zgodności, to problem szybko trafia na polaryzacyjną półkę i żadne fakty nie mają już znaczenia.
Jest jeszcze rząd, który milczy, bo cóż go obchodzi dziesięcio-, czy piętnastoletnia perspektywa. Są różne instytucje powołane do planowania, strategii, analizy i tak dalej… Jest wszystko co potrzeba, by się z problemem wziąć za bary. Nie ma tylko chęci.
Czytaj więcej
Mam nadzieję, że młodzi ludzie bardziej zaangażują się w debatę publiczną na temat przyszłości gospodarki, długu publicznego i emerytur – mówi prof...
Najgorzej, gdyby dyskusja o wyludnieniu sprowadziła się tylko do szkół. Zbyt jesteśmy doświadczeni neoliberalną falą z lat 90., gdy usługi publiczne równano poza dużymi miastami z ziemią, by myśleć o tym bez emocji. Politycy, którzy kurczowo blokują te zmiany, są przesiąknięci konserwatywną perspektywą odwołującą się do przeszłości, nawet jeśli mają – jak powtarzają – serce po lewej stronie. Procesy demograficzne mają to do siebie, że są wieloletnie i niesterowalne. Są liczby, i są wyobrażenia. I choćby nie wiadomo, jak próbować, dwa plus dwa zawsze da cztery.
Struktura demograficzna naszego społeczeństwa się zmienia i dalej będzie zmieniać w tym samym kierunku. Polityk, który powtarza, że to się da odwrócić bądź zatrzymać – kłamie. Jedyne, co może zrobić, to przygotować kraj na tę zmianę.