„Demografia. Gospodarka Pokoleń” to projekt „Rzeczpospolitej”, w którym przyglądamy się, jak demografia zmienia polską gospodarkę. Malejąca liczba osób w wieku produkcyjnym i starzenie się społeczeństwa będą miały wpływ na rynek pracy, kondycję firm, finanse publiczne, system emerytalny i ochronę zdrowia. „Rzeczpospolita” pyta ekspertów, przedsiębiorców i polityków, co zrobić, by Polska mogła nadal się rozwijać i skutecznie konkurować.

Zacznę od pytania z tezą: dlaczego Polska z 30 milionami obywateli miałaby być gorsza niż Polska z 38 milionami obywateli?

Ja takiej oceny nie podzielam. Nie uważam, że liczba ludności decyduje o szansach dalszego rozwoju kraju. Debatując o współczesnych trendach demograficznych, koncentrujemy się na liczbie mieszkańców Polski, zastanawiamy się, „ilu” nas będzie, a nie „jacy” będziemy. Mówiąc krótko, kwestia wielkości populacji przysłania nam kwestię jakości zasobów ludnościowych. Zbyt mało uwagi poświęcamy temu, jakie warunki życia będą miały przyszłe pokolenia, jaki będzie ich stan zdrowia, wykształcenie i kompetencje czy, szerzej, ich potencjał, niezbędny w zmieniających się uwarunkowaniach rozwoju kraju.

Czytaj więcej

Partie o demografii: diagnoza jest, brakuje strategii. Mieszkania, praca i żłobki w programach ugrupowań

W przestrzeni publicznej dominuje jednak przekonanie, że im nas więcej, tym lepiej. Taka narracja może wynikać z poglądu, że siła danego kraju zasadza się na wielkości jego populacji. Tymczasem od lat badania dokumentują powiązania między wzrostem PKB a kapitałem ludzkim, przy czym coraz mocniej zaznacza się waga jakości kapitału ludzkiego, a nie wielkości populacji.

Dlaczego więc tak głośne larum się podnosi wokół tematu malejącej populacji Polski?

Negatywna narracja o zmianach demograficznych jest w Polsce faktycznie dość silna, a przy tym oceny są związane ze sporami politycznymi, w których eksponowane są też różnice światopoglądowe. Trudno się przebić z argumentami merytorycznymi, gdy podgrzewane są emocje, także przez stosowanie określeń nieadekwatnych do opisywanych zmian, które stwarzają poczucie zagrożenia, np. mówienie o wyludnianiu czy wymieraniu Polski. Demografowie próbują się przebić z pozytywną interpretacją faktu, że będzie nas mniej. Nie lamentujmy: zmniejszająca się populacja nie zagraża rozwojowi kraju, a wręcz może wpłynąć na poprawę jakości życia, choć wymaga to działań dostosowawczych.

Czy przykładem takiego podejścia mogą być kraje o najwyższym poziomie życia na świecie, na przykład kraje skandynawskie, Nowa Zelandia, Singapur, Irlandia, które mają małe populacje?

Tak, to kraje, które były i są zaliczane do małych ze względu na wielkość populacji. Obecnie, poza Szwecją, populacje tych krajów nie przekraczają 6 mln, zaś w połowie XX w. liczyły od 1 mln do 4 mln osób. Mając małą, choć rosnącą populację można poprzez odpowiednie kształcenie, udoskonalanie umiejętności i technologii osiągnąć wysoką jakość kapitału ludzkiego, który decydujące o perspektywach rozwojowych.

Foto: PAP

Wracając jednak do obaw związanych ze spadkiem liczby ludności w Polsce – chciałabym zwrócić uwagę, że ze względu na wielkość populacji Polska zajmuje 7. pozycję w Europie, a 5. wśród krajów UE. Nazywanie spadku liczby ludności z 37 mln do 34 mln czy nawet 30 mln „wymieraniem” czy „wyludnianiem” jest nieuprawnione. Mogę natomiast zrozumieć niepokój o występujący i przewidywany spadek wielkości populacji w innych małolicznych krajach europejskich, np. w Estonii czy na Łotwie, których populacje nie przekraczają 2 mln osób, czy na Litwie, której ludność wynosi 2,9 mln.

A skąd pewność, że za 50 czy 100 lat nie spadniemy do 20 mln czy nawet 10 mln?

Przewidywanie przyszłej liczby ludności jest obarczone niepewnością, mniejszą dla projekcji wybiegających o trzy czy cztery dekady w przyszłość, zaś większą dla dłuższego horyzontu czasowego. Najnowsza projekcja Eurostatu przewiduje spadek liczby ludności w Polsce do 31,1 mln w 2060 r. I do tej wielkości populacji można się odwoływać w dyskusji, bowiem błąd przewidywań jest niewielki. Nie ma zaś sensu przywoływanie w debacie liczby np. 26,7 mln, wyznaczonej dla roku 2100, bo jest ona obarczona wysokim błędem.

