Reklama

Czarny Jastrząb i mieleckie gołąbki

Pierwszy Czarny Jastrząb — zbudowany od podstaw w Mielcu wielozadaniowy śmigłowiec Black Hawk, jest gotów do testów i to przed terminem. Menadżerowie i mechanicy z PZL należących dziś do Sikorsky Aircraft, potentata w branży helikopterowej, potrzebowali trzech lat by nauczyć się pracy w amerykańskim stylu

Aktualizacja: 09.05.2010 18:37 Publikacja: 09.05.2010 14:23

y Black Hawk to pierwszy nowy poważny produkt w całej krajowej branży lotniczej od co najmniej dekad

y Black Hawk to pierwszy nowy poważny produkt w całej krajowej branży lotniczej od co najmniej dekady

Foto: Fotorzepa, Seweryn Sołtys

Cel osiągnęliśmy — nie kryje satysfakcji Janusz Zakręcki prezes mieleckich zakładów. Amerykańska inwestycja za ok 70 mln dolarów pozwoliła wskrzesić produkcję w upadającej firmie, dała pracę ludziom i niezły, sprawdzony produkt, który ma szansę na zamówienia nie tylko US Army, ale też wojsk z innych krajów, potrzebujących wyjątkowo trwałego, uniwersalnego helikoptera.

— Trochę się Amerykanów baliśmy. Wśród najstarszych fachowców z montażu panowało przekonanie, że przyślą z centrali Sikorsky’ego w Stratford, Connecticut, aroganckich mądrali, którzy nasz świat, tutaj na Wschodzie, będą odwracać po swojemu, z głowy na nogi — mówi Andrzej Prędki energiczny, szef programu S-70i Black Hawk w mieleckiej fabryce.

I rzeczywiście na samym początku było nerwowo. Lody puściły dopiero, gdy trzeba było z marszu rozwiązywać techniczne problemy bezpośrednio w produkcji. Amerykański desant został rozbrojony, gdy w trudnych momentach mieleccy fachowcy pokazali jankesom co potrafią. Potem poszło już z górki, zwłaszcza gdy podczas mniej formalnych spotkań bezwzględną przewagę miejscowym dawała polska kuchnia. Kiełbasa, bigos, gołąbki, robiły wśród przybyszów furorę.

[srodtytul]Duch miejsca[/srodtytul]

Adam Stolarz, który trzy lata temu negocjował z Ameryką prywatyzację Mielca w imieniu Agencji Rozwoju Przemysłu, dobrze pamięta początek rozmów: — Najważniejsze dla Amerykanów było miejsce w którym przez lata budowano odpowiednią lotniczą kulturę techniczną i ludzie z doświadczeniem w technologicznej branży. Mielec to wszystko zapewniał.

Reklama
Reklama

— W PZL Mielec czuje się ducha lotnictwa, a to co tu osiągnęliśmy to zaledwie początek — nie kryje ambicji Jeffrey P. Pino prezes Sikorsky Aircraft. Jego zastępca Robert Kokorda z typową, amerykańską przesadą powtarza motto Sikorsky’ego: Ludzie są ważniejsi niż zysk i duma korporacyjna.

Przed 1939 r. w zbudowanej w ramach Centralnego Okręgu Przemysłowego fabryce składano wyprzedzające swój czas bombowce Łoś. Po wojnie, w okresie konfliktu koreańskiego powstawały kolejne generacje odrzutowych licencyjnych radzieckich limów, potem setki małych transportowców Antonowa a jeszcze potem projektowanych w Polsce szkolnych Iskier i rolniczych dromaderów. Po załamaniu rynku rosyjskiego w końcu lat osiemdziesiątych, z dnia na dzień urwały się ogromne zamówienia. Niepowodzeniem zakończył się eksperyment z własną konstrukcją: szkolno — bojową Irydą. Ostatecznie przed nadejściem Sikorsky’ego na placu boju pozostały dwusilnikowe M-28 skytruck i strażacko — agrolotnicze M 18 Dromader.

[srodtytul]Amerykanie u bram[/srodtytul]

Prywatyzowano PZL Mielec w ostatniej chwili, kiedy firma po zaliczeniu kilku etapów niezbyt szczęśliwych restrukturyzacii i dzięki państwowej kroplówce, budowała pojedyncze, wojskowe skytruki. — Oferowaliśmy zakłady na krawędzi bankructwa, a poważnym inwestorem okazali się tylko Amerykanie — mówi Adam Stolarz.

Sikorsky Aircraft Corp. przejął fabrykę 16 marca 2007 po spłacie m.in. ponad 36 mln zł zadłużenia mieleckich PZL wobec ARP. W umowie prywatyzacyjnej Amerykanie zobowiązali się zainwestować w rozwój firmy co najmniej 45 mln dolarów. Za kapitał państwowej fabryki zatrudniającej 1450 pracowników zapłacili 66 mln zł a 25 — 30 mln kosztował ich pakiet socjalny uzgodniony ze związkowcami: sześcioletnie gwarancje zatrudnienia dla 1, 5 tys. załogi, dziewięć tysięcy złotych premii prywatyzacyjnej na pracownika, stopniowe podwyżki.

Dla krytyków prywatyzacji Mielca Andrzej Szortyka wiceprezes ARP. który w PZL pracował jeszcze w końcu lat dziewięćdziesiątych, ma dziś jedną odpowiedź: pokazywany właśnie publicznie gotowy Black Hawk to pierwszy nowy poważny produkt w całej krajowej branży lotniczej od co najmniej dekady — podkreśla.

Reklama
Reklama

— Black Hawk w wersji S-70i to może nie szczyt nowoczesności, ale odnowiony technologicznie helikopter od trzydziestu lat powszechnie wykorzystywany w US Army i w licznych krajach świata. Sprawdzony w różnych wariantach: niezawodnej maszyny ratowniczej, transportowej, bojowej. Prawdziwy wielozadaniowy koń roboczy wojsk aeromobilnych — mówi Bartosz Głowacki ekspert pisma Skrzydlata Polska.

[srodtytul]Nowe porządki[/srodtytul]

Andrzej Prędki wylicza zmiany, jakie w zakładach wprowadził już nowy właściciel: wyjątkowy reżim związany z bezpieczeństwem pracy na każdym stanowisku: obowiązkowe okulary ochronne, osłony na maszynach, awaryjne wyłączniki obrabiarek. Do tego pedantyczna dbałość o środowisko w amerykańskim stylu: z ziemi wydobyto wszystkie zbiorniki na płyny technologiczne pamiętające czasy Układu Warszawskiego. Z produkcji eliminuje się chrom a wykorzystywana przemysłowo woda płynie w obiegu zamkniętym.

Na technologiczny postęp składa się wymiana kilkuset komputerów, wprowadzenie zasad bezpiecznego używania sieci informatycznej a nawet rygorystycznych procedur chronienia tajemnic, które strzegą amerykańskich technologii wojskowych. — Dla mnie przełomową sprawą nie jest zainwestowanie kilkudziesięciu milionów dolarów ponad wartość umowy, rewitalizacja przedwojennych murów i wymiana maszyn, ale zasadnicza zmiana mentalności ludzi — powtarza prezes Janusz Zakręcki: — Do pracowników dotarło, że w najczystszym kapitalizmie liczy się jakość.

Dyrektor Prędki nie zapomni jednak, pierwszych doświadczeń: to Polacy irytowali amerykańskich kolegów sztywną dyscypliną i formalizmem w wykonywaniu instrukcji. Technicy od Sikorsky’ego imponowali elastycznością, luzem, nawet skłonnością do improwizacji.

Amerykański potentat śmigłowcowy szacuje, że armie na świecie, w tym polska, potrzebują dziś ok 2 tysięcy nowych helikopterów o parametrach S-70i Black Hawk (dziś BH używane są w ponad dwudziestu krajach). Sikorsky dzierży niemal trzecią część rynku śmigłowcowego więc mógłby liczyć na sprzedaż 600 — 700 maszyn produkowanych i próbowanych w locie a w przyszłości także serwisowanych w PZL Mielec.

Biznes
UE stawia na europejskie produkty, presja na Iran, słabe dane z Polski
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Biznes
Jest decyzja prezydenta w sprawie Lex Huawei
Biznes
Nieudany rozruch wielkiego pieca w Hiszpanii. Hutniczy gigant ma poważny problem
Biznes
Opłacalność SAFE, przyspieszenie gospodarki i inwestycje Japonii w USA
Materiał Promocyjny
Presja dorastania i kryzys samooceny. Dlaczego nastolatki potrzebują realnego wsparcia
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama