W piątek po południu za baryłkę Brenta płacono nawet po 78,07 dolara – najmniej od października 2007 r. Dla przypomnienia w lipcu za baryłkę ropy trzeba było zapłacić ponad 147 dol., a wielu analityków jako oczywistość podawało prognozy straszące ropą po 200 dol. za baryłkę.
Do tego jeszcze Międzynarodowa Agencja Energetyczna obniżyła znacząco prognozy popytu na ten rok, a także na 2009. W tym roku ma on wzrosnąć o 0,5 proc., czyli najmniej od 1993 r., w przyszłym ma wynieść 1,3 proc., a wzrost popytu będzie pochodził głównie z krajów szybko rozwijających się. – Ten spadek wynika z wyjątkowej słabości gospodarczej w krajach rozwiniętych i zróżnicowanej odporności na światowy kryzys w krajach rozwijających się – podała MAE.
W piątek rynek jakby się wystraszył tak niskiej ceny i pod koniec dnia ropa minimalnie podrożała, a jej cena ledwie przekroczyła 80 dol. Ropa tanieje, bo coraz mniej jest chętnych do korzystania z własnych samochodów. Zwalnia przemysł, linie lotnicze tną moce. Większość przewoźników amerykańskich ograniczyła swoje moce o 20 i więcej procent.Ale ropa traci nie tylko z powodu spadku popytu – także dlatego, że inwestorzy stracili zaufanie do tego surowca i kupowanie ropy nie daje już gwarancji zarobku.
W trudnej sytuacji znalazł się w tej chwili OPEC, który chciałby nadal ciąć wydobycie, ale eksporterzy zrzeszeni w tym kartelu wiedzą, że ta decyzja będzie bardzo niepopularna. Za dzisiejszą fatalną kondycję światowej gospodarki obwiniany jest również kartel, który windując własne zyski, przyczynił się do światowej recesji, a z pewnością do upadłości kilku znaczących przewoźników lotniczych.
Według Deutsche Banku cena ropy spadnie w najbliższych miesiącach. Uzasadnione byłoby nawet 35 dol. za baryłkę, ale poziom 60 dol. wydaje się bardziej realny.