Kraj

Bitwa pod Świecinem, 17 września 1462 roku

Tekst z archiwum "Rzeczpospolitej", z dodatku "Polski oręż"
Z końcem 1461 roku sytuacja wojsk Związku Pruskiego oraz wspierających ich oddziałów polskich stawała się krytyczna. Aby uzdrowić sytuację armii polskiej, należało dokonać zmian w niemal wszystkich aspektach jej funkcjonowania: od finansowania, poprzez uzbrojenie i wyszkolenie żołnierzy oraz dowódców, po zmiany w strategii i taktyce. W tym trudnym momencie król polski mianował naczelnym dowódcą sił polskich, czyli najwyższym hetmanem, Piotra Dunina z Prawkowic (obecnie Pratkowice). Pod jego okiem rozpoczęła się reforma wojska. Nowy podatek oraz pomoc finansowa miast pruskich, których mieszkańcy chcieli przyłączenia do Polski, umożliwiły królowi polskiemu zaciąg oddziałów najemnych. Taką armię otrzymał Piotr Dunin z początkiem 1462 roku. Na początku sierpnia zaatakował znienacka miasteczko Rybaki nad Zalewem Wiślanym, a następnie zagroził oddziałom wielkiego mistrza oblegającym Frombork, zmuszając je do odwrotu. Wykorzystując zamieszanie w oddziałach przeciwnika, Dunin uderzył na Pomorze Gdańskie, niemal w całości kontrolowane przez Krzyżaków. Dzięki otrzymanym z Tczewa i Gdańska posiłkom jego oddział, liczący początkowo nieco ponad 1100 zbrojnych, powiększył się do 2 tys. Jednocześnie z Torunia wyruszyły posiłki - 500 zbrojnych pod wodzą Wojciecha Górskiego. Celem Dunina było najprawdopodobniej zdobycie Pucka, ale jesienne szarugi oraz związane z nimi utrudnienia komunikacyjne udaremniły ten zamiar. Hetman skierował więc swe siły na zachód, na Lębork.
16 września 1462 roku oddziały Piotra Dunina rozłożyły się obozem - na wzór obronnego taboru husytów - na niewielkim wzgórzu przy północno-zachodnim brzegu jeziora Rogoźnica, 2 km na wschód od wsi Świecino, w otwartym terenie otoczonym gęstym bukowym borem. Tam też dogoniły je zaciężne oddziały wojsk zakonnych, zebrane z załóg Nowego, Lęborka, Kiszewy, Gniewu, Starogardu i Pucka. Wiedli je Fritz von Raveneck oraz Kacper Nostitz, obaj obok Bernarda Szumborskiego uważani za najwybitniejszych dowódców krzyżackich w tej wojnie. Siły zakonne liczyły blisko 2,7 tys. żołnierzy, w tym około 1,3 tys. źle uzbrojonych chłopów kaszubskich, wcielonych do wykonywania prac pomocniczych. Rozpoznawszy miejsce popasu przeciwnika Fritz von Raveneck, podjął decyzję o uniemożliwieniu odwrotu wojskom Dunina i zatarasowaniu wszystkich okolicznych przesiek, co w ciągu nocy wykonali Kaszubi. Pomylił się natomiast znacznie w ocenie liczebności wojsk polskich, zakładając zapewne, że od czasu ataku na Rybaki nie zmieniła się. Tymczasem wspierające Piotra Dunina oddziały gdańskie dowodzone przez Jana Meydeburga i Macieja Hagena składały się z ok. 400 żołnierzy piechoty zaciężnej, 300 jeźdźców, 200 pieszych milicjantów, sporego taboru oraz świetnie znających teren wywiadowców zwerbowanych wśród miejscowych węglarzy. Krzyżacy, którzy dotarli pod Świecino od południowego zachodu, obeszli wzdłuż zachodniego brzegu błotniste jezioro Rogoźnica i rozbili obozowisko kilkaset metrów od taborów polskich. Obóz został umocniony palisadą i przygotowany do obrony - jak widać Fritz von Raveneck nie zaniedbał niczego, co mogło wpłynąć na przebieg starcia. Wczesnym rankiem 17 września 1462 roku wojsko krzyżackie stanęło naprzeciw obozowiska polskiego. Uformowane było w szyk wynikający z nieskomplikowanej koncepcji bitwy z przeciwnikiem - jak się wydawało Fritzowi von Raveneck - dużo mniej licznym: w pierwszym szeregu ciężka jazda, której zadaniem było zgniecenie lub przynajmniej związanie walką konnicy polskiej, w drugim zaś zaciężna i chłopska piechota dowodzona przez Kacpra Nostitza, przeznaczona do walki z niedobitkami jazdy oraz do ataku na ufortyfikowany obóz polski. Morale tej armii chyba nie było najlepsze, skoro Nostitz tuż przed bitwą odebrał od zaciężnych przysięgę, że nie uciekną z pola walki, a jeśliby to zrobili, powinni wrócić i oddać się do niewoli. Piotr Dunin także wyprowadził swoje wojsko na przedpole obozu, pozostawiając w taborze tylko gdańską milicję. I on w pierwszym szeregu ustawił kawalerię, w tym 112 ciężkozbrojnych kopijników dowodzonych przez rotmistrza Pawła Jasieńskiego. Za kawalerią stanęła piechota zaciężna, a także ukryty przed oczami przeciwnika duży oddział kuszników na lewym skrzydle. Takie ustawienie dowodzi, że Dunin z góry zakładał, iż jazda polska może nie wytrzymać krzyżackiego uderzenia. Fritz von Raveneck musiał być mocno zaskoczony, przekonując się nagle, że siły jazdy polskiej są niewiele mniejsze od konnicy krzyżackiej. O liczebności polskiej piechoty miał się dopiero przekonać. Na zmianę formacji nie było już jednak czasu, tym bardziej że ciężka jazda Jasieńskiego uderzyła pierwsza na hufiec czelny, rozbijając jego szyk i zmuszając do wycofania się. Wówczas nastąpił frontalny atak pozostałej jazdy krzyżackiej. Starcie trwało do południa, kiedy to bitwę przerwano, dając - średniowiecznym zwyczajem - odpocząć koniom i ludziom. Gdy największy skwar ustąpił, bitwa rozgorzała na nowo. Wydaje się, że Fritz von Raveneck postanowił pierwszym atakiem przełamać polskie szyki, a Piotr Dunin przewidział taki przebieg wypadków, bo pod wpływem krzyżackiego uderzenia oddziały jazdy polskiej cofnęły się gwałtownie, odsłaniając cel stojącym na lewym skrzydle kusznikom. Ci zasypali krzyżackich jeźdźców gradem bełtów miotanych z bliskiej odległości. Efekt był porażający: natarcie wojsk zakonnych się załamało, a ciężkozbrojna jazda bezładnie wycofywała się w stronę własnego obozowiska. Niezmordowany Fritz von Raveneck, mimo odniesionej rany, aktywnie przeciwdziałał panice, zbierając wokół siebie zdolnych do walki jeźdźców do kontrataku. Szarża, którą poprowadził, była ostatnią w jego życiu: zginął wraz z większością podkomendnych. Stracili życie także dwaj jego rotmistrzowie Sack i Reitenbach. Pozostali natychmiast się rozpierzchli, uciekając z pola walki i pozostawiając na pastwę losu ufortyfikowany obóz oraz znajdującą się w nim piechotę. Ta, mając na wyposażeniu 15 bombard i kusze, ani myślała składać broń. Ciężko ranny w rękę w starciu z jazdą zakonną Piotr Dunin nakazał natychmiastowe uderzenie na tabor. Ten atak rychło załamał się z ciężkimi stratami. Polski głównodowodzący został ranny w udo pociskiem z bombardy. Dopiero ciężkozbrojna jazda Pawła Jasieńskiego nagłą szarżą przedarła się przez palisadę. Rozpoczął się pogrom krzyżackiej piechoty. Część obrońców wymknęła się poza fortyfikacje, usiłując uciec brzegiem jeziora, co okazało się tragiczną pomyłką - większość z nich potonęła w bagnie lub zginęła w walce z gdańską piechotą, reszta oddała się do niewoli. Z pola walki wymknęli się jeźdźcy krzyżaccy oraz nieliczni piechurzy. Teren wokół pola bitwy był bardzo nierówny, pocięty jarami o stromych zboczach. Do tego padające od dłuższego czasu ulewne deszcze spowodowały, że grunt był podmokły i śliski, co także mocno utrudniało poruszanie się. Ucieczka przesiekami nie była możliwa, bo te zostałyuprzednio zablokowane zawaliskami. Przy jednej z takich zapór poddał się do niewoli cały uciekający hufiec krzyżacki. W rezultacie większość niedobitków została schwytana lub zginęła. Zapewne właśnie w pogoni za uciekającymi Krzyżakami jazda polska natknęła się na nadciągające hufce pomorskie pod wodzą ks. Eryka II słupskiego. Po krótkim starciu straży przedniej z Polakami książę nakazał odwrót. W jego interesie leżało wspieranie zwycięzcy, nie zaś pokonanego. Po stronie krzyżackiej w bitwie poległo ok. 1000 żołnierzy, w tym 250 rycerzy. Z dowódców ocalał tylko komendant Chojnic Kacper Nostitz, który umknął z pola walki, widząc niepowodzenie von Ravenecka. Straty wojsk Dunina to 100 zabitych i 150 ciężko rannych. Zginął m.in. dowodzący gdańszczanami Maciej Hagen, a także rycerz polski Hektor Chodorowski. W zdobytym obozie Polacy zagarnęli 200 wozów z ładunkiem, 15 bombard i inne wyposażenie. Według Jana Długosza, którego bratanek Janusz wyróżnił się w tej bitwie i niewątpliwie wielokrotnie o niej później rozprawiał, do niewoli polskiej dostało się 600 żołnierzy, inne źródła natomiast wspominają o 70 rycerzach krzyżackich. Ciało Fritza von Ravenecka przetransportowano do Pucka, lecz później ponoć pochowano je w kościele w pobliskim Żarnowcu. Pozostałych poległych pogrzebano na pobojowisku. Lokalna tradycja jako miejsce ich pochówku wskazuje głaz narzutowy zwany Bożą Stópką, gdzie przez wieki odprawiano msze za dusze tych, którzy zginęli. Luty 2006
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL