Świat

Jusupow i ostatnia noc Rasputina

Ta biografia jednej z najbardziej fascynujących i kontrowersyjnych postaci dwudziestowiecznej Rosji powstała na podstawie zaginionych przed kilkudziesięciu laty akt śledztwa, prowadzonego po zamordowaniu Rasputina w 1916 roku. Unikatowe dokumenty, wywiezione potajemnie z Rosji, pojawiły się w 1995 roku na aukcji w londyńskim Sotheby's. Protokoły przesłuchań świadków: polityków, duchownych, wielu osób z carskiego dworu, a także kobiet z petersburskiego półświatka oraz raporty tajnych agentów policji pozwoliły Edwardowi Radzińskiemu zrekonstruować historię losów chłopa z Syberii, który zdobył tak wielki wpływ na dworze ostatniego cara Rosji. (Red.)
Zmyślenia pojawiają się w relacji zabójców Rasputina od samego początku. Ze szlachetnych pobudek. Puryszkiewicz postanowił ukryć Irinę, żonę Feliksa, pod imieniem hrabiny N. (nie przystoi siostrzenicy cara występować w roli przynęty dla chłopa). Inne, równie szlachetne pobudki, skłaniały do następnych przeinaczeń. Jak twierdzą i Puryszkiewicz, i Jusupow, wśród osób zebranych w noc zabójstwa w pałacu Jusupowów nie było kobiet. 46 lat temu, 27 września 1967 roku, zmarł książę Feliks Jusupow, zabójca Rasputina (ur. 1887). Tekst z archiwum tygodnika "Plus Minus"
Tymczasem obecność kobiet była po prostu nieodzowna. Po tym, jak Irina odmówiła swego uczestnictwa, trzeba było zainscenizować jej obecność w domu. Żeby stworzyć pozory przyjęcia, na którym Irina bawi się z niespodzianie przybyłymi gośćmi, obmyślili wszystko, poczynając od gramofonu, a na pozostawionych przez spłoszonych gości ciastkach kończąc. Robili to bardzo przekonująco. Nie wiadomo więc, dlaczego zapomnieli o najważniejszym, o głosie. O kobiecym głosie, który powinien dobiegać z góry. Nie pomyśleli o zaproszeniu kobiety, która powinna zagrać rolę Iriny. A przecież bez kobiecego głosu, rozbrzmiewającego na górze, niepodobna było obejść się w takiej sytuacji. Ponieważ "oddalone głosy dochodzące z góry" słyszeli na dole obaj - i Feliks, i Rasputin. "Wchodząc do domu z Rasputinem - wspominał Feliks - usłyszałem głosy swoich przyjaciół". I dalej, kiedy siedzieli w "jadalni": "Hałas dochodzący z góry przybierał na sile - pisał Feliks. - Co tam tak hałasują? - pytał Rasputin". Przecież "przysłuchujący się" Rasputin, do którego docierał "gwar głosów", powinien powziąć jakieś podejrzenie, jeśli w tym gwarze nie było głosu kobiecego. Ale on niczego nie podejrzewał. Przez ponad dwie godziny absolutnie nic go nie zaniepokoiło. Jest to możliwe tylko wtedy, jeżeli słyszał z góry głos kobiecy.

"Melania też bierze udział"

Oczywiście zabójcy nie omieszkali zatroszczyć się o udział kobiet. Nie na darmo Feliks podczas przygotowań do zabójstwa napisał do Iriny: "Melania też bierze udział"... Nie przypadkiem policja uzyskała wiadomości o udziale dam. Nawet w Carskim Siole posiadano takie informacje. I w wyższych sferach mówiono na ten temat. Wiera Leonidowna Jurieniewa mówiła o jakiejś baletnicy, kochance wielkiego księcia Dmitrija Pawłowicza. Przyszły ukochany Chanel był hojny w miłości. W aktach departamentu policji z łatwością odnalazłem jej nazwisko. Oto kilka doniesień na temat Wiery Caralli, którą policja podejrzewała o udział w "nocy Jusupowowskiej". Agent donosił: "Wiera Caralli, artystka carskiego baletu, lat 27. Podczas pobytu w stolicy odwiedzał ją wielki książę Dmitrij Pawłowicz. O obecności Wiery Caralli w pałacu Jusupowów w noc zabójstwa powiadomił policję Simanowicz, który przyszedł wraz z biskupem Izydorem 17 grudnia do komisariatu policji nad Mojką. Po sprawdzeniu agenci ochrany donieśli: Nie zauważono jej nieobecności w hotelu w nocy z 16 na 17 grudnia". Nie zauważono nieobecności. Ale w tym celu właśnie wymyślano pomysłowe "próby". Jak niepostrzeżenie w noc zabójstwa zastąpić w hotelu Wierę Caralli inną damą i jak sfabrykować jej "alibi". W końcu sprawa nie taka znowu trudna. Widocznie Wiera Caralli nie była jedyną damą w pałacu w "noc Jusupowowską". W Carskim Siole wiedziano też o uczestnictwie innej, znacznie ważniejszej. Wyrubowa nazywa ją wprost - Marianna, z domu Pistolkors (po mężu Derfelden), córka z pierwszego małżeństwa Olgi Pistolkors, żony wielkiego księcia Pawła, rodzona siostra Aleksandra Pistolkorsa. Jednakże, o ile jej rodzony brat i jego żona byli jednymi z najbardziej zapalonych wielbicieli Rasputina, o tyle Marianna trzymała stronę Dmitrija. Nienawidziła chłopa za niewolnicze oddanie okazywane mu przez jej bezwolnego brata, za hańbę żony brata, o której związku z Rasputinem w towarzystwie krążyły hańbiące pogłoski. Poszlaki przeciw Mariannie były tak poważne, że ją - pasierbicę wielkiego księcia, aresztowano! Ale w co przeobraził się ten areszt! Jej matka wspominała: "Gdy przyjechaliśmy na plac Teatralny 8, gdzie mieszkała Marianna, zostaliśmy zatrzymani przez dwóch żołnierzy, którzy nas przepuścili po uprzednim zapisaniu nazwisk. U Marianny gromadził się cały wyższy świat! Jakieś damy, które ledwie znała, przyjechały, aby wyrazić jej swoje współczucie. Oficerowie pochylali się nad jej rączką". Wkrótce Mariannę wypuszczono, oświadczywszy, że podejrzenia się nie potwierdziły. W tym czasie sprawę o zabójstwo wyciszano, jak to tylko było możliwe. Car pragnął uniknąć tych wszystkich demonstracji sympatii do uczestników zabójstwa. Ponadto wielki książę Paweł ciężko przeżył udział syna. Car nie chciał sprawiać dodatkowej przykrości choremu stryjowi Pawłowi aresztowaniem jego krewnej. Zwano ją Marianną, i najprawdopodobniej to francuskie imię jej ironiczni przyjaciele przeinaczyli na gminne imię "Melania". A więc były kobiety. Uczestnicy jednak nie wydali kobiet, ratując ich honor oraz je same przed policją!

Czy ciasteczka były zatrute?

Szlachetne pobudki dyktowały Puryszkiewiczowi i Jusupowowi odpowiedni sposób relacjonowania także innych wydarzeń. Najciekawsze i najbardziej tajemnicze jest to, co naprawdę wydarzyło się między Feliksem a Rasputinem w czarującej piwnicznej "jadalni". Przede wszystkim, jak to było z zagadkową historią otrucia? Bielecki zeznał: Protopopow powiedział mi, że ciało Rasputina zostało wrzucone do wody jeszcze za życia. Wykazała to sekcja zwłok. A więc najpierw go otruli, a on żył. Potem zabili go wystrzałami z rewolweru, a on ciągle żył. Historia diabła. Feliks na wszelkie sposoby to uwypuklał: "diabelska złość", "z ust buchała mu piana". Ale wielki książę Nikołaj Michajłowicz, ten "wolterianin", nie bardzo wierzący w demony, zapisał w swoim pamiętniku: "To, że cyjanek potasu nie podziałał, tłumaczę sobie całkiem prosto, mając często do czynienia w minionych czasach z trucizną na owady. Roztwór był zbyt słaby". Możliwe, że miał rację. W pośpiechu, ze zdenerwowania, w pucharach z winem zrobiono za słaby roztwór. Ale przecież nie zapominajmy o truciźnie, którą "nastrugali do ciastek", wystarczającej do zabicia wołu! To znaczy, że Rasputin naprawdę był supermanem? Ale jeśli tak, to dlaczego niedoświadczona Gusiewa w 1914 roku słabą kobiecą ręką dźgnęła go zaledwie jeden raz nożem, a on zareagował jak najzwyklejszy pod słońcem człowiek? Ciężko zachorował i o mały włos by umarł. Dla ratowania go przysłano wtedy chirurga z Piotrogrodu. Dlaczego? To samo pytanie zadaje w swoich wspomnieniach Matriona. Sama jednak wyjaśnia: dlatego, że nie mógł jeść żadnych ciastek. Rasputin miał specjalną dietę. Córka pisze, że "ojciec nigdy nie jadał słodyczy, mięsa i ciastek". Potwierdzają to różni ludzie, opisujący Rasputina. Na przykład, Simanowicz pisał, że Rasputin nie jadał słodyczy. O ścisłej diecie Rasputina mówili w swoich zeznaniach i Bielecki, i Chwostow. Z tą dietą, jak tłumaczył jego przyjaciel Filippow, Rasputin wiązał swoje zdolności uzdrowiciela. Ryby i brak słodyczy! Właśnie dlatego, żeby nie wiem jak był pijany, nie naruszał diety. Chociaż wielbicielki ofiarowywały mu bombonierki, on sam nigdy ich nawet nie tknął. O tym samym mówił w AKTACH Konstantyn Czychaczow, prezes Orłowskiego Sądu Okręgowego. W jego przedziale leżały pudełka z cukierkami, którymi częstował innych, ale sam ich nie tknął, a nawet wyraził się wtedy wulgarnie, że "tego świństwa nie bierze do ust"! "Świństwem" nazywa słodycze! Sam Feliks pisał: "Zaraz po tym podałem mu półmisek z zatrutymi ciastkami. Z początku odmówił: ČNie chcę, są bardzo słodkieC". Ale później, jak twierdzi Feliks, jadł je. Jakże mógł zgodzić się na robienie tego, czego nigdy nie robił?! Dlaczego?? To było do niego niepodobne, nie mógł patrzeć na słodycze. Córka Rasputina ma rację. Wypił tylko roztwór trucizny w winie, który zapewne okazał się zbyt słaby. Historyjkę z ciastkami Feliks wymyślił potem, tworząc wersję o diable, którego z godnym podziwu heroizmem uśmiercali zwyczajni ludzie. Tak więc ciastek Rasputin nawet nie napoczął. Najwidoczniej też mało pił. Ale, wobec tego, cóż się takiego działo w pokoju, w którym Rasputin spędził, zgodnie z zeznaniami Feliksa, ponad dwie godziny? Albo, jak zapisze w pamiętniku przesadnie drobiazgowy czy nawet wścibski historyk, wielki książę Nikołaj Michajłowicz, "około trzech godzin". I dlaczego zapomniał o celu swojego przyjazdu? Ściślej mówiąc, "zapomniał się", w tym sensie, że zapomniał o całym bożym świecie. Po prostu uciął sobie drzemkę, gdyż tylko tym można wytłumaczyć, że nerwowy, niecierpliwy Rasputin siedział prawie trzy godziny w oczekiwaniu na Irinę. Wątpliwe, aby Feliks samymi tylko romansami, które wyśpiewywał, mógł sprawić, że wypadł mu z głowy cel jego przyjścia. A co najważniejsze, czy był w stanie całkowicie uśpić czujność i intuicję tego człowieka.

Wersja erotyczna

Może, wyczuwając niebezpieczeństwo i wietrząc przyszłą krew, Feliks - dziecię wieku, które uległo wyrafinowanej deprawacji - uległ podnieceniu? I w tym pokoju zaczęły dziać się sceny, które tak trwożyły wyobraźnię wielkiego księcia Nikołaja Michajłowicza. Właśnie dlatego Rasputin gotów był pokornie i tyle, ile trzeba, czekać na przyjście Iriny, bo to zapowiadało ciąg dalszy zadziwiającego przedstawienia, którym pasjonował się również Feliks. Więc dopiero, "kiedy na górze zaczęto wyrażać swą niecierpliwość", ten hałas z wyższego piętra zmusił Feliksa do działania. Wtedy Feliks poszedł na górę i oznajmił kolegom, że Rasputina nie imają się ani ciastka, ani wino. I, biorąc rewolwer od wielkiego księcia, wrócił do jadalni. Otóż dlatego - po wszystkim, co między nimi zaszło - Rasputin nie zauważył rewolweru. Właśnie z tego powodu szwankuje jego intuicja. I Feliksowi udaje się wystrzelić. Jest tu jednak pewne "ale". Feliks nie miał nic z urodzonego zabójcy. Ten raczej zniewieściały mężczyzna, nienawidzący służby wojskowej, nie był naturalnie najlepszym strzelcem. A w dodatku to przejęcie! Toteż ledwie zranił ciężko Rasputina. Niestety, protokół sekcji zwłok Rasputina zniknął po rewolucji. Jedna sprawa nie pozostawia wątpliwości: Feliks go nie zabił. Rasputin po prostu stracił przytomność. Chociaż zabójcy stwierdzili u niego agonię i zatrzymanie tętna (zresztą, dokładnie tak samo, badając puls, carobójcy ustalą zgon całej rodziny carskiej w piwnicy domu Ipatijewa. Po czym zaczną "ożywać", jak się później okazało, nie zastrzelone, a ciężko ranione wielkie księżniczki). Rasputin także "ożył"! Ściślej mówiąc, odzyskał przytomność! A po przyjściu do siebie, chłop, jak zapisał na podstawie słów Feliksa Nikołaj Michajłowicz, "zerwał z niego epolet". Ponieważ Feliks nie jest godny oficerskich szlifów! "Maleńki", który zwiódł go miłością! Oto dlaczego oszukany chłop z wyrzutem krzyczał - Feliks, Feliks! Oto dlaczego Feliks nie może zapomnieć tego krzyku i wybaczyć mu tych słów. Oto, dlaczego dojdzie do tej ohydnej sceny, kiedy Feliks ni stąd, ni zowąd za tę jego wymówkę zacznie tłuc martwego Rasputina ciężarkiem, powtarzając przy tym: "Feliks, Feliks", słowa, którymi śmiał piętnować jego, jaśnie pana, prosty chłop, człowiek tak niskiego stanu! Chłop, który zerwał z niego epolet!

Wersja realistyczna

Chyba trzeba przyjąć znacznie bardziej nudny i prawdopodobny wariant. W istocie wszystko dokonało się bardzo szybko. Kiedy Rasputin odmówił jedzenia ciastek i picia wina, Feliks wyszedł jakoby dowiedzieć się, kiedy nareszcie odejdą goście. Po naradzie z innymi zabójcami zaproponował zastrzelenie chłopa. Wrócił z rewolwerem i od razu wystrzelił. Po czym wszyscy zabójcy zbiegli na dół. Gdy stwierdzili, że Rasputin jest martwy, weszli na górę, aby uczcić pomyślne uwolnienie się od niebezpiecznego mużyka. Wszystkie przypuszczenia co do trucizny i wina, które nie tknęły Rasputina, zostały wymyślone po fakcie, żeby udowodnić to, co napisał później Feliks: Należy pamiętać, że mieliśmy do czynienia z człowiekiem niezwykłym. Czyli z człowiekiem-diabłem, którego oni pokonali! Potem pili na górze, czekając, aż miasto ostatecznie pogrąży się we śnie, a ulice zupełnie opustoszeją, żeby bez świadków wywieźć trupa. W tym czasie Rasputin leżał i odzyskał przytomność. I jak kiedyś po ciosie noża Gusiewej, teraz ten chłop usiłował ratować się ucieczką. Ale został postrzelony, jak twierdzą Feliks i Puryszkiewicz, przy samej bramie - przez Puryszkiewicza. I tak powstała trzecia i największa nieprawda.

Kto zabił?

Robiąc zdjęcia w pałacu Jusupowów do swojego spektaklu telewizyjnego, przeszedłem po stromych schodach drogą, którą przebył ranny Rasputin. Wyszedłem na dziedziniec przez te same drzwi, którymi w tamtą noc wybiegł on na podwórze, próbując się uratować. Podwórze jest obecnie niewielką i nieogrodzoną przestrzenią obok domu. Oglądając je, wyobrażałem sobie, jak Rasputin biegł tutaj i jak Puryszkiewicz, który podążał za ciężko rannym Rasputinem, spudłował z odległości dwóch, trzech kroków. Wydawało się to jednak całkowicie zrozumiałe, ponieważ był typowym cywilem, historykiem i filologiem z wykształcenia, pracującym w departamencie gospodarczym Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. W swoich wspomnieniach, kiedy chciał udowodnić, że był dobrym strzelcem, pozostało mu jedynie napisać, że "dobrze strzelał do rzutków!". A udowadniać musiał, ponieważ po pierwszych chybionych strzałach do Rasputina, znajdującego się tuż przy strzelającym (Puryszkiewicz składał to na karb zdenerwowania), nastąpiły dwa mistrzowskie strzały oddane w chwili, kiedy Rasputin był już daleko, przy samej bramie. Jeden - "w plecy", jak pisze Puryszkiewicz. Drugi, również celny, w głowę. Zdenerwowanie nie miało nic do rzeczy. Po prostu te dwa ostatnie strzały były całkiem innej klasy, jakby oddał je inny strzelec. Wyborny i opanowany, umiejący zachować zimną krew. Kto z obecnych pasował do roli strzelca wyborowego? Przede wszystkim wielki książę Dmitrij Pawłowicz! Wspaniały gwardzista, sportowiec, uczestnik igrzysk olimpijskich. To on dał Feliksowi swój rewolwer, żeby zabił Rasputina. I nie na darmo Dmitrij przyszedł z rewolwerem. Jeżeli ktoś mógł mieć motywy do osobistego rozprawienia się z chłopem, to właśnie jemu ich nie brakowało. To Rasputin nie dopuścił do jego ożenku, to Rasputin opowiadał nikczemne bzdury o nim i jego narzeczonej. To Rasputin hańbił rodzinę carską, w której Dmitrij się wychowywał i spowodował rozłam w wielkiej rodzinie Romanowów. I w rodzinie jego ojca. Jego niedoszła żona, wielka księżniczka Olga, natychmiast o tym pomyślała! I zapisała w swoim pamiętniku, jeszcze przed rozpoczęciem dochodzenia: 18 grudnia... ostatecznie dowiedzieliśmy się, że ojciec Grigorij został zabity, prawdopodobnie przez Dmitrija.

Wielki książę a zabójstwo!

Jak twierdzili Jusupow i Puryszkiewicz, wielkiego księcia nie było w domu. Wyruszył z tym dziwnym i w końcu niewykonalnym zadaniem spalenia futra Rasputina. Wrócił samochodem już po jego zabójstwie. Tak obaj utrzymywali. I obaj kłamali. Okazało się, że nietrudno było to udowodnić. Zgodnie z zeznaniami obu stójkowych, Własiuka i Jefimowa, którzy po usłyszeniu strzałów zaczęli bacznie obserwować pałac Jusupowów, nie było żadnego samochodu podjeżdżającego pod dom po strzałach. Chociaż było niemożliwe, by nie zobaczyć na absolutnie pustym placu tak rzadkiego wtedy pojazdu jak auto. Zauważyli jedynie odjeżdżający po strzałach samochód [wywożono właśnie zwłoki Rasputina]. I to samo (na podstawie słów tychże posterunkowych) można znaleźć w przeróżnych wspomnieniach. Na przykład generał Głobaczow, szef ochrany, w swojej zaszyfrowanej depeszy, 18 grudnia, pisał: "Rozległo się kilka wystrzałów, dał się słyszeć krzyk człowieka, potem wyjechał samochód. Tak więc, po zabójstwie ani jeden samochód przed pałac nie podjechał, wielki książę zatem w żaden sposób nie mógł wrócić do pałacu. Tym niemniej okazało się, że w nim był!". Jakim cudem? Po prostu nie wyjeżdżał z domu! Przez cały ten czas w ogóle go nie opuszczał. W momencie dokonywania zabójstwa również się z niego nie ruszał. A odjechał razem ze wszystkimi dopiero po dokonaniu zabójstwa. A zatem wielki książę był w domu Jusupowów w momencie zabójstwa i dlatego Puryszkiewicz z Jusupowem musieli potem zmyślać tę niedorzeczną wersję, jakoby Dmitrij odjechał spalić futro. Wobec tego, co się faktycznie wydarzyło?

Moment zabójstwa (rekonstrukcja)

Ślady prawdy można odnaleźć w pierwszych zeznaniach Feliksa, złożonych od razu po zabójstwie. Po tym, jak Feliks strzelił do Rasputina z pistoletu wielkiego księcia, ten, jak pisał Feliks, zabrał pistolet z powrotem. Zostawiając "martwego Rasputina" w piwnicy, uczcili to wydarzenie na górze. Zabawiali się, czekając na głęboką noc, kiedy można będzie wywieźć ciało. Najpierw jednak trzeba było wywieźć z domu dwie znajdujące się tam damy. Jak zeznał Feliks przed ministrem sprawiedliwości Makarowem, "około drugiej - drugiej trzydzieści w nocy dwie damy wyraziły życzenie odjechania do domu i z nimi pojechał wielki książę Dmitrij Pawłowicz". Widocznie wielki książę przygotowywał się do odwiezienia ich swoim samochodem, kiedy Feliks zszedł do piwnicy, gdzie miała miejsce potworna scena. Rasputin "ożył". Oszalały ze strachu Feliks rzucił się na górę z krzykiem: "On ucieka, strzelajcie!". W gabinecie znajdował się sam Puryszkiewicz, który ze swoim ciężkim rewolwerem Sauvage pobiegł za Rasputinem. Puryszkiewicz wybiegł na podwórze, dwukrotnie strzelił, chybiając za każdym razem. Ale będący już na dziedzińcu z damami wielki książę dwoma strzałami z browninga - najpierw zatrzymał Rasputina, raniąc go w plecy, a następnie ułożył go na mokrym śniegu, trafiając w tył głowy. I jedna z dam w przerażeniu wrzasnęła. Stąd kobiecy krzyk, który słyszał posterunkowy Jefimow. Odjazd dam, naturalnie, należało odłożyć, a ciało Rasputina szybko ściągnąć z podwórza. W tym momencie Feliks, który usłyszał strzały, zdołał zapanować nad sobą i wezwał starszego lokaja, żeby razem z nim poszedł na podwórze. Rozumiał, że strzały wystraszyły policjantów. Trzeba było więc jakoś to wytłumaczyć. A zależało mu na tym, żeby wyręczył go w tym starszy lokaj. Wtedy to właśnie pojawił się obok domu stójkowy Własiuk. Opanowanie Feliksa uśpiło czujność policjanta. Ale Feliks drogo musiał zapłacić za swój spokój. Wkrótce po odejściu Własiuka miała miejsce paskudna scena. Znęcanie się Feliksa nad konającym chłopem. W dodatku zaczęło im się wydawać, że posterunkowy nabrał jakichś podejrzeń. Toteż, widocznie, odbyła się narada zabójców. Trzeba uwzględnić, że byli pijani. I wtedy Puryszkiewiczowi, głównemu pośród obecnych znawcy nastrojów społecznych, przyszła do głowy szalona i pijana myśl. Powiedzieć całą prawdę policjantowi, który, jak i cały naród, powinien, jego zdaniem, nienawidzić Rasputina! Prawdę, która właśnie pogrzebała całą sprawę. Po wyjaśnieniach udzielonych posterunkowemu pospiesznie wywieźli zwłoki Rasputina. Ściślej mówiąc, żyjącego jeszcze Rasputina. Nie zdarzało im się przedtem zabijać bezbronnych ofiar. Nie wykonali więc "strzału kontrolnego". Rasputin ciągle jeszcze oddychał. Kobiety opuściły dom zapewne już rano. Do czego więc potrzebne było Puryszkiewiczowi (a potem Jusupowowi) konfabulowanie, jak zabił Rasputina? Robili to, żeby mieć prawo napisać (i to kilka razy, tak że staje się to podejrzane), że "ręce młodzieńca z carskiej rodziny nie zostały zbrukane krwią". A chodziło tutaj bynajmniej nie tylko o to, że nie przystoi wielkiemu księciu być zabójcą. W danej sytuacji ważny był aspekt polityczny. Przecież w razie przewrotu Dmitrij, młody wojskowy, ulubieniec gwardzistów, organizator spisku mającego na celu wybawienie od hańby rządów Rasputina (lecz nie zabójca!), mógł być pretendentem do tronu. Zabójcy chłopa znacznie trudniej byłoby zostać carem. Więc, aby wielkiemu księciu było łatwiej kłamać, związano go słowem honoru, że będzie powtarzał ich wersję: "nie ma krwi na moich rękach". Słowa te, jeśli mamy rozumieć je dosłownie, były prawdą. Krew była tylko na rękach tych, którzy mozolili się nad rzeką z okrwawionym ciałem chłopa.

Spotkanie z trupem

19 grudnia wczesnym rankiem na rzece Mała Newka przy Wielkim Moście Piotrowskim znaleziono trupa, który wypłynął na powierzchnię. Zwłoki wyraźnie oskarżały: ręce, które widocznie tam, pod wodą do samego końca usiłowały rozwiązać sznury, pozostały uniesione. Można było się zorientować, że ten silny człowiek, jeszcze oddychający w samochodzie, przyczaił się, mając nadzieję na oswobodzenie z więzów już w wodzie. Ale zabrakło sił. Pozostała fotografia: dopiero co wyjęty z wody trup, załadowany na saneczki. A dokoła biała przestrzeń zamarzniętej rzeki. Samochodem zawieziono zwłoki do Wojskowej Akademii Medycznej. Tak jechał - z odrętwiałymi, podniesionymi nad głową rękami, wygrażając stolicy. Wieczorem przed sekcją zjawiła się caryca i córki Rasputina. Kiedy Alix zobaczyła te groźnie wyciągnięte ręce, ogarnęło ją przeczucie niechybnej katastrofy i to wrażenie już jej nie opuściło. Po sekcji biskupowi Izydorowi pozwolono odprawić nabożeństwo żałobne za spokój duszy zamordowanego. Następnie zwłoki Rasputina przetransportowano ciężarówką z przebranymi w ubrania cywilne policjantami do soboru Fiodorowskiego w Carskim Siole. 21 grudnia odbył się pogrzeb.

Prawda o tajnym pogrzebie

Ten tajny pogrzeb (jak później również grzebanie szczątków rodziny carskiej) wywołał całą lawinę pogłosek, powstały legendy. Jedynie w aktach został opisany od razu przez kilku naocznych świadków. Z zeznań Julii Dehn: "Dowiedziawszy się o śmierci Rasputina, pojechałam do Carskiego. Zostałam tam na noc i byłam obecna przy tym, jak ciało Rasputina zostało pogrzebane... Zjawiłam się równocześnie z rodziną carską... Zza krzaków podglądał pułkownik Łoman. Trumny w końcu nie otworzono. Car i carowa byli oszołomieni tym, co się wydarzyło. Jednak caryca miała tyle siły woli, podtrzymywała Wyrubową, która ciągle płakała". Opisał pogrzeb także ten, który "podglądał zza krzaków". Z zeznań Łomana: "Nabożeństwo nad trumną właściwie odprawił biskup Izydor. Pochówek celebrowany był przez spowiednika, ojca Aleksandra Wasiliewa i mnicha z lazaretu Wyrubowej. Śpiewaków nie było. Śpiewał diak soboru Fiodorowskiego - Iszczenko. W przededniu pogrzebu ojciec Wasiliew zakomunikował mi, że wydano mu polecenie celebrowania pogrzebu Rasputina, w związku z czym przyjedzie z Piotrogrodu zanocować w Carskim Siole i rano pojedzie po diaka i ornaty. Żebym w tej kwestii wydał odpowiednią dyspozycję. Na drugi dzień ojciec Wasiliew pojechał do soboru, gdzie już czekałem na niego i razem pojechaliśmy do Przytułku Serafimowskiego na to miejsce, gdzie ma zostać wzniesiona cerkiew. Nie dojeżdżając do samego miejsca, ojciec Wasiliew wysiadł trochę wcześniej i poszedł do przyszłego grobu (trumna stała już w dole), a ja zostałem z boku. Tak, że nie byłem widoczny, ale mogłem wszystko widzieć... Zanim przybyła carska rodzina, podchodziłem do grobu i widziałem metalową trumnę. Żadnego otworu w wieku trumny nie było". (To samo zeznała Wyrubowa. Nikt z naocznych świadków nie pisał o tym nieszczęsnym otworze. Jednakże mit o otworze w wieku trumny, zrobionym jakoby na rozkaz carycy, żeby mogła i po jego śmierci, odwiedzając Rasputina w krypcie, widzieć jego twarz - można znaleźć w wielu memuarach i utworach.) Łoman zeznał: "Trumna została zasypana po prostu ziemią i żadnego grobowca nie budowano". Z dziennika cara: "21 grudnia. O godzinie dziewiątej pojechaliśmy... na pole, gdzie uczestniczyliśmy w smutnej ceremonii. Trumna ze zwłokami niezapomnianego Grigorija, zabitego w domu Jusupowa, w nocy na 17 grudnia przez potwory, stała już opuszczona do grobu. Ojciec A(leksandr) Wasiliew odprawił liturgię, po czym wróciliśmy do dom. Tłumaczył Eligiusz Madejski Edward Radziński (ur. 1936 w Moskwie) historyk z wykształcenia, autor dramatów i książek, które stały się międzynarodowymi bestsellerami, jak "Ostatni car. Życie i śmierć Mikołaja II" czy "Stalin". Książka  "Rasputin" ukazała się w 2000 roku. Wrzesień 2000
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL