„Demografia. Gospodarka Pokoleń” to projekt „Rzeczpospolitej”, w którym przyglądamy się, jak demografia zmienia polską gospodarkę. Malejąca liczba osób w wieku produkcyjnym i starzenie się społeczeństwa będą miały wpływ na rynek pracy, kondycję firm, finanse publiczne, system emerytalny i ochronę zdrowia. „Rzeczpospolita” pyta ekspertów, przedsiębiorców i polityków, co zrobić, by Polska mogła nadal się rozwijać i skutecznie konkurować.
Spadek liczby ludności jest faktem. Polska liczy dziś ok. 37,5 mln mieszkańców. Współczynnik dzietności od ponad ćwierć wieku nie przekracza 1,5, a do zastępowalności pokoleń potrzeba 2,1. Sama depopulacja nie jest więc przedmiotem sporu. Przedmiotem sporu są jej skutki. Dominująca odpowiedź od lat jest ta sama. Mniej ludzi oznacza mniej pracowników. Mniej pracowników oznacza zagrożenie dla wzrostu gospodarczego, finansów publicznych i systemu emerytalnego. Stąd wniosek, że państwo powinno zwiększyć liczbę urodzeń albo uzupełnić niedobory migracją.
Czytaj więcej
Rząd i opozycja opowiadający okrągłe zdania o zatrzymaniu spadku urodzeń i zmianie trendów demograficznych. Samorządy unikające tematu, bo nie mają...
Ta konstrukcja ma jednak fundament, którego nikt nie sprawdza. Przez dwa stulecia gospodarka rynkowa rosła między innymi dzięki stałemu dopływowi nowych pracowników. Wzrost gospodarczy oznaczał wzrost zatrudnienia, a wzrost zatrudnienia wymagał wzrostu liczby ludności. Debata zakłada, że ten model wzrostu będzie trwał i potrzebował wciąż nowych pracowników. Pomija możliwość, że się on zmieni, ponieważ rozwój sztucznej inteligencji (AI) i robotyzacji pozwoli gospodarce rosnąć bez nowych pracowników.
Fabryki zwiększają produkcję przy coraz mniejszych załogach. Systemy AI przejmują część pracy analityków, prawników, księgowych, tłumaczy i urzędników. Przedsiębiorstwa obsługują miliony klientów, zatrudniając zespoły liczone w dziesiątkach osób. Według analizy Międzynarodowego Funduszu Walutowego z 2024 r. AI wpłynie na ok. 60 proc. miejsc pracy w gospodarkach rozwiniętych. Mniej więcej w połowie z nich może podnieść wydajność. W pozostałych może przejąć kluczowe zadania wykonywane dziś przez ludzi i ograniczyć popyt na ich pracę.
AI wchodzi do biur, gdzie kiedyś trafiali wypierani z fabryk
Optymiści odpowiadają, że podobne obawy pojawiały się już wcześniej, a mechanizacja i automatyzacja zawsze przesuwały ludzi do nowych sektorów: z pola do fabryki, z fabryki do biura. Ten argument ma jednak słaby punkt. AI wchodzi nie tylko do fabryk, lecz także do biur, czyli do sektora, który przez dziesięciolecia przyjmował ludzi wypieranych przez wcześniejsze fale automatyzacji. Jeżeli przejmie ona znaczną część pracy biurowej, zabraknie branży, która przyjęłaby kolejne miliony. Zamiast pytać, skąd wziąć pracowników, trzeba będzie wtedy zastanawiać się, co zrobić z ludźmi, dla których nie będzie pracy.
Państwa wydają miliardy na walkę z brakiem rąk do pracy. Do tego braku może nigdy nie dojść.