Jaki czynnik w ciągu ostatnich 20–30 lat ponosi największą odpowiedzialność za depopulacyjne trendy? Polityka poszczególnych rządów? My jako społeczeństwo? Sytuacja międzynarodowa?

Nie można się odwoływać do wpływu pojedynczego czynnika, a poza tym nie zgadzam się z takim ujęciem ich oddziaływań. Używanie określenia „odpowiedzialność” zamiast „wpływ” sugeruje wartościowanie zarówno samego czynnika, jak i jego efektu. Dlaczego pytanie nie brzmi: „Z czego wynikają depopulacyjne trendy w Polsce?” I na takie pytanie odpowiadam: Polska, podobnie jak inne kraje rozwinięte, znalazła się na takim etapie rozwoju demograficznego, w którym w wyniku spadku płodności i umieralności oraz związanych z tym zmian struktury wieku ludności występuje depopulacja. Ten etap rozwoju charakteryzuje się płodnością, która nie gwarantuje zastępowalności pokoleń. Taka płodność wystąpiła pod koniec lat 60. w Skandynawii, potem w Europie Zachodniej, następnie w Europie Południowej, a od lat 90. obserwowana jest w krajach postsocjalistycznych. Co więcej, w tej grupie krajów płodność spadła do poziomu uznawanego za niski.

Czyli spadek płodności w Polsce to efekt rozwoju i bogacącego się społeczeństwa?

W dużej mierze tak, ale ważne są także inne czynniki dotyczące systemu wartości i aspiracji, zarówno życiowych, jak i konsumpcyjnych, a także oczekiwań wobec łączenia pracy z życiem rodzinnym. Wzbogaciliśmy się materialnie, znacząco nam się poprawiły warunki życia. Także więcej oczekujemy – nie tylko od innych, ale też od siebie, chcąc zapewnić dzieciom odpowiednie warunki rozwoju. Zmieniły się cele i aspiracje życiowe, a także percepcja ról kobiet i mężczyzn w rodzinie i poza rodziną. Rosnące wymagania na rynku pracy sprawiły, iż więcej wysiłku wymagało pozyskanie i utrzymanie pracy. Dodatkowo niedobory usług opieki nad dziećmi i organizacja nauki w oświacie wraz z niską elastycznością pracy zawodowej nasilały trudności z godzeniem pracy zawodowej ze zobowiązaniami rodzinnymi.

Według prognozy GUS liczba osób w wieku 65 lat i więcej ma wzrosnąć do 2060 r. o około 2,5 mln w porównaniu z 2022 r. Seniorzy będą stanowić około 30 proc. ludności. Jak powinniśmy się przygotować do tej sytuacji?

Te przewidywania GUS z 2023 r. są już zdezaktualizowane. Wspomniana projekcja Eurostatu wskazuje na silniejszy wzrost tej grupy osób – do 10,3 mln – co stanowi 33 proc. populacji. Takie zaawansowanie procesu starzenia populacji to nie tylko efekt spadku płodności, ale przede wszystkim wydłużenia życia ludzkiego. Dziś kobiety żyją przeciętnie o prawie 6 lat dłużej, a mężczyźni o blisko 7 lat dłużej niż 30 lat temu.

Czytaj więcej

Starsze pokolenie coraz aktywniejsze zawodowo

Co więcej, osoby w wieku 60 lat mają nie tylko więcej lat do przeżycia, ale wzrasta także ich czas życia w zdrowiu: 60-letnia kobieta ma do przeżycia jeszcze blisko 25 lat, z tego połowę w zdrowiu, zaś mężczyzna 20 lat, z czego 11 lat w zdrowiu. Dziś osoby w wieku senioralnym są dużo bardziej aktywne (zawodowo, towarzysko, społecznie) niż dekadę czy dwie temu. To efekt zmian stylu życia, rozwoju medycyny i ogólnego wzrostu poziomu życia.

Więc koszt dla gospodarki, dosłownie i w przenośni, będzie amortyzowany tym, że obecni seniorzy będą dłużej aktywni na rynku pracy, kreując dochód narodowy.

Tak można do tego podejść. Pamiętajmy też, że dzisiejszy emeryt ma znacznie większą siłę nabywczą niż jego poprzednicy, więc będzie też stymulować gospodarkę od strony konsumpcyjnej. Jednak mówiąc o starzejącej się populacji i skutkach dla gospodarki, należy mocno podkreślić, jak ważne jest dłuższe pozostawanie na rynku pracy. Osoby starsze stanowią znaczący zasób społeczny i ekonomiczny, który trzeba umiejętnie spożytkować, zwłaszcza w warunkach zmniejszającej się wielkości populacji w wieku produkcyjnym. Mam wrażenie, że biznes nadal niedostatecznie rozumie, iż niedobory pracowników będą się nasilać. Remedium na ten rosnący deficyt zasobów pracy jest utrzymywanie w zatrudnieniu osób starszych.

Czyli wracamy do tematu podwyższenia wieku emerytalnego.

Politycy podchodzą do tego tematu bardzo zachowawczo, co jest o tyle zrozumiałe, że to temat trudny społecznie, także ze względu na traktowanie go w przeszłości jako elementu przetargu politycznego. Natomiast jako demograf nie mogę ukrywać, że wydłużenie czasu pozostawania na rynku pracy jest koniecznością. Nie można przez coraz dłuższy czas życia po osiągnięciu 60 lat pozostawać jedynie konsumentem, zwłaszcza że zmniejsza się liczba wytwórców wskutek spadku wielkości zasobów pracy.

Czytaj więcej

Samorządy już płacą za kryzys demograficzny. Dosłownie

Oprócz argumentów na rzecz korzyści z dłuższego pozostawania na rynku pracy, zarówno indywidualnych, jak i w skali gospodarki, konieczne jest dostrzeżenie tego, iż w warunkach niekorzystnych proporcji między liczbami osób w wieku produkcyjnym i osób starszych zachowanie sprawiedliwości międzypokoleniowej wymaga od osób starszych dłuższego pozostawania na rynku pracy. Uznaję to za przejaw odpowiedzialności starszych pokoleń za dostosowywanie gospodarki i systemu zabezpieczenia społecznego do zachodzących zmian demograficznych.

Czy jesteśmy w stanie zatrzymać trend malejącej populacji Polski, czy tylko go spowalniać?

Powrót do wzrostu liczby ludności w Polsce w tym wieku jest niemożliwy. Możemy jedynie spowalniać depopulację.

Gdyby dziś zadzwonił premier i powołał panią na funkcję ministra ds. demografii i dał wolną rękę w działaniu i nieograniczony budżet, jakie trzy decyzje by pani podjęła?

Zaczęłabym od przekonywania naszego społeczeństwa, że musimy skorzystać z tej historycznej szansy, jaką jest przekształcanie się Polski w kraj napływu. Coraz więcej ludzi chce u nas pracować i mieszkać. Polityka integrowania ich na rynku pracy i w społeczeństwie stworzy warunki do ich osiedlenia.

Po drugie, wzmocniłabym finansowanie oświaty i nauki. To najlepszy sposób na rozwój kapitału ludzkiego. Zarówno obecne, jak i te wchodzące na rynek pracy pokolenia muszą być jak najlepiej przystosowane do zmieniającej się rzeczywistości.

Foto: PAP

Po trzecie, postawiłabym na poprawę zdrowia publicznego, zarówno w odniesieniu do świadomości zdrowotnej społeczeństwa, jak i świadczenia usług medycznych. Szczególnie leży mi na sercu świadomość zagrożeń dla zdrowia reprodukcyjnego i rozwój infrastruktury związanej z diagnostyką i leczeniem niepłodności.

Na koniec powiew optymizmu: w eksperymentalnym badaniu GUS wyliczył, że żyje nas w Polsce jednak trochę więcej, niż wcześniej szacowano. Tak zwane ślady życia wskazują, że na koniec 2025 r. w Polsce przebywało 38,8 miliona osób, w tym około 2,3 miliona cudzoziemców. Może jednak tak szybko nie wyginiemy jak dinozaury?

To potwierdza atrakcyjność Polski. Te dane uwzględniają nie tylko osoby mieszkające w Polsce, ale też te przebywające czasowo. Pracujący czy studiujący cudzoziemcy stanowią pulę goszczących w kraju osób, które należy przekonywać i zachęcać, by osiedliły się tutaj i razem z nami budowały dobrobyt Polski na kolejne pokolenia. To zadanie nie tylko dla rządu, ale i dla społeczeństwa.

o rozmówcy

prof. Irena Elżbieta Kotowska

emerytowana profesorka zwyczajna w Instytucie Statystyki i Demografii Szkoły Głównej Handlowej, honorowa przewodnicząca Komitetu Nauk Demograficznych PAN. Współautorka „Diagnozy Społecznej” – panelowych badań warunków i jakości życia w latach 2000-2015; koordynatorka badań przemian rodzin, relacji międzypokoleniowych oraz społecznych ról kobiet i mężczyzn w Polsce „Generacje i Rodziny”.