fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Wielkie zakupy po chińsku

Partia komunistyczna każe wydawać jak najwięcej. A czy jest lepsza okazja niż święta Bożego Narodzenia?
Korespondencja z Pekinu
Olbrzymia choinka w holu pięciogwiazdkowego hotelu w mieście Jinan przyciąga uwagę dwóch chińskich biznesmenów. Dokładnie i z powagą oglądają bombki, by potem skierować się do stoiska ze świątecznymi przysmakami. Marcepanowe niemieckie strucle sąsiadują tu ze słoiczkami szwedzkiej żurawiny i puszkami foie gras.
– Oczywiście, że obchodzimy Boże Narodzenie. Co się wtedy robi? Zabiera dziewczynę na randkę do restauracji. I kupuje dużo prezentów – mówi Zhang Hexuan, dziennikarz Chińskiego Radia Międzynarodowego. W tym roku chińskie święta powinny być bardziej wystawne niż zwykle. Konsumpcja i wydawanie pieniędzy stały się patriotycznym obowiązkiem, odkąd na XVIII Zjeździe Komunistycznej Partii Chin prezydent Hu Jintao, kończący za parę miesięcy urzędowanie, oświadczył, że trzeba napędzać gospodarkę poprzez większy popyt wewnętrzny.
– Jak zwiększyć popyt wewnętrzny? To dobre pytanie. Chińczycy nadal boją się wydawać. Nie mają poczucia bezpieczeństwa. Wiedzą, że sami muszą się zatroszczyć o emeryturę, zapewnić sobie opiekę medyczną i mieć pieniądze na edukację dzieci – mówi Zhao Heng, partyjny ekonomista, który spotyka się z europejskimi dziennikarzami w siedzibie KC KPCh w Pekinie.
Przeciętny Chińczyk woli więc oszczędzać i jeśli może sobie na to pozwolić, to stara się odłożyć nawet połowę zarobionych pieniędzy. Oprocentowanie bankowych depozytów jest tak niskie, że oszczędności często trzyma pod materacem. Ale istnieje coraz większa kategoria ludzi, których nie trzeba zachęcać do wydawania pieniędzy. Chińska klasa średnia kupuje dużo i chętnie – ostentacyjna konsumpcja to styl życia całej armii młodych profesjonalistów żyjących w wielkich miastach.
Wierzą, że pieniądze stale będą wpływać na ich konto, a nawet będzie ich coraz więcej. Przecież na XVIII Zjeździe padła ważna deklaracja, którą powtarza się jak mantrę – do 2020 roku zarobki Chińczyków mają się podwoić.

Wydaję, więc jestem

Hostessy z namaszczeniem nalewają gościom przezroczysty trunek. Gospodarz bankietu, partyjny dygnitarz z prowincji Guangdong, wyjawia, że butelka wódki Maotai kosztuje 2400 juanów, czyli około 400 dolarów. Powinno to zrobić wrażenie na gościach i rzeczywiście tak się dzieje.
W innej kulturze wyjawienie uczestnikom przyjęcia, jakie koszty się na nich poniosło, byłoby posunięciem trochę niezręcznym. Ale nie w Chinach.
Jak podkreśla Tom Doctoroff, specjalista marketingu, który 20 lat spędził w Chinach, konsumpcja jest tam związana z prestiżem. W książce „What Chinese Want: Culture, Communism and China's Modern Consumer" Doctoroff pisze, że z punktu widzenia Chińczyka bezsensowne jest wydawanie pieniędzy na drogie towary, które miałyby być spożywane w zaciszu domowym. Luksusowe dobra są wyznacznikiem statusu społecznego, mają imponować innym i budować wizerunek.
Kiedy w cywilizacji zachodniej konsument goni za swym kaprysem, w chińskiej kupuje dobra i usługi, które mają mu pomóc we wspinaniu się po szczeblach drabiny społecznej. Najczęściej są to towary zachodnie – Chiny stały się olbrzymim rynkiem, o który walczą światowe luksusowe marki.
Towary chińskie są w defensywie. Nie dotyczy to jednak Maotai, ośmiokrotnie destylowanej ryżowej wódki o kilkusetletniej tradycji i cenionym przez Chińczyków posmaku sosu sojowego.
Jednak coraz częściej chińska klasa średnia sięga po wino pochodzące z lokalnych winnic. Jeszcze kilka lat temu chińskie wina przypominały obrazy malowane przez daltonistów. Teraz w ślepych próbach, przeprowadzanych w Pekinie przez chińskich i francuskich kiperów, lokalne wina nierzadko wygrywają z francuskimi.
Picie wina stało się elementem życia aspirujących do luksusu Chińczyków, spożywa się je zawsze podczas spotkań biznesowych. W każdej przyzwoitej restauracji znajdują się wielkie regały na wina. To świeży obyczaj i można tylko podejrzewać, ile w tym prawdziwego upodobania, a ile snobizmu.

