Demografia. Gospodarka Pokoleń” to projekt „Rzeczpospolitej”, w którym przyglądamy się, jak demografia zmienia polską gospodarkę. Malejąca liczba osób w wieku produkcyjnym i starzenie się społeczeństwa będą miały wpływ na rynek pracy, kondycję firm, finanse publiczne, system emerytalny i ochronę zdrowia. „Rzeczpospolita” pyta ekspertów, przedsiębiorców i polityków, co zrobić, by Polska mogła nadal się rozwijać i skutecznie konkurować.

Reklama
Reklama

W listopadzie 2025 r. Główny Urząd Statystyczny opublikował eksperymentalną symulację, według której przy utrzymaniu dzietności na poziomie 1,10 z 2024 r. Polska w 2060 r. liczyłaby 28,4 mln mieszkańców. To o 2,5 mln mniej niż w oficjalnym scenariuszu prognozy z 2023 r. Rzeczywistość na razie nie przyniosła odbicia – w 2025 r. współczynnik dzietności spadł jeszcze do 1,07. Ale z samej liczby ludności nie wynika, czy Polska za trzy dekady będzie biedniejsza, czy bogatsza niż dziś. Demografia mówi, ilu będziemy mieli ludzi. Nie mówi, ile każdy z nich będzie w stanie wytworzyć.

Czytaj więcej

Demografia przestała być problemem przyszłości. Uderza w firmy już dzisiaj

Najważniejsze pytanie brzmi więc: czy niedobór pracowników stanie się hamulcem wzrostu, czy katalizatorem modernizacji?

W lipcu 2026 r. Daron Acemoglu, laureat ekonomicznego Nobla z 2024 r., wraz z Davidem Autorem, Keelanem Beirne'em i Andrew Scottem opublikował pracę „Baby Busts and Growth Booms", która podważa demograficzny fatalizm. Autorzy pokazują, że spadek wskaźników urodzeń nie wiązał się historycznie ze spadkiem zagregowanego PKB ani dochodów, lecz z szybszym wzrostem PKB na osobę w wieku produkcyjnym i płac. Towarzyszyły temu innowacje oszczędzające pracę i wyższy wzrost produktywności.

Mniej pracowników nie oznacza spowolnienia

Nie oznacza to, że im mniej dzieci, tym lepiej. Autorzy zastrzegają, że przyszłe zmiany mogą być większe niż te obserwowane w przeszłości. Ich wniosek jest inny: mniejsza liczba pracowników nie musi oznaczać wolniejszego wzrostu, jeśli niedobór pracy wymusza inwestycje, automatyzację i wyższą produktywność.

Trzeba też odróżnić PKB od PKB na mieszkańca. Kraj może mieć mniej ludzi i wolniej rosnący PKB ogółem, a jednocześnie wyższy PKB na mieszkańca. To rozróżnienie jest kluczowe: o poziomie życia decyduje głównie dochód na mieszkańca, natomiast o skali rynku, możliwościach fiskalnych i pozycji państwa – także wielkość gospodarki.

Mechanizm jest intuicyjny. Jeśli pracowników jest mniej, praca staje się rzadsza i droższa. A kiedy drożeje czynnik produkcji, przedsiębiorstwa próbują go oszczędzać. Rośnie opłacalność robotyzacji, automatyzacji i sztucznej inteligencji. Niedobór młodych pracowników może więc uruchamiać endogeniczną zmianę technologiczną: niedobór pracy wzmacnia bodziec do tworzenia technologii, które ją oszczędzają.

Czytaj więcej

Aleksandra Gajewska: Będzie nowa kampania demograficzna rządu, która poprawi PR rodzicielstwa

Jeszcze kilkanaście lat temu pytaliśmy, co zrobimy z ludźmi, których zastąpią roboty. Dziś zasadne staje się pytanie odwrotne: co zrobimy bez robotów, kiedy zabraknie ludzi?

To szczególnie ważne w Polsce, gdzie część przewagi konkurencyjnej nadal opiera się na pracy relatywnie tańszej niż na Zachodzie.

Tu jednak optymizm Acemoglu spotyka się z ostrzeżeniem Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). W „Employment Outlook 2025" OECD szacuje, że bez dalszych zmian polityki, zachowań na rynku pracy i wyraźnego przyspieszenia produktywności wzrost PKB na mieszkańca w krajach OECD mógłby zwolnić z około 1 proc. rocznie w latach 2006–2019 do około 0,6 proc. w latach 2024–2060. Starsi pracownicy rzadziej zmieniają firmę czy zawód, a mniejsza mobilność osłabia przepływ ludzi do bardziej produktywnych przedsiębiorstw.

Nie ma tu sprzeczności. Acemoglu pokazuje, że niedobór pracy może uruchamiać dostosowania podnoszące produktywność. OECD ostrzega, że bez takich dostosowań demografia będzie obniżać tempo wzrostu.

Potrzebujemy mniej pracy, a więcej kapitału

Przez trzy dekady po transformacji korzystaliśmy z relatywnie licznej, coraz lepiej wykształconej siły roboczej. Pomagały w tym transfer technologii, inwestycje zagraniczne i wejście do wspólnego rynku UE. Ten model będzie coraz trudniejszy do utrzymania, bo wzrostu nie da się już w takim stopniu opierać na zwiększaniu zatrudnienia.

Polska ma trzy główne kanały dostosowania.

Po pierwsze, lepiej wykorzystać ludzi, których już mamy. W 2024 r. w grupie wiekowej 60–64 lata pracowało w Polsce około 25 proc. kobiet wobec 62 proc. mężczyzn. Paradoksalnie – alarmujemy, że zabraknie pracowników, a zarazem utrzymujemy instytucje sprzyjające wczesnemu wychodzeniu z rynku pracy. Nie chodzi tylko o ustawowy wiek emerytalny. Liczą się zdrowie po pięćdziesiątce, przekwalifikowanie, uczenie się przez całe życie i elastyczne formy zatrudnienia.

Po drugie, potrzebujemy migracji. Ale migracja nie jest substytutem produktywności. Jest amortyzatorem, który kupuje czas. Migranci pracują i płacą składki, ale także się starzeją, część wyjeżdża, a o młodych i wykwalifikowanych ludzi będzie rywalizować cała Europa.

Po trzecie, każdy pracownik będzie musiał dysponować większym kapitałem i lepszą technologią. Kurcząca się podaż pracy może przyspieszyć modernizację, bo droższy pracownik zwiększa opłacalność inwestycji. Firma będzie musiała podnieść produktywność, zautomatyzować procesy, zwiększyć skalę albo oddać zasoby bardziej efektywnym konkurentom.

Demografia może więc przyspieszyć przejście od modelu „dużo pracy, mało kapitału" do modelu „mniej pracy, więcej kapitału i technologii na pracownika".

Jeśli niedobór pracowników spotka się z inwestycjami i konkurencją, może podnieść produktywność. Jeśli zderzy się z niskimi inwestycjami i ochroną nieefektywnych firm – przyniesie przede wszystkim wzrost kosztów.

Musi się zmienić sposób finansowania emerytur

Nie powinniśmy też liczyć na szybkie odwrócenie dzietności. Badanie Raquel Fernandez, Ines Berniell i Milagros Onofri pokazuje, że zmieniają się nie tylko warunki materialne, lecz także preferencje i aspiracje. Między 2012 a 2022 r. deklarowana idealna liczba dzieci spadła z 2,42 do 2,31, a odsetek osób zamierzających mieć dziecko w ciągu trzech lat – z 28 do 21 proc. Nawet gdyby dzietność wzrosła jutro, efekt dla rynku pracy pojawi się dopiero za około dwie dekady. Niedobór pracowników w latach trzydziestych trzeba więc łagodzić aktywizacją, migracją, kapitałem i technologią.

Nawet jeśli automatyzacja i wzrost produktywności pozwolą gospodarce rosnąć mimo mniejszej liczby pracowników, nie rozwiąże to wszystkich skutków starzenia. Pozostanie problem finansowania państwa dobrobytu: mniej pracujących będzie płacić składki i podatki od pracy, a więcej osób będzie korzystać z emerytur, ochrony zdrowia i opieki długoterminowej.

Polski system emerytalny dużą część ryzyka demograficznego przenosi na wysokość świadczenia. Krótsza kariera, niższe składki i dłuższy okres życia po zakończeniu pracy oznaczają niższą emeryturę. Część kosztu starzenia system przenosi więc na przyszłych emerytów poprzez niższe świadczenia.

Przyszły problem Polski może więc polegać nie tyle na niewydolności systemu emerytalnego, ile na zbyt niskich emeryturach wobec wcześniejszych dochodów. OECD szacuje, że dla osoby rozpoczynającej karierę w wieku 22 lat w 2024 r., zarabiającej przez całe życie średnie wynagrodzenie i przechodzącej na emeryturę w normalnym wieku emerytalnym, stopa zastąpienia netto wyniesie około 31,8 proc. dla kobiet i 40,6 proc. dla mężczyzn (różnica wynika m.in. z odmiennego wieku emerytalnego) – wobec ponad 62 proc. średnio w OECD. Ryzyko finansowe systemu zostaje więc częściowo przeniesione na emerytów – w postaci niższych świadczeń.

To jednak nie zamyka problemu fiskalnego. Jeżeli gospodarka stanie się bardziej kapitałochłonna, a państwo dobrobytu nadal będzie finansowane głównie podatkami i składkami od pracy, baza finansowania wydatków społecznych może rosnąć wolniej niż gospodarka. Starzenie i technologia mogą więc wymusić zmianę sposobu finansowania państwa dobrobytu.

Transfery nie odwrócą trendów demograficznych

Demografia stawia gospodarce coraz trudniejsze warunki. Nie przesądza jednak wyniku.

Nie odwrócimy trendów demograficznych samymi transferami rodzinnymi ani nie sprowadzimy tylu pracowników, by zachować dotychczasowy model wzrostu. Możemy natomiast zmienić sam model. Mniej ludzi powinno oznaczać więcej kapitału na pracownika, więcej technologii, dłuższą aktywność i wyższą produktywność.

Być może właśnie na tym polega paradoksalny skutek demografii: odbiera ona Polsce możliwość dalszego odkładania modernizacji.

Kończy się gospodarka, która mogła rosnąć dzięki większej liczbie rąk. Zaczyna się gospodarka, która będzie musiała rosnąć dzięki większej wartości tworzonej przez każdą parę rąk. Demografia przesądzi o tym, ilu nas będzie. Nie przesądza o tym, jak bogaci będziemy.

Autor jest głównym ekonomistą Business Centre Club. W przeszłości był ministrem finansów, ambasadorem Polski przy OECD i głównym ekonomistą ZUS