Według dominującej narracji państwo, które traci ludność, powinno cierpieć na brak pracowników. Chiny pokazują, że tak być nie musi. Ich ludność maleje i szybko się starzeje, a mimo to bezrobocie wśród młodych utrzymuje się tam na wysokim poziomie. W sierpniu 2026 r. bez pracy pozostawało 18,9 proc. aktywnych zawodowo mieszkańców miast w wieku 16–24 lat, którzy się nie uczą. Skoro pracowników ma brakować, dlaczego tylu młodych ludzi nie znajduje zatrudnienia? Przyczyny są częściowo strukturalne. Wielu absolwentów uczelni nie chce pracować w fabrykach, a sektor usług cyfrowych, który mógłby ich wchłonąć, został ograniczony regulacjami władz. Wniosek pozostaje jednak ten sam. Kurczenie się ludności nie przekłada się automatycznie na większy popyt na pracę. To pierwsza połowa paradoksu. Drugą dopisuje technologia.
Zakłady, do których wielu młodych nie chce iść, i tak potrzebują ich coraz mniej. W Chinach mówi się dziś o „ciemnych fabrykach”. Określenie jest dosłowne, bo hale pracują bez świateł. Oświetlenia potrzebują ludzie, a roboty nie. Skoro zjawisko doczekało się własnej nazwy, przestało być ciekawostką. A to dopiero etap AI i automatyzacji. Następnym będzie robotyzacja, czyli roboty zdolne do pracy fizycznej także poza halą fabryczną. Ma to znaczenie, bo starzejące się społeczeństwo będzie potrzebowało więcej opiekunów, pielęgniarek i lekarzy. Robotyzacja ma wejść także do tych zawodów, a humanoidalne roboty opiekuńcze wydają się kwestią czasu. Lekarzy już dziś AI wyręcza w części zadań. Jeżeli już na obecnym etapie powstają fabryki bez ludzi, trudno zakładać, że kolejny będzie ich potrzebował więcej. Roboty, raz wprowadzone do hali, nie ustąpią z niej miejsca człowiekowi tylko dlatego, że rąk do pracy znów przybędzie.
Samo starzenie się nie jest chińską specyfiką. Ten sam proces dotyka Europę i Stany Zjednoczone, choć od lat uzupełniają one niedobory migracją. Jedne państwa szybciej, inne wolniej, ale kierunek jest wspólny, a najdalej na tej drodze zaszła Korea Południowa.
W grudniu 2024 r. odsetek osób w wieku 65 lat i więcej przekroczył w Korei 20 proc., co formalnie czyni ją społeczeństwem superstarym. W 2023 r. dzietność spadła tam do 0,72, czyli do najniższego poziomu na świecie. Jednocześnie Korea przoduje w nasyceniu przemysłu robotami. Według raportu Międzynarodowej Federacji Robotyki z 2025 r. przypada tam 1220 robotów na 10 tys. pracowników. Korea nie załamała się gospodarczo. Zautomatyzowała się. Na kurczenie się siły roboczej odpowiedziała nie masową migracją, lecz przede wszystkim maszynami.
Pułapka liczenia głów. Państwo planuje pod liczbę, którą zna
Skoro technologia może zastępować brakujących pracowników, o przyszłym zapotrzebowaniu na pracę nie rozstrzyga sama demografia. Państwo opiera jednak politykę właśnie na niej, ponieważ potrafi ją przewidzieć. Większość ludzi, którzy w 2050 r. będą w wieku produkcyjnym, już się urodziła. Ich liczbę można oszacować z dużą dokładnością. Nie da się natomiast przewidzieć, ilu z nich będzie potrzebowała gospodarka, ponieważ o tym zdecyduje tempo rozwoju AI, automatyzacji i zapowiadanej już rewolucji robotycznej. To pułapka liczenia głów. Prognozowany niedobór pracowników wylicza się, zestawiając liczbę ludzi w wieku produkcyjnym z dzisiejszym zapotrzebowaniem na pracę, czyli z gospodarką, w której do większości zadań wciąż potrzebny jest człowiek. Technologia tymczasem może ograniczać to zapotrzebowanie szybciej, niż ubywa ludności. Państwo walczy więc z brakiem pracowników, do którego może nigdy nie dojść. Planuje pod liczbę, którą zna, a nie pod tę, która rozstrzyga.
Czytaj więcej
Mam nadzieję, że młodzi ludzie bardziej zaangażują się w debatę publiczną na temat przyszłości gospodarki, długu publicznego i emerytur – mówi prof...
Ktoś powie, że brak rąk do pracy widać już dziś. Bezrobocie w Polsce jest bardzo niskie, a pracodawcy szukają ludzi. To jednak obraz gospodarki sprzed fali AI i robotyzacji. Wyciąganie z niego wniosków na 2050 r. to właśnie pułapka liczenia głów.
Od Seulu po Warszawę państwa wydają ogromne pieniądze na zwiększenie liczby urodzeń, by zapewnić gospodarce pracowników. Władze Korei przyznały, że w ciągu 16 lat przeznaczyły na ten cel ponad 200 mld dol. Jeżeli gospodarka za 30 lat będzie potrzebowała znacznie mniej ludzi, problemem nie będzie niedobór pracowników. Problemem będzie brak pracy. Programy pronatalistyczne okażą się wtedy odpowiedzią na pytanie, które straciło aktualność.
Zawiodą nie prognozy demograficzne, lecz sposób myślenia o przyszłości. Państwo przygotowuje się na nią liniowo. Przedłuża na kolejne lata to, co zna dziś, i pomija to, czego jeszcze nie zna, czyli skutki rozwoju technologii. Te skutki mogą być różne. Wiele wskazuje jednak, że gospodarka przyszłości nie będzie pochłaniać ludzi tak jak dotychczasowa. Przez dwa stulecia jej paliwem była ludzka praca. Coraz bardziej staje się nim energia, a wraz z nią zasoby potrzebne do jej wytwarzania i do budowy maszyn. Problemem nie będą wtedy ludzie, lecz system, który wiąże ich dochód, podatki i konsumpcję z pracą.
Polityka prorodzinna może odpowiadać na pytanie, które straciło aktualność
Współczesne państwo korzysta z tego samego paliwa co gospodarka, i to dwoma kanałami. Pierwszy jest bezpośredni, bo z pracy pochodzą podatki i składki. Drugi kryje się w sposobie finansowania emerytur. Polski system emerytalny, którym zarządza Zakład Ubezpieczeń Społecznych, jest repartycyjny, co oznacza, że świadczenia dzisiejszych emerytów pokrywane są ze składek obecnych pracowników. Działa więc najlepiej wtedy, gdy pracujących przybywa. Wzrost gospodarczy i repartycja stoją zatem na tym samym fundamencie, czyli na pracy kolejnych pokoleń. Na nim opiera się też główny argument za polityką prorodzinną, zgodnie z którym liczniejszy rocznik ma utrzymać system. Młodzi ludzie bez zatrudnienia nie płacą jednak składek. Więcej urodzeń nie uratuje systemu emerytalnego, jeżeli dla tych, którzy się urodzą, zabraknie pracy.
Czytaj więcej
Zmniejszająca się populacja nie zagraża rozwojowi Polski, a wręcz może wpłynąć na poprawę jakości życia. Wzorem mogą być kraje skandynawskie, Singa...
W gospodarce, której siłą napędową przestaje być praca, dochody pracowników maleją, a wartość wytwarzana przez maszyny trafia do ich właścicieli. Większe obciążenie kapitału, w tym zysków z automatyzacji i wykorzystania AI, przestanie być wtedy wyborem ideowym. Stanie się warunkiem utrzymania państwa. Otwarte pozostanie też pytanie, kto kupi to, co produkują niemal bezobsługowe fabryki, skoro ludzie bez pracy nie będą mieli dochodu. To nie jest problem demografii. To problem architektury współczesnego państwa.
Debata demograficzna stawia więc błędne pytanie. Wiemy z dużą dokładnością, ilu Polaków będzie w 2050 r. w wieku produkcyjnym. Nie wiemy, ilu z nich będzie wtedy potrzebowała gospodarka. A mimo to niemal cała polityka publiczna przyjmuje, że zapotrzebowanie na pracę pozostanie wysokie. To być może największe niesprawdzone założenie naszych czasów. Jeżeli okaże się fałszywe, XXI wiek zostanie zapamiętany nie jako epoka niedoboru pracowników, lecz jako czas, w którym państwa gorączkowo przygotowywały się na brak rąk do pracy, podczas gdy prawdziwym problemem stawał się brak pracy dla rąk.