Fundusze private equity działające w Polsce i naszym regionie, nie licząc kilku, które wycofały się w ostatnich miesiącach, suchą stopą przeszły przez kryzys. Mimo że w obszarze zarówno nowych inwestycji, jak i wychodzenia z dotychczasowych (co przynosi gros zysków funduszom), zapanował marazm.
– Cały czas przyjmujemy ludzi do pracy. Dajemy premie i podwyżki. Zapowiada się, że równie dobry będzie 2010 r. – przewiduje Jacek Siwicki, prezes Enterprise Investors.
– Planujemy zatrudnienie nowych osób m.in. do naszego biura w Warszawie – wtóruje Zbigniew Rekusz, partner w Mid Europa Partners.
– Zespoły funduszy działające w Polsce są i tak relatywnie małe, a wiedza i doświadczenie bardzo specjalistyczne – tłumaczy Krzysztof Krawczyk, partner w Innova Capital. – Ponadto w portfelach są spółki, nad którymi trzeba pracować tak samo ciężko w dobrych czasach, jak i w trudniejszych.
Nasz region nie ucierpiał w wyniku kryzysu tak, jak nasi zachodni sąsiedzi. – W firmach z branży działających w Europie Zachodniej czy USA 10 – 20 proc. to norma, jeśli chodzi o cięcia zatrudnienia – opowiada Jacek Siwicki. Dlatego część z tych funduszy, które działały dodatkowo w naszym regionie, zawiesiła aktywność lub nawet zamknęła biura, w tym w Polsce. Zdecydował się na to na przykład Carlyle. Naszym rynkiem przestały się też interesować m.in. Blackstone i 3i.
– Moment, kiedy niektóre fundusze wycofywały się z Polski, mamy już za sobą – twierdzi Dominik Olszewski, partner Saski Partners. – Ale teraz na krajowym rynku wciąż niewiele jest większych transakcji i globalne fundusze obsługują go zdalnie z biur w innych krajach – zaznacza.
Na drodze wyraźnego ożywienia stoją wciąż duże rozbieżności w oczekiwaniach cenowych funduszy oraz właścicieli spółek. Wyceny na giełdach, szczególnie na GPW, są dzisiaj w oczach funduszy znowu wysokie. A wyceny giełdowe są odniesieniem dla właścicieli szukających inwestorów dla swoich spółek. Jak szacuje Deloitte, w 2009 r. fundusze PE zainwestowały w polskie firmy 250 – 300 mln euro.