Rewolucja w przewozach międzynarodowych. Początek końca branży?

Ministerstwo Infrastruktury chce opodatkować i ozusować całość dochodów, które otrzymują transportowcy. To może być początek końca branży.

Aktualizacja: 22.05.2018 06:46 Publikacja: 21.05.2018 21:00

Rewolucja w przewozach międzynarodowych. Początek końca branży?

Foto: Adobe Stock

Wynagrodzenia kierowców w przewozach międzynarodowych wynoszą 5–9 tys. zł netto miesięcznie. Wynagrodzenie zasadnicze stanowi tylko 30 proc., reszta to zwolnione z podatku dochodowego i ZUS diety i ryczałty za noclegi, dyżury oraz nadgodziny.

Związki zawodowe alarmują, że taki system pozbawia zabezpieczenia socjalnego kierowców, którzy w razie choroby lub choćby wakacji zostają na gołej pensji wynoszącej 2,1–3 tys. zł. Ministerstwo Infrastruktury proponuje więc, aby wynagrodzenie w postaci diet za podróż służbową zastąpić wyliczeniem przychodu kierowcy na podstawie ogólnych przepisów o delegowaniu pracowników za granicę w ramach świadczenia usług.

Ale to oznaczałoby, że podatek dochodowy i składki ZUS będą płacone aż do osiągnięcia 4443 zł wynagrodzenia liczonego wraz z dodatkami za pracę w godzinach nocnych i nadliczbowych, dyżurami i dodatkiem wyrównawczym do zagranicznej pensji minimalnej. Dopiero nadwyżka byłaby wolna od składki na ubezpieczenie społeczne. Natomiast podatek dochodowy płacony byłby od 70 proc. nadwyżki.

Firmy muszą kierowcom zapłacić więcej, by na rękę dostali oni tyle samo co przed zmianą. – To rewolucja, na którą nas nie stać – mówią przewoźnicy międzynarodowi.

Przedsiębiorca ze Świętokrzyskiego Edward Soboń szacuje, że proponowane przez Ministerstwo Infrastruktury rozwiązania mogą zwiększyć koszty funkcjonowania przewoźników nawet o 40 proc. – Oznacza to, że firmy zostaną zepchnięte do szarej strefy. W branży działam 35 lat i chciałbym pozostać uczciwym pracodawcą, jednak nie wiem, jak firmy działające jako spółki z pełną księgowością będą w stanie dalej funkcjonować przy tak podniesionych kosztach – zastanawia się Soboń. Obawia się, że mali i średni przewoźnicy zbankrutują, a kontrakty przejmą duże koncerny, które oferując swoje ładunki na własnych naczepach, będą na wyśrubowanych warunkach podnajmować indywidualnych przewoźników z ich ciągnikami siodłowymi.

Transportowcy skarżą się, że rywalizacja o kierowców podbija płace tej grupy pracowników, a ich udział w łącznych kosztach działalności wzrósł już z niespełna 20 proc. w 2010 roku do ponad 25 proc. w 2017.

– Zmusza nas do tego rynek. Gdybyśmy nie podnieśli wynagrodzeń, nasi kierowcy podjęliby pracę w firmach z Europy Zachodniej – tłumaczy prezes Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych Jan Buczek.

Kierowcy międzynarodowi zarobią znacznie mniej

Spółka Ogólnopolskie Centrum Rozliczania Kierowców szacuje, że proponowane regulacje zwiększą koszty pracownicze od 15 do 25 proc., ale wprowadzą te same warunki dla wszystkich.

Ministerstwo Infrastruktury podkreśla, że konsultowane regulacje stanowią dobre zabezpieczenie przed europejską płacą minimalną, poprawią atrakcyjność zawodu kierowcy, ograniczą liczbę pozwów pracowniczych, uproszczą obliczanie rozliczeń podróży służbowych.

Najpierw Pakiet Mobilności

Przedsiębiorcy twierdzą, że rządowa propozycja pojawiła się w niefortunnym momencie. – Powinniśmy poczekać na wyklarowanie sytuacji w pracach nad unijnym Pakietem Mobilności – uważa Jan Buczek, prezes Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych. Przypomina, że pakiet narzuci zasady wynagradzania kierowców w całej UE, wprowadzając zaś podwyżki kosztów tylko dla polskich przedsiębiorców, stawia się ich w trudnej sytuacji wobec konkurencji.

Buczek porównuje, że Polska ma 220 tys. ciężarówek w transporcie międzynarodowym, a Rumunia ponad 160 tys. – Jeżeli nasze koszty pracy wzrosną o 25–30 proc. przegramy na rynku z konkurencją z innych państw – podkreśla prezes ZMPD.

Konkurencja już daje się we znaki lokalnym przewoźnikom, którzy widzą, jak samochody z rejestracją litewską, białoruską lub rosyjską podejmują w Polsce ładunki za stawki poniżej kosztów polskich firm.

Dr Paweł Lesiak ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie ostrzega, że załadowcy nie przyjmą do wiadomości podwyżek i skorzystają z alternatywnych ofert przewoźników z innych krajów. Przy 7-procentowym wzroście całości kosztów funkcjonowania polskich firm, mogą one stracić rynek.

Dla Polski byłaby to duża strata. Według danych GUS saldo usług w transporcie drogowym wyniosło w 2016 roku 4,2 mld euro. Zawirowania w branży byłyby dotkliwe społecznie. – W transporcie ciężkim pracuje 750–800 tys. kierowców – szacuje dyrektor Departamentu Transportu ZMPD Tadeusz Wilk.

Rekompensaty dla przedsiębiorców

Przewodniczący Opolskiego Zrzeszenia Przewoźników Drogowych Józef Stelmachowski uważa, że dyskusja na temat zasad wynagrodzeń kierowców jest potrzebna, bo nie jest normalne, aby kierowca otrzymywał tylko płacę minimalną, a znakomitą większość wynagrodzenia odbierał w postaci diet i ryczałtów. – Jednak w owych regulacjach trzeba uwzględnić finansowe realia branży i przepisy nie mogą doprowadzić do zrujnowania przedsiębiorców. Jeżeli rząd składa propozycję, to powinien także zrekompensować przynajmniej część wzrostu kosztów, choćby zwracając akcyzę. Takie rozwiązania są stosowane w innych krajach UE i należy je rozważyć – podpowiada Stelmachowski.

Kornelia Lewandowska z firmy Consulting Transport przypomina, że wynagrodzenia wypłacane są w zróżnicowany sposób, co wynika z regulacji, np. inne pieniądze otrzyma kierowca w transporcie krajowym, inne w międzynarodowym. Nawet w tym ostatnim przypadku inne sumy zarobi prowadzący na długich trasach od kierowcy jeżdżącego na krótkich. – Kierowcy myślą, że zarabiając 7–8 tys. zł na rękę zachowają te sumy przy nowych regulacjach, a to nieprawda, ponieważ podstawa musiałaby sięgnąć 15 tys. zł, na co nie stać przedsiębiorców. Zatem nowe regulacje nie zapewnią większych zarobków kierowcom. Oni do ręki dostaną mniejsze pieniądze – podkreśla Lewandowska.

Rewolucja, na którą nas nie stać

Przedsiębiorca ze świętokrzyskiego Edward Soboń uważa, że proponowane przez Ministerstwo Infrastruktury rozwiązania mogą zwiększyć koszty funkcjonowania przewoźników nawet o 40 proc. – Oznacza to, że firmy zostaną zepchnięte do szarej strefy. W branży działam 35 lat i chciałbym pozostać uczciwym pracodawcą, jednak nie wiem, jak firmy działające jako spółki, z pełną księgowością, będą w stanie dalej funkcjonować przy tak podniesionych kosztach – zastanawia się Soboń. Jego zdaniem mali i średni przewoźnicy zbankrutują, a kontrakty przejmą duże koncerny.

Wynagrodzenia kierowców w przewozach międzynarodowych wynoszą 5–9 tys. zł netto miesięcznie. Wynagrodzenie zasadnicze stanowi tylko 30 proc., reszta to zwolnione z podatku dochodowego i ZUS diety i ryczałty za noclegi, dyżury oraz nadgodziny.

Związki zawodowe alarmują, że taki system pozbawia zabezpieczenia socjalnego kierowców, którzy w razie choroby lub choćby wakacji zostają na gołej pensji wynoszącej 2,1–3 tys. zł. Ministerstwo Infrastruktury proponuje więc, aby wynagrodzenie w postaci diet za podróż służbową zastąpić wyliczeniem przychodu kierowcy na podstawie ogólnych przepisów o delegowaniu pracowników za granicę w ramach świadczenia usług.

Pozostało 90% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Biznes
Jest nowa szefowa PARP. "Agencja trafia w najlepsze ręce"
Biznes
USA chcą złagodzenia ograniczeń dotyczących marihuany
Biznes
Wielka Brytania wreszcie ma pierwszego „muzycznego miliardera"
Biznes
Lada dzień do Poczty Polskiej wpłynie wielki przelew. Uratuje molocha?
Biznes
Warto mieć zielone miasto