Na czym powinniśmy budować kolejny etap rozwoju polskiej gospodarki? Dotychczasowe przewagi konkurencyjne, przede wszystkim relatywnie tania siła robocza, wyczerpują się.
To, co wydarzyło się w Polsce w ostatnich dekadach, było gospodarczym cudem. Nigdy w historii nie zmniejszyliśmy tak drastycznie dystansu do zachodniej Europy. Jest on nadal widoczny, ale można sobie wyobrazić, że w ciągu najbliższych 10–20 lat Polska dogoni kraje zachodniej Europy. Oczywiście pod warunkiem, że ten cud gospodarczy będzie wciąż trwał.
Dotychczas głównym mechanizmem nadrabiania dystansu było wykorzystanie zasobów, które wcześniej nie były dobrze wykorzystywane, przede wszystkim pracy. Po okresie jej bardzo nieudolnego wykorzystywania w czasach komunizmu była ona w Polsce bardzo tania. Nadal nie jest bardzo droga w porównaniu np. z Niemcami, ale w skali świata zaczynamy być krajem o wysokich dochodach i wysokich kosztach pracy.
Wyczerpuje się więc prosty model rozwoju oparty na tym, że mamy utalentowanych i pracowitych ludzi, którzy oferują konkurencyjne koszty pracy.
Ten model pozwolił nam zmniejszyć dystans do Zachodu, ale co dalej?
Można w ten sposób bardzo mocno nadgonić dystans do przodujących, ale nie można ich dogonić, a tym bardziej przegonić. Jeżeli mamy tańszą pracę, to wraz z sukcesem gospodarczym zaczyna ona drożeć. W pewnym momencie podcina to prosty mechanizm konkurencyjności. Jeśli naprawdę chcemy dogonić Zachód, musimy stać się gospodarką, która potrafi wykorzystywać wiedzę.
Szukamy przewagi opartej na wiedzy?
Musimy przestać opierać rozwój na tańszej pracy, a zacząć przede wszystkim wykorzystywać wiedzę. Chodzi o gospodarkę opartą na wiedzy i innowacjach, w której większą rolę odgrywają firmy krajowe. Nie mam nic przeciwko firmom zagranicznym. Bardzo nam pomogły, bo w ich interesie było wykorzystywanie relatywnie taniej pracy w Polsce. Jeżeli jednak praca staje się droga, mogą znaleźć kraje, w których jest znacznie tańsza. Do tego dochodzi ogromny postęp technologiczny, automatyzacja i rozwój sztucznej inteligencji. Przewaga konkurencyjna wynikająca z taniej pracy będzie więc tracić znaczenie.
Jeżeli chcemy dogonić zachodnią Europę pod względem dochodów i poziomu życia, musimy stać się gospodarką, która nie tylko wykorzystuje tańszą pracę, ale także wymyśla i tworzy nowe produkty, metody sprzedaży i usługi. Cały czas mam wrażenie, że zbyt mało jest zrozumienia dla konieczności inwestowania w innowacje i nowe technologie w małych i średnich firmach.
Dlaczego właśnie sektor MŚP może odegrać szczególną rolę w technologicznym awansie Polski?
MŚP zatrudniają większość ludzi w Polsce. Jeżeli mamy taką demografię, jaką mamy, będziemy mieli coraz większe braki pracowników, szczególnie w regionach zurbanizowanych. Jeżeli małe i średnie firmy nadal stosują technologie, które nie pozwalają im oszczędzać pracy, zatrudniają stosunkowo dużo ludzi, ale wykorzystują ich relatywnie mało wydajnie i wytwarzają małą wartość dodaną. To powoduje wzrost kosztów pracy i pogarsza konkurencyjność. Dlatego małe i średnie firmy są w Polsce głównym rezerwuarem zasobów pracy, które możemy uwolnić od obecnych zajęć i przesunąć do bardziej produktywnych obszarów, związanych z wyższą wartością dodaną.
Czy przemysł jest pod tym względem w lepszej sytuacji niż sektor usług?
W przypadku naszego przemysłu można powiedzieć, że technologicznie w zasadzie nie odstaje on już od najlepszych. Natomiast w usługach nadal mamy bardzo pracochłonne procesy, które można w znacznym stopniu zautomatyzować – jeśli chodzi o zastępowanie zarówno pracy fizycznej, jak i umysłowej przez komputery. I właśnie to jest nasza szansa.
AI będzie zabierać miejsca pracy?
Jesteśmy w sytuacji kraju, w którym można powiedzieć: bardzo dobrze, że część ludzi zostanie uwolniona od prac, które do tej pory wykonywała, bo jest potrzebna gdzie indziej. Oczywiście jest to ogromne wyzwanie dla edukacji i rynku pracy. Trzeba pomagać ludziom w zdobywaniu nowych kwalifikacji, ale też pomagać firmom podejmować decyzje i zachęcać je do inwestowania w nowe technologie. Potrzebny jest też pewien skok mentalny.
W tym procesie swoją rolę mogą odegrać parki technologiczne?
Zdecydowanie. Choć ich rola powinna być inna niż kiedyś. Gdy zakładaliśmy parki technologiczne, strefy specjalne czy przemysłowe, chodziło przede wszystkim o przyciąganie firm i tworzenie miejsc pracy, także poprzez pozyskiwanie inwestorów zagranicznych. Dzisiaj żyjemy w zupełnie innym świecie. W Polsce brakuje ludzi do pracy, a nie miejsc pracy. Z tego punktu widzenia centra technologiczne i strefy przemysłowe powinny przede wszystkim zachęcać do inwestycji podnoszących poziom technologiczny, szczególnie w małych i średnich firmach.
Czyli nowoczesne parki technologiczne powinny mieć nową funkcję?
Tak, szczególnie że innowacje technologiczne wiążą się z ryzykiem. Małe firmy podejmują ryzyko i próbują robić rzeczy nowe. W USA finansowanie takich przedsięwzięć ułatwiają prywatni inwestorzy. W Chinach ryzyko w dużej mierze bierze na siebie państwo.
W Europie nie mamy natomiast dobrego modelu. Nie mamy odpowiednio rozwiniętego rynku inwestorów czy aniołów biznesu, którzy byliby gotowi finansować ryzykowne innowacje. Nie mamy też państwa, które potrafiłoby podejmować ryzyko w taki sposób jak Chiny. Potrzebujemy więc pewnej protezy, czyli środków publicznych, być może unijnych, które wspierałyby również podejmowanie ryzyka.
To jednak rodzi problem: publiczne pieniądze z definicji powinny być wydawane ostrożnie?
Właśnie. Przy publicznych pieniądzach nie lubimy ryzyka. Tymczasem innowacje właśnie niosą ze sobą ogromne ryzyko niepowodzenia. Jeżeli mamy do czynienia z dużymi innowacyjnymi projektami, może się okazać, że udaje się jeden na sto czy jeden na tysiąc, choć ten jeden udany projekt może spłacić wszystkie pozostałe, które się nie powiodły.
To jednak nie jest świat, w którym urzędnicy rozdzielający pieniądze publiczne czują się dobrze. I właśnie dlatego stworzenie systemu finansowania innowacji pozostaje jednym z najważniejszych wyzwań dla Polski i Europy.