fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Euro 2012

Ukryte bomby pod Stadionem Narodowym

Główny wykonawca i podwykonawcy domagają się od Narodowego Centrum Sportu 400 mln zł
Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
W cieniu fety drzemie wielka afera tych mistrzostw – rozliczenie budowy głównej polskiej areny turnieju
Prace nad wizytówką Euro w Polsce kończą się skandalem: upadłością wielkiej polskiej firmy budowlanej, której nie zapłacono za wykonane prace, plajtą części podwykonawców i ogromnymi długami rządowego inwestora. Rozwikłanie błędów popełnionych przy budowie to dziś bardziej sprawa dla wymiaru sprawiedliwości niż zwykłych biznesowych rozliczeń.
Inwestycja wykonana z wielkim rozmachem przez rządową spółkę celową – Narodowe Centrum Sportu – zamyka bilans z roszczeniami sięgającymi według generalnego wykonawcy 400 mln zł. To efekt zlecenia przez NCS tysięcy prac dodatkowych, w dużej części do dziś niezapłaconych. – Presja Euro była tak wielka, że nikt z nas nie pytał, czy zapłacą nam za ekstraczynności. Wydawało nam się wtedy, że nie ma pewniejszej kasy niż rządowego inwestora. Wyszliśmy na łatwowiernych frajerów – mówi jeden z właścicieli dużej firmy, która od miesięcy czeka na zapłatę.

Budowniczy stadionu nie świętuje

Pracowników Hydrobudowy, lidera konsorcjum budującego stadion, nie było wczoraj wśród kibiców meczu Polska – Grecja. – Trudno świętować, jak ma się wizję upadku firmy i straty pracy – wzdycha jeden z dyrektorów Hydrobudowy. Trzy dni temu firma, która wybudowała trzy stadiony – w Warszawie, Poznaniu i Gdańsku oraz dwa odcinki A2 i A1 – złożyła w sądzie wniosek o upadłość układową. – Na stadionie w Poznaniu zarobiliśmy, w Gdańsku nie straciliśmy, Narodowy w Warszawie nas rozłożył – mówi Krzysztof Woch, rzecznik Hydrobudowy SA.
Stadion, którego budowę finansuje w całości budżet państwa, miał kosztować 1,95 mld zł. Już wydano na niego 250 mln zł więcej. Z szacunków Hydrobudowy wynika, że NCS powinno zapłacić jej jeszcze ok. 120 mln zł za wykonane prace dodatkowe. Dotyczą głównie instalacji (elektrycznych, gazowych). Do tego dochodzą roboty podwykonawców, koszty materiałów i nakłady generalnego wykonawcy. W sumie – ok. 400 mln zł dodatkowych kosztów. NCS, spółka celowa utrzymywana z budżetu państwa, nie ma tych pieniędzy.

Róbcie, róbcie

Budowa stadionu rusza w maju 2009 r. Projektuje go niemiecko-polskie konsorcjum JSK Architekci z Warszawy. Rozbiórkę korony Stadionu Dziesięciolecia z palowaniem wykonuje Pol-Aqua. Przetarg na budowę wygrywa jednak niemiecko-austriacko-polskie konsorcjum firm – Alpine, Hydrobudowa Polska i PBG. Roboty trwają dzień i noc, na placu budowy pracuje 2 tysiące robotników. Stadion musi być wybudowany za wszelką cenę – to kwestia prestiżu Polski w opinii świata i UEFA, która przyjeżdża z kontrolą obserwować postępy prac. W trakcie zaawansowanych robót co rusz pojawiają się jednak zmiany w zatwierdzonym projekcie. – Szybko się okazało, że projekt stadionu jest mocno niedopracowany. NCS bagatelizowało skalę tych zmian, które paraliżowały prace, tworzyły opóźnienia, generowały dodatkowe koszty. Słyszeliśmy zapewnienia: „róbcie, róbcie, byle zdążyć na Euro". Wszystko miało być zapłacone – opowiada właściciel jednej z firm, które budowały stadion od początku. Robotnicy narzekają też na niski poziom organizacji pracy, m.in. brakuje wind towarowych, w efekcie czego narzędzia wnoszono ręcznie (na gigantycznym obiekcie działały góra dwie windy osobowe do 600 kg).

Odwlekane terminy

NCS prezesuje Rafał Kapler, 30-latek reklamowany przez ministra sportu Mirosława Drzewieckiego jako „fantastyczny menedżer". Jego idealny wizerunek zaczyna się sypać, kiedy się okazuje, że z powodu wady konstrukcyjnej schodów kaskadowych nierealny jest termin oddania stadionu, który był zaplanowany na czerwiec 2011 r. Zostaje przesunięty o siedem miesięcy – na styczeń 2012 r. Pojawiają się też pierwsze kłopoty z płatnościami, ale ta informacja nie wycieka na zewnątrz. Według Hydrobudowy to efekt tysięcy zleceń na prace dodatkowe, na które NCS nie miało pieniędzy, choć ich sobie życzyło. Rządowa spółka miesiącami przeciągała też procedury ich formalnego rozliczania. – Jedno takie zlecenie rozliczaliśmy średnio rok – mówi Woch. Według szacunków Hydrobudowy 12 tys. prac dodatkowych, poza projektem, zlecono wykonawcy do czerwca 2011 r. Błędy architektoniczne (koszt projektu to 66 mln zł) były rażące. Na przykład brak transformatora czy projekty kiosków gastronomicznych, które musiały być całkowicie przebudowane wraz z przyłączami. – Jakakolwiek zmiana była zatwierdzana przez nadzór architektów ponad dwa tygodnie, w tym czasie my mieliśmy przestoje, za które nikt nam nie zapłaci – opowiada jeden z podwykonawców. Kolejne prace dodatkowe NCS zlecało już po odebraniu stadionu. Pojawiają się też inne niespodziewane koszty, jak np. wymiana murawy na wniosek UEFA za dodatkowe 1,2 mln zł. Dziś zasadne jest pytanie: dlaczego tysiące robotników bez zapłaty pracowały miesiącami na stadionie? – Kapler dawał nam na spotkaniach gwarancję zapłaty, takie „gentleman's agreement". Że musimy się postarać zdążyć na Euro ze stadionem, a potem siadamy do rozmów i rozliczamy każdą fakturę – opowiada uczestnik takich spotkań. Dziś wiadomo, że NCS zlecało prace dodatkowe, choć wiedziało, że nie ma na to pieniędzy. Hydrobudowa z własnych środków wypłaciła podwykonawcom 60 mln zł za prace na Narodowym.

Kapler zwija żagle

Na trzy miesiące przed oddaniem stadionu niespodziewanie Kapler składa minister sportu dymisję. Tłumaczy, że wokół niego narosły kontrowersje. Wyciąga jednak ręce po gigantyczną premię za sukces – ponad 570 tys. zł. Dziś wiele firm, które budowały stadion, jest przekonanych, że Kapler uciekł w ten sposób przed odpowiedzialnością. – Zwinął się, widząc nadciągający huragan – ocenia jeden w właścicieli. Zakończenie budowy stadionu miało miejsce w listopadzie 2011 roku, ale do dziś formalnie obiekt nie został odebrany. – Jest mnóstwo nieodebranych prac na stadionie, który jakimś cudem dostał pozwolenie na użytkowanie – odpowiada jeden z podwykonawców. Podwykonawcy pracujący przy budowie to kilkaset firm wykonawczych zatrudniających od kilkunastu do kilkuset pracowników. – Ich obroty to od kilku do kilkudziesięciu milionów zł na rok i brak pieniędzy rzędu 5 – 10 proc. ich rocznego obrotu. To utrata płynności i wielkie problemy, które mogłyby się kończyć redukcjami lub likwidacją wielu przedsiębiorstw – tłumaczy jeden z właścicieli takiej firmy. W ubiegły piątek zdecydowali, że zablokują wjazd na stadion, jeśli nie dostaną gwarancji zapłaty. NCS w środę ugięło się pod groźbą blokady stadionu i zobowiązał się, że po weryfikacji faktur podpisze umowy z podwykonawcami.

Szukają w nie swojej kieszeni

To oznacza, że budżet zapłaci podwójnie. Szuka jednak pieniędzy u wykonawcy. Trzy dni temu NCS nagle zażądało od Hydrobudowy zapłaty ponad 300 mln zł tytułem kar umownych za niedotrzymanie terminów. Dla niej jest jasne, że to próba znalezienia przez NCS brakujących pieniędzy na zapłatę za zlecone, a nieuregulowane roboty dodatkowe. Hydrobudowa zagroziła NCS sądem. Zarząd Hydrobudowy w rozesłanym w piątek oświadczeniu napisał: „Podczas ostatnich rozmów z Zarządem NCS poinformowano nas, że NCS nie dysponuje już praktycznie żadnymi środkami finansowymi na zapłatę za wykonane roboty (mógłby przeznaczyć na to maksymalnie 5 mln zł). Wyrażamy głębokie zaniepokojenie tym faktem. Z tego wynika bowiem, że NCS, zgłaszając ponad 15 tys. zmian projektowych i zlecając wynikające z nich roboty dodatkowe i zamienne, nie było finansowo przygotowane do uregulowania płatności za nie".

Podwykonawcy nadal grożą

NCS, które dziś jest operatorem stadionu, musi szybko znaleźć pieniądze dla zdesperowanych podwykonawców. W piątek rozesłało im wzór umowy. Okazało się, że mimo obietnic nie ma w nich gwarancji zapłaty kaucji zatrzymanych przez głównego wykonawcę. Chodzi o 10 proc. na gwarancję i rękojmię. Co dalej? – Spokojnie, mamy jeszcze kilka meczów w Warszawie – odpowiada pół żartem, pół serio jeden z szefów firmy czekającej na zapłatę. To sygnał, że blokada Narodowego wciąż jest możliwa. Tomasz Garbowski, poseł SLD z Komisji Sportu, który od dawna przygląda się tej inwestycji, jest zdegustowany. – Po Euro powinna przyjść pora na otrzeźwienie, rozliczenie, także polityczne, tej inwestycji. Powinny polecieć głowy – mówi. Masz pytanie, wyślij e-mail do autorki i.kacprzak@rp.pl
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA