fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Pewnie trochę chyba możliwe

Prof. Jerzy Bralczyk
Fotorzepa, Piotr Nowak pion Piotr Nowak
Język nie powinien mówić wszystkiego, co pomyśli głowa, tu Słowacki się mylił. To jest jedna z bzdurniejszych jego myśli. Rozmowa z prof. Jerzym Bralczykiem
Fragmenty rozmowy z archiwum tygodnika Plus Minus
Dziwi mnie pańska, panie profesorze, tolerancyjność. Nie jestem językowym purystą i, podobnie jak pan, akceptuję i "postaci", i "postacie", ale co za dużo, to nie zdrowo. Naprawdę nie zżyma się pan na te wszystkie "realne fakty", "cofania do tyłu", "słuszne racje"?
JERZY BRALCZYK: Ci, którzy wiedzą, co mówią, mogą tak mówić. Ja, oczywiście, wiem, że "racje" nie mogą być "niesłuszne", ale użyję tego zwrotu, gdy np. cytuję. Jest to ten rodzaj połączenia, który spotykamy w luźnej mowie. O "słusznej racji" powiemy - żartując. Czasami chcemy wyrazić coś bardziej, być emocjonalni w tym, co mówimy i wtedy "cofamy się do tyłu". Mamy jeszcze inne połączenia, np. "iść pieszo". Czy można iść inaczej?
Nie.
Ale jeśli ktoś powie tylko "szedł", może być mało; "pieszo" też niedobrze. Trzeba dodać "iść" i jeszcze do tego "pieszo". Szyjemy tylko igłą, szydłem już nikt nie szyje, ale mówimy o "szyciu igłą". Kroi się nożem, bo czym innym? Ale tak mówimy. W mowie wyszukanej, naturalnie, wyrażenia takie są nie do przyjęcia - w jakiejkolwiek wyższej normie. Ale w mowie potocznej jest już inaczej, a są też zwroty jawnie śmieszne, które chętnie cytujemy.
Ale chyba "miesiąca maja", tak często stosowanego w praktyce administracyjnej, pan nie zaakceptuje?
Jest to maniera urzędnicza. Jeśli moi znajomi tak powiedzą, to znaczy, że świadomie mówią językiem urzędniczym. Gombrowicz napisał kiedyś coś, co mi się bardzo podobało: "Wiem, że się ryby nie je nożem, ale jeżeli ja wiem, że się nie je, to już mogę jeść".
A czego pan nie dopuszcza, co w języku razi pana najbardziej?
Nie mogę powiedzieć, że nie dopuszczam czegokolwiek, bo co ja mogę, kim jestem, by czegoś nie dopuszczać. Rażą mnie, i to bardzo, pretensjonalności. Rażą mnie nielogiczności, niespójności tekstu, zwłaszcza w dokumentach oficjalnych. Gdy przepis można interpretować wielorako, a ktoś się upiera, że ma on tylko jedyne znaczenie. Nie lubię niejasności, chociaż sam często mówię niejasno. Ale niejasnością nie jest dla mnie np. miękkość języka polskiego; to, że jest w nim dużo "trochę", "chyba", "czasem", "bywa", czego podobno w innych językach jest mniej. Nie jestem pewien, czy się nie da, pewnie nie - "pewnie", w pewnym sensie jest to możliwe - "możliwe", "w pewnym sensie", w odniesieniu do niemal każdego języka - "niemal", w każdym razie do tych, o których słyszałem - "w każdym razie". I to są te miękkości, które lubię, bowiem nie oddalają nas od precyzji. Można nawet powiedzieć, że przeciwnie; jeśli mówię, że coś było "jakby wesołe" czy "jakby skuteczne", to jestem bardziej precyzyjny, w wyrażeniu tego, co chcę, niż gdybym powiedział tylko "wesołe" czy "skuteczne", bo w ten sposób biorę większą odpowiedzialność za to, co mówię, zdaję sobie sprawę, że mogę mijać się z prawdą. Jeżeli przez precyzję rozumiemy to, co ja chcę powiedzieć, to właśnie ja czasami chcę powiedzieć "jakby". I w tym sensie jest to precyzyjne. Język nie powinien mówić wszystkiego, co pomyśli głowa - tu Słowacki się mylił. To jest jedna z bzdurniejszych jego myśli. Jakby język mówił wszystko, co pomyśli głowa, to powinniśmy się leczyć, bo wpadalibyśmy wtedy w słowotoki. Akurat Słowacki w nie wpadał. Pisał: "A to wszystko są nonsensa,/ te moje wierszyki nowe. / Gdzie się język mój wałęsa/ i bawi zęby trzonowe". I on właśnie śmiał się sam z siebie, że mówi wszystko, co pomyśli głowa, ale nasz język nie powinien wszystkiego powiedzieć. Człowiek inteligentny mówi tylko to, co chce powiedzieć. A ja już pewnie mówię za dużo.
Co panu przyszło do głowy, by ułożyć słownik w dużej mierze z takich wyrazów, jak "absolutnie", "ba", "bardzo"?
Część haseł wzięła się z felietonów, jakie pisałem do "Charakterów" i "Przekroju", zająłem się najkrótszymi słowami, których używamy najczęściej, nie zastanawiając się nad ich znaczeniem. Są wśród nich partykuły, wykrzykniki, przyimki, które - jak się nam wydaje - nie odnoszą się do konkretów. No bo do jakiego konkretu odnosi się "przecież", "jednak" czy "raczej"? W ogromnej części określa się je jako partykuły, a partykuła to w innej terminologii - wyrazek. Nie wyraz, ale wyrazek.
Bardzo ładnie się nazywa.
Też mi się podoba i żałuję, że w nowej książce nie napisałem o wyrazkach więcej. A zawdzięczamy im więcej niż wyrazom. Łapię się na tym, na przykład, że kiedy słucham, zwracam uwagę na wszystkie "sam", "sobie", "czy", "się", które o polskim języku mówią bardzo wiele. "Sobie" to jest co innego niż niemieckie "sich", a tym bardziej angielskie "self", które zawsze musi być z czymś połączone. W swoim "słowniku autobiograficznym" pisze sporo o "ja" i to na różne sposoby. Raz o "jaźni", raz o "ja", innym razem o "sam". To są moje prywatne słowa, które odnoszą się do mnie.
Popełnił pan słownik, szczególny wprawdzie, ale słownik, a niejednokrotnie wyrażał się pan krytycznie o takich wydawnictwach, słusznie zauważając, że każdy słownik języka polskiego i tak skończy się na "żyzność".
Mój słownik ma charakter literacki, a przy tym żartobliwy. Naprawdę nie jest to słownik, a raczej takie "coś". Jeśli chodzi o słowniki języka polskiego, to - niestety - często mamy w nich te same hasła. Pojawiły się nowe dobre słowniki, oryginalne, ale bywają także słowniki, po prostu...
Przepisywane.
Właśnie.
Jaki ma pan stosunek do wulgaryzmów coraz mocniej akcentujących w języku polskim swą obecność?
Na to pytanie mam dyżurną odpowiedź, z którą się coraz bardziej identyfikuję. Uważam, że mamy w polszczyźnie bardzo piękne wulgaryzmy i martwi mnie, że są one zastępowane - przede wszystkim na murach, ale nie tylko - wulgaryzmami angielskimi, a jeszcze bardziej razi mnie ich nadużywanie. Ludzie wycierają sobie gęby wulgaryzmami i jak rzeczywiście przychodzi pora ich użycia, to nie ma żadnego efektu. Zdarza mi się, że chętnie zakląłbym siarczyście, podwójnie siarczyście, ale jak mogę zakląć, skoro wszystko tak się spospolitowało. Kiedyś nawet, jak ktoś zawołał "do pioruna", robił wrażenie. "Rany boskie" było czymś mocnym, często tego używano, że zaczęto je nawet pisać razem - "ranyboskie", a i "oranyboskie". Mało kto dziś wiąże z tym Boga i jego rany. Zresztą, już się tak nie mówi, nie myśli. O diable też ludzie nie myślą, w związku z czym nikt nie powie "tam do diabła". Nie słyszy się: "niech grom strzeli" ani "do kaduka" - i to już od dawna. A bardzo piękne nazwy skądinąd miłych części ciała, mogłyby w sytuacjach intymnych pełnić erotyczną funkcję stymulującą, ale nadużywanie ich w zupełnie innych sytuacjach doprowadziło do tego, że postrzegane są wyłącznie jako określenia wulgarne. Tyle że bardziej mam za złe samą agresywność niż sposób jej wyrażania. To, że ktoś chce coś złego powiedzieć, niż to, co mówi. Naprawdę nie lubię, gdy ludzie źle mówią o innych czy do innych, a jeszcze celowo, żeby tamtych obrazić, używają do tego słów, które przy tym tracą swoje znaczenie.
W szkołach nie uczy się dziś wierszy na pamięć, bo to podobno staromodne. Panu, zdaje się, nie zaszkodziła znajomość chyba setek polskich wierszy, a i - w całości, na pamięć - "Wesela", "Zemsty" oraz, oczywiście, "Pana Tadeusza". Jak pan myśli, wróci się jeszcze w polonistycznej edukacji do takiej właśnie pracy z uczniami, do przyswojenia przez nich arcydzieł naszej literatury?
Nie wiem, pewnie nie. Dziś jest za to znów moda na mówienie spontaniczne. Mickiewicz pisał: "Ja rymów nie dobieram, ja zgłosek nie składam,/ Tak wszystko napisałem, jak tu do was gadam". Raperzy, hiphopowcy mówią właśnie w ten sposób. Jak u Mickiewicza: w piersi uderzają i zdrój słów wytryska... Ten typ spontaniczności, to, co kiedyś było jambami, improwizacjami, pojawił się właśnie w rapie, hip-hopie. A uczenie na pamięć? Były już wizje, np. świata bez papieru - u Bradbury'ego w "451 Fahrenheita", gdzie występują takie rekonstrukcje z pamięci. Chyba Pigoń wspominał, jak w obozie z pamięci odtwarzano teksty, które dzięki temu mogły dalej funkcjonować. Są i były całe kultury pamięciowe, jak Dogonowie afrykańscy, którzy dzięki zapamiętanym formułom rozwijali wiedzę. A i Homer właściwie tylko mówił. Słowo mówione, z codziennej komunikacji, miało przewagę na początku, potem się pojawiło pismo, i ono było ważniejsze, następnie wydawało się, że pismo zniknie, bo kontaktować można się przez telefon. Teraz mamy Internet, SMS, więc pismo wróciło, ale w formie ulotnej i właściwie przybliżone do mowy. Granica między mówieniem a pisaniem się zaciera, pan naszą rozmowę nagrywa, potem zapisze. To wszystko się gdzieś miesza, a w efekcie mamy retekst, tekst odtworzony, może parafrazy tekstu, może kompilacje. Sławne były kiedyś "bigosy literackie", złożone ze zlepków cytatów, bardzo zabawne.  (...)
Pochodzi pan z rodziny nauczycielskiej. We wstępie do "Mojego języka prywatnego" wyraża pan wdzięczność zarówno rodzicom, jak i innym pedagogom, spotkanym na drodze życiowej. Tymczasem z moich obserwacji wynika, że nauczyciele to ludzie, którzy rzeczywiście posługują się niezłą polszczyzną, ale bardzo często wiedząc "jak", nie wiedzą "co".
To chyba trafne spostrzeżenie. Dużo czasu pochłania nauczycielom doskonalenie zawodowe, kończą różnego rodzaju kursy pedagogiczne, a w moim przekonaniu - być może jest to myślenie staroświeckie - podstawą w ich pracy jest dobra, a najlepiej bardzo dobra wiedza o nauczanym przedmiocie. Jak być może panu wiadomo, uczę retoryki i zawsze zwracam uwagę na dwie podstawowe zasady, do których cała reszta się sprowadza: po pierwsze - trzeba mówić ludziom, a nie do ludzi. Bo jak ja mówię człowiekowi, to po to, żeby on wiedział, a jak mówię do człowieka, to po to, by on słyszał; po drugie - trzeba podczas mówienia myśleć o tym, o czym się mówi, nie - jak się mówi, do kogo, nawet nie co, tylko o czym. O rzeczy samej. Starożytni mawiali "Rem tene, verba sequentur" - "Trzymaj się tematu, słowa pójdą za nim". Ale trzeba mieć tę rzecz, ten temat i tego się trzymać. Mnie, w znacznej części, uczyli jeszcze nauczyciele przedwojenni. Wszystkich ich wspominam bardzo dobrze, począwszy od szkoły podstawowej. To była wiejska szkoła, spora, ale wiejska, której mój ojciec był kierownikiem. Wychowałem się w środowisku nauczycielskim, moja mama uczyła w klasach początkowych, w szkole odbywały się zjazdy, posiedzenia nauczycielskie i ja się zawsze tam gdzieś kręciłem. Zresztą nauczycielami byli także moi dziadkowie, ciotki, wujowie...
Zdaje się, poza jednym stryjem.
Tak, księdzem, czyli w pewnym sensie też nauczycielem.
Panie profesorze, udzielał pan lekcji Lechowi Wałęsie czy nie?
Nie, nie udzielałem żadnych lekcji komuś, kto ubiegał się o jakieś stanowisko, nie brałem udziału w żadnej kampanii. Natomiast zdarzało mi się szkolić wysokich urzędników państwowych: ministrów, wiceministrów, wojewodów.
Jak to jest? Zgłaszają się do pana z prośbą o korepetycje?
Takie szkolenie zamawia urząd, podpisujemy umowę o dzieło i za wykonanie pracy otrzymuję określoną kwotę, nie wiem, czy dużą, dla mnie - dużą. Takie szkolenie, jedno- lub dwudniowe, obejmuje wykład i sprawdzenie umiejętności mówienia przed kamerą. Sam dokonuję nagrania i potem je bardzo dokładnie opisuję, dokonując wiwisekcji danego delikwenta. W trakcie kadencji poprzedniego rządu, w Ministerstwie Sprawiedliwości miałem cykl spotkań z wybranymi osobami. Szkoliłem urzędników wszystkich opcji politycznych. Najlepiej wspominam jednak pracę z działaczami samorządowymi, z wójtami i burmistrzami. Były to satysfakcjonujące spotkania, myślę, że dla obydwu stron. (...)
Zdarza się panu konsultować akty prawne, także te najważniejsze.
Nawet byłem szczypany przez "Gazetę Wyborczą" za swoją interpretację przepisu kodeksu karnego dotyczącego korupcji, co zostało użyte przez adwokatów Lwa Rywina. Jej Bohu, zrobiłem tylko analizę bzdurnego przepisu, nie wypowiadając się po żadnej ze stron sporu. A na mocy tego przepisu każdego z nas można wsadzić do więzienia. Zajmowałem się też ustawą zasadniczą i w niektórych miejscach konstytucji zostałem, niestety, przegłosowany. Nie chcę np. odpowiadać za brzmienie artykułu 10.
O władzy?
O trójpodziale władzy, gdzie samo słowo "władza" użyte jest na trzy różne sposoby.
Nie można było dokonać jakiejś zręcznej manipulacji? Ciekawe, że pisząc o tej ostatniej, wyraża się pan o niej z niejaką sympatią.
Znów, w trosce o precyzję, o sensowne używanie słów. Oczywiście, słowo "manipulacja" może być użyte ocennie i wtedy nie jest żadnym terminem, ale kiedy próbujemy nadać znaczenie temu słowu... Niech pan się, na przykład, zastanowi, czy przypadkiem w tym momencie nie dokonujemy manipulacji? Czy pan nie manipuluje mną, a ja panem? Manipulacja jest zwykle wtedy, gdy mam jakąś przewagę nad rozmówcą i ją wykorzystuję. Kiedy uśmiecham się do pana i nie wiem, że się uśmiecham, to manipulacji nie ma, ale gdy to samo robię z pełną świadomością, to już ona zachodzi. Tylko, wie pan, kiedy mam do wyboru: manipulację albo przymus, zawsze wybieram tę pierwszą.
Jeszcze jeden przykład z pańskiej książki: nie lubi pan słowa "profesjonalizm". Dlaczego?
Widzę w nim modę, i to modę obcą. Po latach panowania obcego języka, którym był język partyjno-państwowy, mamy kolejny obcy język - język sukcesu. Też przyszedł do nas z zewnątrz i jesteśmy wobec niego bardziej ulegli. Tamtemu przynajmniej trochę się stawialiśmy, poza tym był mało atrakcyjny. Ten przyjmujemy z otwartymi ramionami, a przyznam się, że nie znoszę tekstów o "wizjach" i "misjach" - przedsiębiorstw, na przykład. Są one krańcowo banalne, a przy tym pretensjonalne. Pretensjonalny banał to już dno. Mogę czasami akceptować słowo "nieprofesjonalny", bo to nie jest tak, że słowa są zupełnie symetryczne, na "tak" i "nie". Wolałbym, oczywiście, żeby coś było zrobione "niefachowo", ale od biedy przyjmę i "nieprofesjonalnie", ale nazywanie normalności "profesjonalizmem", jeszcze dodatkowo aprobująco, to już przesada.
Obaj pamiętamy, panie profesorze, że przed laty profesjonalistkami nazywaliśmy jedynie...
Tak jest, prostytutki.
Panie profesorze, cytuję pańską książkę: "Jądrem świata jest myślenie o nim. Jądrem tego jądra - język". Pan jest językoznawcą, a więc dociera do istoty świata. No i co, rozumie go pan?
Granice mojego języka określają granice mojego świata. To jedno z najczęściej cytowanych zdań filozoficznych, którym kończy się "Tractatus Logico-Philosophicus" Ludwika Wittgensteina, kiedyś mojego mistrza w myśleniu...
Dziś powiedzielibyśmy - idola.
Tak, idola. Człowiek ma w młodości tendencję do pewnego solipsyzmu; no, ja nie wiem, czy coś jest poza mną, czasem nawet nie wiem, czy ja jestem... Ale ja wiem, że język na pewno jest. Ja tym językiem opisuję ten świat i opis tego świata istnieje. A czy ten język opisuje coś konkretnego, tego już nie mogę stwierdzić. Mówią mi, że nie mam zbyt dużej inteligencji społecznej, czyli że nie bardzo potrafię dobrze się w tej rzeczywistości poruszać, ale przyznaje mi się na ogół inteligencję językową, która się w tym języku dobrze czuje. Mogę przy tym powiedzieć, że ludzi postrzegam przez język. Ważne jest dla mnie, co oni mówią do mnie i co oni napisali. I to jest dla mnie decydujące. A czy ja świat rozumiem? O tyle, o ile jest opisywalny, to tak. A w razie czego mogę go opisać inaczej.
Kwiecień 2004
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA