- Nasze biuro w Kuala Lumpur to znak, że polskie firmy zaczynają ekspansję międzynarodową. IT jest najłatwiej przenieść do innego kraju – mówił Świrski.
Gość wyjaśnił, że Kuala Lumpur to efekt wymagań jednego z klientów, który chciał, aby dostarczać mu programistów ze znajomością chińskiego.
Przyznał, że wyjście za granicę jest konsekwencją rozwoju.
- Trzeba mieć pozycję w kraju i doświadczenie, po czym wychodzi się z ekspansją zagraniczną – mówił.
Zaznaczył, że koszt prowadzenia interesu za granicą wcale nie jest niższy niż w Polsce. - Jeśli ktoś myśli, że łatwo uzyska przychody za granicą, to jest w błędzie – stwierdził Świrski.
- Rentowności też niekoniecznie są wyższe. Po prostu w pewnym momencie Polska staje się za mała – dodał.
Podkreślił, że po osiągnięciu pewnego poziomu w IT, nie da się ograniczyć do bycia wyłącznie w Polsce.
Transition Technologies sprzedajemy we wszystkich rejonach świata.
- Największa ilość naszych przychodów generują St. Zjednoczone i Europa - wyliczył Świrski.
Zauważył, że problemem polskich firm za granicą jest przyzwyczajenie do lokalnych warunków.
- Prowadzenie biznesu w innych egzotycznych krajach potrafi być diametralnie różne niż w Polsce – ocenił.
- Np. w Malezji okazało się, że programiści nie są Malezyjczykami. Tam zatrudnia się Chińczyków albo Wietnamczyków – mówił.
Dodał, że na niektórych rynkach trzeba działać z ludźmi, którzy są lokalnie i nie można oczekiwać, że wszystko będzie proste.
Świrski wyjaśnił, że jego firma sprzedaje produkty w Chinach, ale za pomocą przykrywki międzynarodowej korporacji.
Gość przypomniał, że Polska jest zwykle w top 5, a nawet top 3 krajów w których należy szukać informatyków.
- Jesteśmy specjalistami trochę innymi niż Hindusi. Jeśli ktoś patrzy na sam koszt i szuka prostych programistów to patrzy na Indie -tłumaczył.
-Jeśli szukamy wysoko wykwalifikowanych ludzi, komponentu badawczo-rozwojowego, albo unikatowych zdolności, to Polska jest najlepszych krajem – dodał.
Przyznał, że IT jest naszym znakiem firmowym za granicą, ale tego nie widać.
- Nikt nie zwraca na to dużej uwagi, bo jest to grupa mało protestująca. Jeśli większość zarobków plasuje się powyżej średniej krajowej to informatycy rzadko wychodzą na ulice – podsumował.