Życie idealne

Mężczyzna patrzy w skupieniu na ekran swego telefonu. Wybiera aplikację „moja garderoba", ogląda zestawy ubrań, marszczy brwi. Wybór odpowiedniego ubrania jest najwyraźniej decyzją ważną, a niełatwą. W tym samym czasie jego żona w designerskiej kuchni o wymiarach boiska też musi podjąć trudną decyzję. Wpatruje się w komórkę i po chwili zachwycona klaszcze w dłonie: już wie, co przygotować na śniadanie.
Jedząc wspólnie posiłek, para nie spuszcza wzroku ze swych telefonów. Trzeba przecież sprawdzić rozkład dnia – nie zapomnieć o wizycie w spa, nie przegapić przyjęcia. – Idealne życie. Każdy chciałby mieć takie. Willa, BMW w garażu, dziecko, pies, kot – wzdycha Liu, oglądając reklamę telefonów koncernu ZTE, największego producenta chińskich telefonów komórkowych.
Dwudziestokilkuletnia Liu, tłumaczka, stara się o przyjęcie do Komunistycznej Partii Chin. Partyjną legitymację dostać niełatwo, o miejsce w partii ubiega się bardzo wielu kandydatów. Liu cierpliwie więc czeka, czyta biuletyny partyjne oraz dokumenty zjazdu i gotowa jest podzielić się swą wiedzą.
– Komunizm polega na zapewnieniu wszystkim równego dostępu do dóbr materialnych – recytuje Liu. Przyznaje, że nie zawsze wszystko dzieje się zgodnie z założeniami: – Niektórzy nadal nie jedzą do syta – mówi Liu, ale szybko znajduje rozwiązanie: – Musimy pracować ciężej, zwiększyć wydajność pracy.
Jednak prawdziwy problem chińskiego społeczeństwa polega na tym, że egalitarny dostęp do dóbr materialnych od dawna jest fikcją. – 80 procent Chińczyków dysponuje 20 procentami majątku narodowego, podczas gdy najbogatsze 20 procent ludzi aż 80 – mówi ekonomista Zhao Heng. W Chinach jest 600 dolarowych miliarderów, ale 120 milionów musi żyć za mniej niż dolara dziennie. To dalekie od koncepcji „harmonijnego społeczeństwa", do którego, jak zapowiedziano na XVIII Zjeździe, mają dążyć Chińczycy.

Konfucjusz by się zmartwił

Od czego zależy szczęście człowieka? Taki sondaż przeprowadziła gazeta młodzieżowej przybudówki Chińskiej Partii Komunistycznej. Ponad 11 tysięcy respondentów odpowiedziało bez wahania – od dochodów osobistych.
Zdrowie i rodzina zostały daleko w tyle. – Co dzieje się z naszym społeczeństwem? Gdzie podziały się konfucjańskie wartości? – to pytanie, jakie stale zadają chińskie media. Co pewien czas przedmiotem dyskusji czytelników jest konkretny przypadek jaskrawego odstępstwa od tradycyjnego systemu wartości. Szeroko omawiane jest na przykład postępowanie żyjącego w mieście syna, którego odwiedził mieszkający na wsi ojciec. Syn odebrał ojca z dworca i zawiózł do hotelu. Uchybił szacunkowi dla rodziców – czyżby wstydził się ubogiego ojca, niepasującego do jego wielkomiejskiego stylu życia?
Wielkie oburzenie wywołał też wpis, jaki zamieściła na blogu internautka „xiaobaierguai", która kokieteryjnie apelowała do swych rodaczek: „siostry, nie bądźcie zazdrosne", pisząc, że na urodziny dostała kreację za 33 tys. dolarów. Uznano to za dowód braku wrażliwości i współczucia wobec osób uboższych niż ona. – Nic dziwnego, że ludzie nienawidzą bogatych – pisali internauci. Ale największe emocje budzą przykłady ostentacyjnego demonstrowania bogactwa przez urzędników państwowych. Narodowym sportem chińskich internautów stało się ostatnio tropienie oficjeli, którzy noszą kosztowne zegarki. Na społecznościowy serwis Weibo, chiński odpowiednik Twittera, wrzucane są zdjęcia urzędników i ich nadgarstków, na których widnieje egzemplarz Roleksa, Piageta czy Constantina Vacherina.
Niejedna kariera została już przez to gwałtownie złamana. Urzędnicy w żaden sposób nie mogli bowiem wykazać, że ich oficjalne zarobki pozwalają im na tak drogie zakupy. Ich koledzy nadal jednak nie potrafią pohamować swej fatalnej namiętności do zegarków, bo podobne zdjęcia ciągle trafiają na Weibo. Tak jakby wzięli sobie do serca partyjne zalecenie zwiększonej konsumpcji, zapominając o innym priorytecie, czyli walce z korupcją.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA