Film

Kino historyczne to gatunek swobodny

Archiwum
ROZMOWA: Andrzej Kołodyński
Rz: Na ile fabularny film historyczny kształtuje świadomość widza?
Andrzej Kołodyński: Są dwie kategorie odbiorców. Pierwsza to ktoś, kto ma wiedzę, także z innych źródeł. W kinie tylko konfrontuje swoje rozumienie tematu z tym, co jest pokazane na ekranie, i przeważnie jest bardzo krytyczny wobec filmu. A drugi rodzaj to widz, który nie ma wiedzy historycznej i on z kina próbuje i chce się czegoś dowiedzieć. Wtedy film spełnia funkcję nie tylko przewodnika, ale także ideologa, kształtuje odbiór. A czy czasem skutkiem nie jest polityczna manipulacja?
Każdy film historyczny z natury rzeczy jest tendencyjny społecznie czy politycznie, ale nie ma w tym nic złego. Ścisła rekonstrukcja faktów byłaby nie tylko niemożliwa, ale też nudna. Autorzy myślą więc o widzu i dla niego próbują przedstawić historię w sposób czytelny i atrakcyjny, tym samym fałszując ją trochę czy ubarwiając. Czy są jakieś granice takiego poprawiania i ubarwiania historii? Nie ma żadnej granicy. To jest wybór, przede wszystkim producenta, który wykłada pieniądze i chce, aby one mu się zwróciły. Czasem ta polityczna tendencja jest łagodna, do przyjęcia, a czasem ostra, mająca spełniać aktualną funkcję polityczną, jak np. produkowany przez Ukraińców z Rosjanami podobno antypolski film "Taras Bulba". Czy historyczni bohaterowie mają prawo do swoich życiorysów? Anna Walentynowicz czuła się oburzona po obejrzeniu filmu "Strajk", którego bohaterką jest postać na niej wzorowana. No cóż, bohaterka filmu nie nazywa się Walentynowicz, to jest inna, fikcyjna osoba. Jeśli ktoś wzoruje się na życiorysie jakiejś postaci, to wcale nie oznacza, że odtwarza jej życie w detalach. Pani Walentynowicz ma pretensje, że w filmie przedstawia się jej syna jako żołnierza ZOMO. Tymczasem twórca filmu chciał tu stworzyć ciekawy wątek - ideowej matki i syna, który podąża w przeciwnym kierunku. A że to nie ma pokrycia w historycznej rzeczywistości, to inna sprawa. Widz, na przykład za granicą, który nie zna biografii Anny Walentynowicz, uzna to, co zobaczy w filmie, za prawdziwe i z takim przekonaniem opuści kinową salę. Tu oczywiście czai się pewne niebezpieczeństwo, bo czasem w imię dnia dzisiejszego niektórzy poczynają sobie dość swobodnie z dniem wczorajszym. Kino historyczne to w istocie gatunek szalenie swobodny, gdzie można zrobić z przeszłością i faktami, co się zechce. Twórca buduje własną wizję, luźno sięgając do rzeczywistości, ale - powtarzam - nie jest wcale zobowiązany do jej odtwarzania na ekranie. I nic na to nie możemy poradzić. Pewnym alibi bywa zmiana nazwisk bohaterów. Ale trudno powiedzieć, czy to wystarczy. Pozostaje nam liczyć na dobrze przygotowaną publiczność.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL